Archiwa tagu: ultra

Flexistav Bieg Ultra Granią Tatr – 17/08/2019

Zacznę od końca. Niestety 🙁 Bieg (a może góry?) nie bez powodu nazywany jednym z trudniejszych w Polsce pokonał mnie. Pierwszy raz nie udało mi się osiągnąć mety.
Nie poległem w sposób spektakularny zmieciony jakąś kontuzją, całkowitą słabością ale dogonił mnie limit czasowy i przed drugim punktem czasowym zmuszony byłem zakończyć. Oddać numer, chip i wracać do domu. Ciężkie uczucie, ciągle czuję żal i niezadowolenie. Z jednej strony spodziewałem się problemów, wiedziałem o swoich słabościach, z drugiej liczyłem jednak na jakiś łut szczęścia, zwycięstwo „upartości” nad słabością. Cóż, na takim biegu szczęścia być nie może, trzeba być przygotowanym na 100% by myśleć o sukcesie.

Zaczynając zaś od samego początku 🙂

By dostać się na BUGT trzeba zaplanować to trochę szerzej.
Jest to bieg, który obywa się co 2 lata i jako jeden z warunków koniecznych ma wymóg zdobycia 12 pkt ITRA, w trzech maksymalnie biegach. Na stronie organizatora znajdziecie listę biegów, które to umożliwiają, ale uznawane są również zawody spoza listy (o ile oczywiście są wycenione w ITRA).
Nie jest to tak proste jak przyjrzycie się ilości pkt. za dany bieg więc zadanie raczej dla osób ostrzej wkręconych w biegi ultra. Skoro biegi „kwalifikacyjne” są trudne i wymagające lepiej zaplanować ich robienie na dłuższy czas. Ot, choćby po to by była jakaś regeneracja między nimi. Dodatkowo (co przysporzyło mi trochę stresu swego czasu) jest boom na znane zawody więc zapisywać na nie trzeba się wcześnie. Na niektóre nawet z rok 🙂 Jak odłożycie wszystko na ostatni moment okaże się, że nie ma w czym wystartować = wszędzie brak miejsc.
Druga sprawa, związana z dużym zainteresowaniem Granią, to losowanie zapisanych osób. Niestety, startuje tylko 350 (50 miejsc dla organizatora) więc trzeba mieć również sporo szczęścia by się załapać.
Finalnie, jeśli uda nam się spełnić powyższe warunki pozostaje szybko zapłacić, trenować dalej no i kompletować wyposażenie wymagane 🙂

Sam bieg i jego bliższa otoczka wyglądały zaś tak:

Do Zakopanego przybyłem 2 dni wcześniej by zapewnić sobie chociaż trochę aklimatyzacji i odpoczynku po długiej drodze. Przydaje się to, bo słynne korki na Zakopiance nie są mitem a realnym faktem. Zakopane w środku sezonu też nabite ludźmi, wszędzie pełno, drogo czyli witamy w górach 🙂

Warto, organizując sobie start w BUGT, dobrze zaplanować również kwaterę. Przed samym biegiem trzeba odebrać pakiet, a później stawić się na obowiązkowej odprawie. Również start jest poza miastem, dojeżdża się do niego autobusem w środku nocy. Ciężko po prostu może być zgrać to logistycznie stacjonując daleko od „miejsca akcji”.
Ja wybrałem lokum blisko najważniejszych miejsc i wszędzie mogłem dostać się piechotą (chociaż i tak miasto zrobiło mi psikusa remontując ulicę, przez co z planowanego 1 km do przejścia zrobiło się z 3 🙂 🙂 )

Odprawa przed biegiem.

OK. Przed biegiem należy stawić się dwa razy w biurze zawodów. Po pierwsze by dokonać rejestracji. Przygotujcie się, że musicie okazać dowód osobisty, potwierdzenia zawarcia dwudniowego ubezpieczenia na rejon Słowacji. Wtedy dopiero można odebrać pakiet startowy.
Sam pakiet ok. Jest tam trochę przydatnych rzeczy. A to opaska na głowę, buff, softlask i inne różności. Nie jest źle patrząc w kategorii ceny wpisowego i porównując to do innych podobnych zawodów.
Druga, wieczorna wizyta w biurze to obowiązkowa odprawa. Zdradzę sekret, że obecności nie sprawdzają ale.. warto być. Organizatorzy opisują po trochu zasady panujące w Tatrzańskim Parku Narodowym jak i trasę, punkty żywieniowe. Co najważniejsze mówią (w nawiązaniu do planowanej pogody) czy trzeba zabrać coś z wyposażenia dodatkowego i jak wygląda sprawdzenie wyposażenie przed wejściem do strefy startowej. Nie mając tej wiedzy można się mocno zawieść przy ewentualnej kontroli 🙂

Zawody zaczynają się o 04:00. Od 2:30 autobusy organizatora zaczynają wozić ludzi na miejsce startu. Sam wybrałem się na jeden z pierwszych i dość szybko dotarłem do Siwej Polany (Dolina Chochołowska). Tutaj przygotowałem co należy do okazania, bo by wejść do strefy startowej trzeba pokazać część wyposażenia wymaganego.Ogólnie na biegu trzeba mieć sporo rzeczy (a to rękawiczki, kurtka, bandaże, plecak i bukłaki wodą itd.) niemniej wszystkie należy powiedzieć uczciwie przydatne i warto je mieć i bez wymagalności.

Profil trasy

Trasa, o długości około 71 km (+5000/-4950) podzielona jest na 4 etapy, z 3 punktami odżywczymi. Na dwóch punktach jest bufet, napoje, na ostatnim tylko picie. Ten na którym byłem świetnie wyposażony w jedzenie i picie. Wolontariusze bardzo pomocni.
Na zawodach obowiązują limity czasowe na osiągnięcie strefy odżywczej i niestety są one przestrzegane 🙂 Limity są wyśrubowane tak jak i cały czas przeznaczony na zawody. Widać, że chcąc je spełnić niestety trzeba biec 🙂

Wschód słońca na trasie – by Piotr Dymus. Ja walczyłem tak zaciekle, że żadnego zdjęcia nie zrobiłem. Teraz żałuję bo widoki przednie 🙂

Przechodząc do tego co lubimy najbardziej – krew, pot i łzy 🙂

Około 03:40 pokazuję wymagane wyposażenie i wchodzę do strefy startowej. Ostatnie poprawki, rzeczy w plecaku, statyczna rozgrzewka i …wybija czwarta rano. Lecimy. Jest jeszcze ciemno, chociaż księżyc w pełni i tak sporo ułatwia sprawę. Pierwsze 7-8 kilometrów to dość prosty odcinek. Asfalt, leciutko pod górę. Biegnę wolno nie chcąc spalić się już tutaj. O dziwo moje marne tempo pozwala trzymać się większości grupy, a nawet wyprzedzać. Niektóre osoby przechodzą do chwilowych marszów już tu. To chyba przegięcie, ja wolno ale biegnę.
Jakoś podczas tego odcinka czuję, że warto by siknąć 😉 Wydaje mi się to słuszne bo wizja późniejszego wypróżniania się gdzieś na wąskim szlaku, między turystami jest mało zachęcająca. Wiele nie tracę, podobny pomysł ma sporo innych ludzi.
Przy 8 kilometrze wszyscy rzucili się do wyciągania kijków (od tego km można używać) więc i ja uznałem, że spróbuję biec z nimi. Chwila stresu, ludzie sprawnie startują a ja nie mogę jednego złożyć. Nie udaje mