Archiwa tagu: zawody

Bieg Firmowy 2019

Nietypowo trochę jak na mnie, ale mało startuję w bieżącym roku. „Wszelkie” siły swoje wkładam w przygotowania do startu docelowego i jakoś nie po drodze mi z innymi zawodami. Wielkiego sensu nie mają one zresztą bo jakie przełożenie można wysnuć ze startu na 5 km w porównaniu do 70 🙂
No ale… jako człowiek małej odporności na perswazję dałem się przekonać w robocie bym pobiegł w charytatywnym Biegu Firmowym.
Zawody mają charakter sztafety – 5 osób po 5 km. Startowałem już w tej imprezie w zeszłym roku co przeczytać można tutaj:

Bieg Firmowy – 2018

Idea, założenia, realizacja w sumie taka sama więc nie będę od nowa tego wypisywał. Ciekawostką może być tylko fakt olbrzymiego zainteresowania tym biegiem. We Wrocławiu były 2 tury startowe – rano i po południu, w których udział wzięło około 10000 osób. Wielka liczba biegaczy. Widać niemniej, że większość osób skupia się na aspekcie pomocy, a nie sportowym.
Organizacja imprezy była na wysokim poziomie – nie występowały żadne negatywne zjawiska na trasie czy w okolicy mety, co mnie cieszyło.

Moja firma załapała się w tym roku do biegu popołudniowego – o 14:00.
Jako, że ustalono spotkanie i odbiór numerów na 13:15-13:30 pojawiłem się jakoś tak przy wejściu na Stadion Olimpijski. Pakiet startowy więcej niż ubogi – torba/plecaczek a w środku numer, agrafki, bon rabatowy na jedzenie. Ogólnie to bym skrytykował to ale… przyjmijmy, że fundusze wpisowe poszły na pomoc a nie gadżety.

Grupa moja zadeklarowała się, że oczywiście każdy walczy do końca niemniej z opowieści wynikło, że wielkich przygotowań nikt z kolegów/koleżanek nie czynił. Regularnie po około 3-5 km biega jedna osoba a reszta tak z doskoku albo wcale.
Pechowo dla mnie startowałem ostatni co przełożyło się na długie oczekiwanie na start (około 108 minut uściślając). Stałem, pogadało się, stałem i czekałem 🙂 A nogi bolą coraz bardziej. Co gorsze ciepło się zrobiło i zacząłem się martwić, że w czasie biegu będzie męka – nie miałem bowiem nic do picia. Wydawało mi się, iż w zeszłym roku w pakiecie dawali wodę. Teraz zaś nic 🙁 Piłem w domu jeszcze z 1.5 godziny wcześniej czyli nieciekawie.

Życie jest trudne, jednak biec trzeba 🙂

Mój start przebiegł dość płynnie. Kolega przekazał mi pałeczkę i ochoczo ruszyłem do przodu. Liczbowy wyglądało to tak:
1km – 4:25 min/km
2km – 4:45 min/km
3km – 5:13 min/km
4km – 4:55 min/km
5km – 4:11 min/km

Niezbyt wiedziałem jak ustawić się z tempem. Dawno nie biegałem nic szybciej, a pamiętałem z kolei, że ostatnie biegi CityTrail szły mi słabo. Coś trzeba było jednak założyć no to uznałem, że spróbuję swojego maksa – tempa około 5 min/km (lepiej trochę poniżej).

Pierwszy kilometr zwyczajowo za szybko, ale siła jakaś jest to trzymałem później te ~5 min/km.
Odwodnienie zgodnie z obawami zaczęło mnie męczyć dość szybko i jak zbawienie wypatrzyłem wodę w okolicy 3 km. Kubeczek przepity i biegniemy dalej. O dziwo udało się wytrzymać do końca dystansu.

Metę osiągnąłem w 23:28 co z jednej strony jest rezultatem gorszym niż rok temu, z drugiej koresponduje z moją zakładaną formą (i wynikami z CT z początku roku). Jestem osobiście zadowolony z tego rezultatu. Dał mi potwierdzenie, że mogę pobiec „szybciej” i forma jest w miarę stabilna. Jeśli nawet nic nie podciągnąłem to chociaż wylazłem z dołka. Oby dobrze to rokowało na przyszłość.

Tyle w sumie. Ciężko tu podsumowywać nie wiadomo co. Impreza przyjemna, bardziej zwrócona w stronę zabawy, pomocy niż czystego biegu (aczkolwiek nie brakowało gigantów lecących po 15min/5km).
Zwyczajowo sceptyczny byłem do idei startu tu, ale wyszło całkiem dobrze. Czy pobiegnę za rok? A to zależy. Stać 2 godziny w słońcu trochę mi się nie chce kolejny raz 🙂 więc chyba musiałbym wynegocjować lepszą pozycję w sztafecie.

City Trail Wrocław 2018/19 – Podsumowanie Zawodów

Tak wyglądały tegoroczne medale.

Aktualny (2018-2019) cykl City Trail we Wrocławiu oficjalnie można uznać za zakończony.
26 marca 2019 odbyła się uroczysta gala podsumowująca wydarzenie. Opisano w liczbach to co udało się dokonać ekipie organizującej jak i biegaczom, rozdano nagrody.
O samej uroczystości wiele pisał nie będę bo była udana 🙂 Czas na niej minął mi szybko, dłużyzn nie było czyli wszystko ok. Krótko za to podsumuję moje dokonania w tegorocznej edycji biegu.

W bieżącym sezonie wystartowałem w 5 biegach z łącznej liczby 6. Zanotowałem w nich takie wyniki:
Bieg 1. Czas: x Miejsce generalnie: x (nie startowałem)
Bieg 2. Czas: 23:08 Miejsce generalnie: 229/581
Bieg 3. Czas: 23:53 Miejsce generalnie: 253/519
Bieg 4. Czas: 24:02 Miejsce generalnie: 248/486
Bieg 5. Czas: 23:28 Miejsce generalnie: 255/493
Bieg 6. Czas: 27:20 Miejsce generalnie: 259/374

Poza kompletnie nieudanym biegiem nr.6 w reszcie zawodów prezentowałem dość wyrównany (chociaż oczywiście nie najlepszy) poziom. Po szybkim porównaniu z biegami z poprzednich edycji widzę, że czasy miałem podobne do biegów w 2016/2017 i lepsze trochę niż w 2017/2018. Biegałem jednak równiej i w bieżącej edycji zanotowałem swój najlepszy wynik – 23:08 Porównując do edycji jeszcze starszych poprawa czasowa jest spora bo wtedy większość rezultatów oscylowała w zakresie 25-27 min. Niby nieźle, zdaję sobie sprawę jednak, iż stać byłoby mnie na dużo więcej gdyby poparte było to solidnym treningiem.
W każdym razie bieżąca dyspozycja pozwoliła mi na osiągnięcie rezultatu finalnego:
Miejsce 196 z 301 klasyfikowanych. W kategorii M40 – 41 z 79

Kategoria M40

Jako ciekawostkę podam zajęte przeze mnie miejsca we wszystkich cyklach.
Wyliczyłem też % miejsca jaki to dało mi w całości biegaczy (100% to najgorzej)

Miejsce 196/301 2018/2019 (65% stawki)
Miejsce 192/307 2017/2018 (63% stawki)
Miejsce 177/285 2016/2017 (62%stawki)
Miejsce -/- 2015/2016 (nie startowałem)
Miejsce 172/211 2014/2015 (81% stawki)
Miejsce -/- 2013/2014 (nie startowałem)
Miejsce 75/81 2012/2013 (93% stawki)

Odrzucając stare, słabe wyniki widać, że lokuje się w drugiej połowie stawki przy czym dużą ciekawostką jest fakt, że poszedł do góry ogólny poziom biegu. Musicie mi uwierzyć na słowo ale patrzyłem na swoje czasy i o ile w 2018/2019 miałem je lepsze niż w 2 poprzednich latach to widać, że i tak % poleciałem w dół.

Cóż. Ogólnie należy cieszyć się, że udało się zaliczyć sezon. Mogło być lepiej (jak zwykle :)) niemniej jak na przygotowanie to wstydu nie ma.

City Trail Wrocław – Bieg 6

To nie był dobry bieg. A nawet to był bardzo zły bieg. Sporo złożyło się na to przyczyn, chociaż ciężko jest mi jednoznacznie wskazać najważniejszą. Było zaś tak:

Dwa tygodnie wcześniej dopadło mnie jakieś złośliwe przeziębienie (a może grypa?). Niby objawów czytelnych nie miałem, lało mi się z nosa tylko, gardło czułem, ale byłem jakiś taki połamany, że nie biegałem wcale.
Treningi (lekkie biegi) zacząłem niby w tygodniu poprzedzającym zawody ale choróbsko coś dalej mnie trzymało. Słabo szło, szybko się męczyłem.
Zastanawiałem się nawet czy z ostatniego CT nie zrezygnować ale chęć by kolejnego biegania nie odpuszczać zwyciężyła. Pomyślałem, że nawet jak pójdzie trochę słabiej to nic. Potraktujemy to treningowo. Nie spodziewałem się jednak, że pójdzie aż tak słabo 🙂

Warunki pogodowe przed biegiem były średnie. Po ostatnich opadach, na trasie było sporo błota. Jak już je zobaczyłem to zrozumiałem, że będzie się biec ciężej. Słabo też odbierałem temperaturę. Zrobiło się stosunkowo ciepło, a ja niestety ubrałem się za grubo. Gorąco mi było, pocieszałem się, że może między drzewami będzie cień i jakoś to wytrwam.

Kolejnym sygnałem ostrzegawczym, jaki zlekceważyłem, była rozgrzewka. Zacząłem ją zwyczajowo – trochę rozciągania a później biegi. Kurcze, lecę i strasznie mi coś ciężko. Zmęczyłem się jakbym nie wiadomo ile przeleciał. No nic myślę sobie, po chorobie słabszy jestem ale chyba tragedii nie będzie. Rozgrzałem się, puls się uspokoi, wytrzymam tempo chyba. Tragedia była…

Jeszcze w czołówce… swojej strefy 😉

Nie przedłużając więcej. Wystartowałem z okolicy 25 min. Pierwszy kilometr ładnie, wolniej trochę niż zwykle (przez błoto) ale trzymałem się czołówki grupy. Doszliśmy „maruderów” z poprzednich stref, parę osób jeszcze wyprzedziłem i siłą rozpędu zrobiłem 2 kilometr. Im dalej jednak to gorzej. Masakra, zaczyna mnie odcinać. Ciężko mi, bardziej tętno wysokie chyba czy oddechowo gorzej niż słabe nogi miałem. Jakoś około 3 km przeszedłem do krótkiego marszu by później chodzenie powtórzyć jeszcze z dwa razy. Masakra, żebym chodził na 5 km dystansie to już nie pamiętam kiedy to było.
Dokładne czasy kilometrów wyglądają tak:
1 – 4:52
2 – 5:33
3 – 5:58
4 – 6:29
5 – 4:31

Na mecie zameldowałem się po 27:20 min, co odbieram jako dużą osobistą porażkę. Czas ten dał mi miejsce 258 z 372.

I tu chyba skończę tą smutną historię. Nie do końca mogę wyczaić co tak najbardziej mi zaszkodziło, pocieszam się, że to pewnie mix wszystkich złych zdarzeń.
Miejmy nadzieję, że teraz (ze zdrowiem, treningami) będzie lepiej bo terminy gonią 🙂

City Trail Wrocław – Bieg 5

W miniony weekend (23/02/19) odbyły się kolejne zawody z serii CityTrail Wrocław.

Tym razem zawodników czekała nie lada odmiana – nowa trasa. Z powodu remontu boiska, na którym się kończy, wytyczono nowe miejsce startu, mety. Dodatkowo kawałek trasy prowadził inną drogą.
Trasa w sumie nie gorsza niż poprzednia. Nie ma na niej jakichś utrudnień, zwężeń itp. Jest za to podobne niedoszacowanie dystansu jak na poprzedniej (przynajmniej na moim zegarku wyszło 4,8 km). Myślę, że nikt jednak z tego powodu nie płakał, pozwala to mniej więcej porównywać bieżące wyniki z poprzednimi.

Między wierszami organizatorzy napominają, że w przyszłych edycjach zmiana trasy zagości na stałe. Być może będzie miała taki przebieg jak dzisiejsza. Na powrót do starej już jednak chyba nie ma co liczyć, bo boisko ładnie ogrodzone siatką, nie da się na nie już wejść taką masą ludzi. Czyli trzeba się przyzwyczajać do nowego 🙂

Mroźne warunki, twarde podłoże pozwalały sądzić, iż padnie wiele rekordów. Tak też się stało. 30 zawodników osiągnęło czasy poniżej 17 min, a zwycięzca na mecie zameldował się po 14:56 min (najszybsza kobieta – 18:00 min).

U mnie wiadomo, szału nie było. Niby ostatnie 2 tygodnie to regularny trening (coś tam powoli wracam do lepszych dystansów) ale waga dalej stoi w miejscu. Obawy miałem co do strategii więc mało oryginalnie znów stanąłem w okolicy 25 min. Tym razem wybrałem pierwszy rząd bo wdziałem oczodajny strój i miałem chęć na jakieś zdjęcie z sobą w roli głównej 🙂

Pierwsza fotka jest, liczę na kolejne 🙂

Wiem, że narzekam na to co miesiąc, ale rozwaliły mnie jakieś dziewczyny, które wepchały się jeszcze bliżej przede mnie i debatowały ze sobą jak to one nie pobiegną. Przy czym szacowały swoje tempo na 6 kmin/km najlepiej. Ludzie, po co wy takie rzeczy robicie 🙁 Chyba dla przyjemności przeszkadzania innym.
Czym prędzej jak moja fala ruszyła spacerkiem do przodu, w stronę startu, je ominąłem bokiem. Po co się później przepychać, męczyć.

Odliczanie no i start. Liczby wyglądały tak:
1- 4.38 min
2- 4.55 min
3- 5.06 min
4- 5.04 min
5- 4.00 min

W sumie podobnie jak zawsze. Pierwszy kilometr za szybko, później powolne opadanie z sił. Zwłaszcza ostatni km, pod koniec to zwolniłem fest. Ale, ale.. aż tak tragicznie jednak nie było. Wg. czasów organizatora na metę wbiegłem po 23:38 min, zajmując miejsce 255/493.
W porównaniu do poprzedniego biegu jest postęp, bieżący rezultat był moim drugim najlepszym czasem w tegorocznej edycji. Można być więc z siebie zadowolonym 🙂



City trail wrocław -bieg 3

W telegraficznym skrócie podam, że biegło się w 3 City Trail we Wrocławiu 🙂 Tym razem pogoda trochę gorsza, lekki śnieg na poboczach a na trasie trochę więcej błota.

Szacując swoje siły na średnie postanowiłem tym razem wystartować z czołówki grupy na 25 min.

Mimo w.w. przeciwności losu (i zwyczajowego kiepskiego przygotowania) osiągnąłem czas 23:53 min co pozwoliło na zajęcie miejsca 253/519.

Cóż więcej rzecz. Gorzej trochę niż ostatnio ale czas ciągle akceptowalny.

Na trasie biegu
Chwilę po starcie mojej grupy czasowej.

Bieg Mikołajów Wrocław 02/12/2018

Zabierałem się do tej relacji już od jakiegoś czasu ale w sumie to nie wiem czy jest sens. Wskutek idei biegu (słusznej oczywiście) i niestety tego jak   wyszedł organizatorom (tu już gorzej) to ciężko go rozpatrywać w kategoriach sportowych.

Niemniej spróbuję opisać jak to było, może w kolejnej edycji uda się bardziej 🙂

Informację o biegu dostałem dość nieoczekiwanie. W firmie, gdzie pracuję, zorganizowano  klub biegacza i  właśnie Bieg Mikołajów był na liście możliwych do wystartowania. Czemu więc nie 🙂

Strona zawodów ujdzie, w sumie co  trzeba znalazłem. Dość późno umieszczono na niej ostatnie szczegóły (co, gdzie, kiedy) ale tragedii nie było, do ogarnięcia 🙂

Bieg Mikołajów organizowany jest w okolicy Stadionu Olimpijskiego. Trasa jest przez to dość kręta, poprowadzona mieszaną nawierzchnią (asfalt, szuter,  ubity grunt). Obawiałem się czy zapisana liczba biegaczy nie spowoduje korków ale o dziwo nie. Dało radę,  nie było kłopotów z omijaniem, biegnięciem.

Po przybyciu na miejsce startu należało udać się do biura zawodów co wiązało się z ryzykownym spacerem bo.. szło się po kostce granitowej, a dzień wcześniej padało i złapał mróz 🙂 Lodowisko aż miło 🙂

Pakiet startowy skromny. Torba płócienna, czapka mikołaja, batonik, bombka choinkowa  i chyba tyle. Czapka niemniej ładna, większość ludzi w niej wystartowało co ciekawie wyglądało na zdjęciach.

Przed właściwym startem były biegi dzieci, rozgrzewka i zwyczajowo można było ruszać.

Jak to u mnie uczucia miałem mieszane. Chciałoby się dobrze ale obawiam się kontuzji. Niewiele biegam znów (mimo, że regularnie) bo po którymś poprzednim treningu w górach czuję lewą stopę (śródstopie, bliżej góry). O ile w czasie biegu nic mi nie przeszkadza to chodząc lub mocniej jakoś obciążając nogę czasem pojawia się jakiś ból, Wyobraźnia podsuwa mi, że może pękła mi któraś kość… ale nie widzę opuchlizny, ani nic, więc liczę, że to tylko jakieś obicie, przeciążenie.
W każdym razie trening biegowe robię lekkie ostatnio i tylko poza asfaltem.

Wystartowałem dość żwawo, starając się trzymać równe tempo. Nawet to szło. Pierwszy km wolniej bo tłok, kolejne już w okolicach 5 min (pierwsza cyfra to 4, tylko końcówki bliżej 55 :)). Zwolniłem oczywiście w drugiej połowie biegu ale nawet nie tak tragicznie, ot pod 5:18-5:30.
Okrążenia wchodziły w miarę komfortowo. Nie było tłoku, dało się sprawnie przemieszczać. Po którymś kółku przy linii mety zaczęto wydawać wodę w butelkach. Nie brałem – zimno, pić się nie chciało. Większy tłok nastąpił po 4 kółku bo dużo osób stało za linią mety. Brało medale i zwyczajowo dzieliło się wrażeniami. Mogło to przeszkadzać tym, co jeszcze musieli biec.

Na tle konkurencji źle się w sumie nie zaprezentowałem. Oczywiście wymiatacze skończyli w trzydzieści kilka min, ale mnóstwo osób truchtało, szło. Wielu zawodników/zawodniczek poprzebieranych, grupki luźno przemieszczające się. Widać nastawienie na dobroczynność, która była ideą tego biegu (za każde okrążenie sponsor płacił jakąś sumę).

Meta. Ja to ten rozmazany 🙂

Finalnie zegarek pokazał mi takie wyniki: czas: 00:59:30, dystans: 11.38, średnie tempo 5:14 min’km.

Gdzie więc tu miejsce na moje narzekanie? Ano w tym, że na stronie podano, iż biegniemy 5 kółek. Po 4 usłyszałem, że niektórzy mówią, iż koniec. Ja (jak sporo innych) pobiegłem 5.
Wychodzi, iż faktycznie wystarczyło 4 okrążenia. Słabo, nie ukrywajmy – wiedząc, że biegniemy o 2 km mniej strategia tempowa  byłaby całkiem inna.
Oj… Do tej pory nie widzę też oficjalnych wyników co stawia w sumie organizatora w słabym świetle. Coś boję się, że się ich nie doczekam więc trudno. Co mi wyszło z cyferek podałem i tyle.

Po biegu pobrałem medal, wziąłem wodę, a że głodny nie byłem to poszedłem do auta, gdzie czekała moja małżonka. Można było wracać do domu. I tyle.

Wielkiego nastawienia na wynik, życiówki nie miałem więc to ratuje imprezę przed moją całkowitą krytyką 🙂

City Trail Wrocław 2018 czas zacząć :)

Z pewnym opóźnieniem, bo w pierwszym biegu nie mogłem wystartować, zacząłem tegoroczną rywalizację w cyklu City Trail.

O niuansach biegu raczej nie ma się co rozwodzić. Sprawdzona, ta sama formuła zawodów, co mi pasuje. Walka toczy się na trasie a nie z nowościami jakie wprowadzają organizatorzy 🙂

Mimo zaawansowanej jesieni Wrocław przywitał mnie ładną pogodą (ale mróz był) i zwyczajowo dużą ilością biegaczy.
Chcąc zaprezentować się z dobrej strony na trasie zafundowałem sobie solidną rozgrzewkę, a później ustawiłem się w pierwszych rzędach biegaczy na 22 min.
Przy starcie zapanowało małe zamieszanie bo fale ruszały dość nierówno, parę osób przekroczył linię czujników i nie wiedziało później co robić, czekać czy biec. Organizatorzy jakoś to ogarnęli i poszło.

Pierwsza prosta po starcie

Kilometry weszły mi w następujący sposób:
1 – 4:39
2 – 4:55
3 – 5:07
4 – 5:10
5 – 3:21 (standard na tej trasie, ostatni km niepełny)

Oficjalnie wykręciłem czas 23:08. Zająłem 228 miejsce z 579 sklasyfikowanych.

Teoretycznie jestem z siebie zadowolony. Widać jednak, że na 22 min to gotowy jeszcze w żaden sposób nie jestem. Szybko osłabłem. Spora w tym zasługa dużej masy i chyba nie ma wyjścia, chcę lepiej biegać to w końcu coś z tym muszę zrobić.
Miejmy nadzieję, że do biegu grudniowego już coś w tej materii drgnie 🙂

7 Górski Bieg Niepodległości – Świerki 11/11/2018

Szybciutki opis bo ciężko wymyślić koło od nowa (skoro biegam tu już kilka ładnych lat) 🙂

Końcówka roku to kolejny u mnie „standard” – Górski Bieg Niepodległości w Świerkach. Zwyczajowo już (jak to u mnie) do zawodów przystąpiłem targany różnymi wątpliwościami – jak pójdzie, czy będzie dobry wynik czy tez polegnę. Forma/samopoczucie dawały sprzeczne sygnały więc wiedziałem, że lekko nie będzie. Walka jednak być musiała i była.

Tegoroczny bieg w Świerkach w swojej zasadniczej otoczce nie uległ większym zmianą niż poprzednie edycje. To samo miejsce, stała już trasa. Widać jednak, jak z roku na rok rośnie jego renoma co przekłada się na liczbę chętnych do startu. Tym razem organizatorzy spodziewali się ponad 400 biegaczy co mi personalnie słabo się widziało – miałem obawy czy nie będzie dużego ścisku na trasie.  Liczbę biegaczy było już widać na parkingu, tyle aut jeszcze nigdy nie stało. Szczęśliwie powiem, że na trasie jednak było ok, dało radę biec w miarę luźno.
Bądźmy jednak szczerzy – trochę pomogłem swojemu „komfortowi” stając na starcie w miarę blisko początku stawki. W skutek tego nie musiałem przepychać się na pierwszym podbiegu z wolniejszymi (uspokajam szybszym nie przeszkadzałem).

Ładna pogoda w bieżącym roku dawała nadzieję na szybki bieg. Na trasie nie było błota, można było popuścić nogę 🙂 nie bojąc się wywrotki.
Rozgrzewkę zrobiłem dość solidną i od razu od startu ruszyłem ostro do przodu.

Chwila po starcie

„Zabijający” nieprzygotowanych 1,5 km podbieg udało mi się zrobić ciągle biegnąc. Tempo 1 km też nie najgorsze bo poniżej 7 min/km (6:57 dokładniej). Od drugiego km przyśpieszyłem i korzystając z wypłaszczenia starałem się jak najwięcej nadrobić (zanim zaczną się kolejne górki). Nawet to szło co widać po międzyczasach:

Pierwszy podbieg. Kawałek drogi wyasfaltowali a kiedyś tego tu nie było 🙂

2 – 5:47
3 – 5:14
4 – 4″57
5 – 4″36

Jeszcze jest siła. Przed 6 km.

Po piątym km zaczął się długi i mocny podbieg. Tu niestety czułem się już wypruty i w końcu trochę podchodziłem. Widać to w cyferkach 🙂
6 – 6:40
7 – 6″45
By nie było tak marnie, 8 km trochę w dół  i znów szybciej.
8 – 5:36
Nic co dobre długo nie trwa. Ot takie miłe urozmaicenie przed mega podejściem na Włodzicką Górę. Na górze jak kto miał siłę można było podziwiać świeżo wyremontowaną wieżę widokową. Ładnie ją zrobili 🙂
9 – 8:01
Finish biegu już lekko i przyjemnie – ciągle w dół.
10 – 4:01

Nieźle. Zadowolony jestem w miarę ze swojej dyspozycji (najbardziej boleję, że 6 i 7 km trochę podchodziłem).
Tegoroczna edycja okazała się być dla mnie ostatecznie bardzo dobrą. Poprawiłem czas o około 7 min (od zeszłego roku). Porównując z poprzednimi edycjami wyrównałem czas do najlepszego do tej pory (chyba z 2015 r).
Na mecie pokazałem się po 01:00:21. Zająłem miejsce 187 z 401 startujących. Zacnie 🙂

Ciekawostki i informacje ogólne:
Biuro zawodów, wolontariusze, obsługa jak zwykle na wysokim poziomie. Pełen profesjonalizm 🙂
Tegoroczna edycja z oczywistej racji 100 lecia odzyskania niepodległości zaskutkowała w pakiecie czapeczką i eleganckim medalem na mecie. Według mnie naprawdę ładne, niech żałują Ci co nie mają 🙂
W pakiecie dawano też pojemniczek z różnymi ciastami. Fajny pomysł, nikomu nic nie zabrakło, można było skosztować wszystkich.

Polecam bieg wszystkim 🙂

Łemko Ultra Maraton – 13/10/2018

Jedną z gorszych rzeczy w życiu jest sytuacja gdy nasze wyobrażenia zderzają się z rzeczywistością. Najczęściej zderzenie te jest bolesne i rozczarowujące.
Cóż, mega szczęśliwcem nie jestem i dla mnie takim zderzeniem był niestety udział w tegorocznej Łemkowynie.  A czemu? To poniżej.

Łemkowyna jawiła mi się jako bieg magiczny. Piękne widoki (klipy z tego biegu wymiatają), specyficzny klimat i perfekcyjna organizacja. Nie powiem, zachciało mi się być tego częścią.
Pilnowałem w zeszłym roku zapisów i jak tylko wystartowały to szybko wypełniłem formularz i opłaciłem wpisowe. Problemy nie wystąpiły, dokonało się – będę mógł pobiec 🙂
Przy analizie, który dystans wybrać (a do wyboru było 5 – 150 km, 100, 70, 48, 30) zdecydowały względy praktyczne. W Krośnie mam rodzinę i uznałem, że nie warto komplikować sytuacji startując  około 100 km od niego (sam dojazd ode mnie w Podkarpackie to jakieś 450 km, więc wystarczy). Lepiej zacząć blisko czyli w Iwoniczu  Zdr, tj. ~ 15 km odległości od  Krosna.

Łemko Maraton to 48 km, +1400/-1310 m, 8 godzin limitu czyli wcale nie tak źle. Jest gdzie pobiegać.

Ze strony organizacyjnej wszystko szło dobrze. Na FB czy stronie organizatora wszystko co ważne pisze. Podają trasy, godziny, niezbędne wyposażenie. Nie ma opcji by coś przegapić i za to wielki plus.

Im bliżej zawodów tym większy zgrzyt pojawiał mi się jednak w ocenie mojej dyspozycji. Z jednej strony czułem duży progres w szybkości. Z drugiej mało biegam. Mało i krótko. W paru ultra już biegłem więc zacząłem się obawiać co to oznacza. A oznacza z reguły kłopoty.

Cóż… z reguły mam na to proste stwierdzenie – przyjdzie się zmęczyć na trasie. O rezygnacji z biegu mowy nie było.

Po przybyciu do Biura Zawodów nastąpiło wypełnienie stosownych zgód, odbiór pakietów i co sygnalizowano – weryfikacja wyposażenia obowiązkowego. Poważna sprawa, jeszcze nigdy takiej kontroli nie miałem. Odbieram ją jednak pozytywnie bo zabrać ze sobą na bieg te parę rzeczy nie tragedia, a o ile prościej w razie kłopotów na trasie.

Wszystko ok, zaliczone. Wziąłem torbę z gadżetami i pooglądałem stoiska expo. Zwyczajowo drogo i nic mnie nie porwało. Pakiet startowy hmmm… no szału nie ma. Kubeczek, żel, batonik, coś jadalne w torebce. Z ważnych rzeczy mapa trasy i w sumie tyle (+ parę ulotek). Ja wiem, że organizatorzy ładnie umieją wyjaśnić skąd wysoka cena i nic ciekawego w pakiecie ale kurcze, nie przekonuje mnie to. Mieli np. za sponsora Buffa, to już chociaż po tej chuście mogli dorzucić. A tu nic. Wszystko za to można było sobie ekstra dokupić.
No ale dobra, dla gadżetów się tylko nie biega, da się to jakoś przełknąć.

Dzień później zameldowałem się w Iwoniczu-Zdroju. Na trasie trwała już walka, biegli zawodnicy z 70 km. Chwilkę popatrzyłem i zabrałem się za ostatnie poprawki w sprzęcie (wiązanie bucików, zakładanie stuptutów) i w sobie (rozgrzewka). Coś miałem problem z dobrym zawiązaniem lewego buta. Wydawało mi się, że ciągle jest za mocno. Poprawiałem z 10 razy a i tak czułem mały dyskomfort. Przeczucie mnie nie myliło – na mecie jednak w miejscu podejrzanym obtarcie było 🙂

Wchodząc do stref startowych należało okazać dowód osobisty, odnotowywano na liście kto jest. W sumie nie wiem po co to. Wystarczyłoby  patrzyć po numerach i wiadomo kto biegnie a kto nawet nie zaczął (po starcie komputer przecież ma od razu dane z chipów). Można by wysnuć wniosek, że zapobiega to oszustwu, iż pobiegnie za nas ktoś inny i być może to było bliższe prawdy.

Chwila oczekiwania, ostatnie info od organizatorów (postraszyli, iż ktoś zniszczył sporo oznaczeń na trasie i uzupełniali) i lecimy 🙂

Mam tu trochę dylemat co napisać. Wiadomo wszyscy lubią pot, krew i łzy. W sumie były ale … pozwolę sobie ominąć całą dokładną analizę trasy i mojej dyspozycji. Podam za to najważniejsze wg, mnie punkty.

Z tego co rozumiem na Łemkowynie największy fun robi błoto i piękne widoki. Tym razem, z powodu suchego lata i jesieni, tego błota było niewiele. Miejscami owszem, wszędzie jednak dało się je  ominąć. Po prawdzie, to co było mi wystarczyło 🙂 Ze 2 razy nogi mi się rozjechały i mało a bym się wyrąbał. Raz podparłem się ręką, drugi dokonałem pół szpagat i jakoś pozbierałem.

Co do widoków. No były ale coś mało (na moim dystansie). Las, łąki z oddali piękne (próbka poniżej) ale w większości biegnie się między drzewami i tu jest „normalnie”.

Widoki na Łemko Maratonie
Widoki na Łemko Maratonie

Za smutny fakt odnotowuję przy tym, że na trasie są fragmenty po asfalcie. Ze trzy dokładniej. Pierwszy w Rymanowie, drugi przy punkcie odżywczym w Puławach Górnych (tu chyba z 3 km tego asfaltu było, dużo…) i finish w Komańczy też leci się asfaltem (jakieś 1,5 km).

Wielkim plusem dla organizatorów jest fakt, że trasa oznaczona naprawdę dobrze. Nigdzie nie miałem chwili zawahania jak biec. Dodatkowo punkty odżywcze tam gdzie miały być. Wyposażone bardzo dobrze, wolontariusze pomocni. Szacun.

Pewnie cieszyłbym się tym wszystkim bardziej gdyby nie fakt, że no właśnie… szybko wymiękłem. Pierwsze 19.5 km (do punktu) zrobiłem świetnie, w około 2 godziny. Po ruszeniu z punktu jednak zaczęły się kłopoty. Na około 23 km złapał mnie skurcz łydki taki, że lądując na tej nodze wyłożyłem się na bok. Musiałem sobie chwilę posiedzieć na szlaku zanim w ogóle dałem radę wstać. Od tego momentu katastrofa. Nie mogłem biec, bo co tylko próbowałem to czułem spięcie łydek. Szedłem, ale za kolejne kilka kilometrów czuję skurcze tyłu ud (przy podejściach w górę). Ki diabeł. W życiu tam mnie nic nie łapało. Modląc się by szlak prowadził w miarę po prostej i w dół (bo tu mi się szło najlepiej) pokonywałem kolejne km.
Zaaplikowałem sobie magnez (miałem tabletki), na drugim punkcie do bukłaka wlałem izo i jakoś mi powoli odpuściło. Ostatnie kilka kilometrów pokonałem marszobiegiem. Kilkaset metrów przed metą to nawet całkiem szybko. Motywowały mnie jakieś dziewczyny prowadzące swoją koleżankę. Tekst, że ona biegnie a ja co tak będę szedł podziałał całkiem ok 🙂

Lemko Maraton 48
Ostatnie metry przed meta

Na mecie zameldowałem się na pozycji  235 z 370 sklasyfikowanych. Czas 7:04:30’7. Niby z zapasem, niby nie ostatni ale naprawdę słabo. W punkcie w Puławach (połowa trasy) byłem sklasyfikowany na pozycji 131 więc sami możecie ocenić jak to wyszło.
Słaby trening się zemścił. Zły mogę być tylko na siebie, bo druga połowa maratonu było zdecydowanie korzystna. Sporo po prostej i z górki. Dużo można było tu zyskać gdybym biegł a nie szedł.

Szkoda.

Finisherów w Komańczy witał tłum kibiców. Wręczono medal (dzwoneczek z logo biegu) i można było świętować dobiegnięcie.
W ramach regeneracji, do zjedzenia były świetna kasza jaglana (wegetariańska lub z mięsem) i zupa pomidorowa. Bardzo smaczne. Jak ktoś chciał to mógł dokupić ciasto, regionalne piwo. Na zawodników czekały też hala gdzie dało się usiąść i zjeść i co ważne prysznice i przebieralnie. W prysznicu (koedukacyjnym ;)) niestety skończyła się ciepła woda, niemniej i tak umycie się dużo dało.
Jak ktoś chciał i mógł to później były koncert, ognisko. Ja zawinąłem się do domu.

Podsumowując.
Odcinając się zupełnie od wyniku sportowego (bo on powoduje moje spore rozgoryczenie) to powiedziałbym tak:

  • bieg zorganizowany bardzo dobrze. Trasa, wolontariusze, punkty, jasne regulaminy. Wszystko na wielki + Lubicie porządek i spokój to impreza dla Was.
  • z drugiej strony bańka kultowości chyba zbyt duża.  Nie zrobiłem tego wow… będąc już na nim. Szkoda trochę, widać za dużo sobie wyobrażałem.

Zawody, zawody

Ponieważ już się trochę kajałem za swoje lenistwo w poprzednim poście pozwolę sobie zasygnalizować o 2 biegach jakie dokonałem, a opuścić dokładny ich opis.
Oba biegi z gatunku moich cyklicznych, w sumie jak kto ciekawy to w opisach z lat poprzednich znajdzie wszystko co trzeba.

9 Regatta Bieg na Wielką Sowę
Czas: 01:08:25
Miejsce Total: 397
Miejsce M40: 68
Bieg wyszedł mi akceptowalnie. Czas zanotowałem bardzo zbliżony do ubiegłorocznego. Niestety, zmieniono trochę trasę (dystans finalny raczej podobny, chodzi o przebieg) i ciężko stwierdzić na 100% czy to było dobrze czy źle 🙂
Zadowolony jestem jednak bardzo ze strategii – zacząłem wolniej i w zawodach miałem siły na końcówkę. Oprócz 2 fragmentów gdzie bieg nie ma wielkich sensu (na moim poziomie), resztę trasy pokonałem biegnąc.

BWS 2018 – meta

XIX Toyota Półmaraton Wałbrzych
Czas: 02:05:37
Miejsce Total: 1211
Miejsce M40: 369
Porażka. W tym roku panowały ciężkie warunki na trasie, było bardzo gorąco. Swoje to na pewno dołożyło (pamiętam 2016 Maraton Wrocław) ale czy tylko to było powodem nie zmieszczenia się w 2 godzinach to nie wiem…
Na zmienionej trasie biegło mi się o dziwo całkiem dobrze. Wystartowałem z balonami na 1:45. Odeszły mi (to wiadomo, tak szybko nie biegam) ale myślałem, że daję radę. Pierwsza połowa pod kontrolą, ciągle biegiem i poniżej godziny. Do 15 km szło ok, a później na patelni drogowej 🙂 mnie odcięło. Zacząłem podchodzić, podbiegać i już do końca nie dałem rady. Za chwile zobaczyłem mijające mnie baloniki z 2:00. Próbowałem ich gonić ale nie było sił.
Niestety, myślałem, że temat 2 godzin w ulicznym Półmaratonie mam już ogarnięty, a tu widać, że nie. Zdarzają się wpadki 🙁
Międzyczasy miałem takie:

Pomiar
Check Point
Czas
Time
Msc open
Open
Msc katw
In age
Prędkość (km/h)
Speed
Tempo (min/km)
4.5 km 00:24:34 1278 389 10.99 5:28
10 km 00:56:14 1185 366 10.67 5:37
10.5 km 00:59:27 1183 365 10.6 5:40
15 km 01:25:05 1106 340 10.58 5:40
20.5 km 02:02:24 1211 370 10.05 5:58
FINISH 02:05:37 1211 369 10.08 5:57

Jak widać ostatnie 5 km położyło sprawę.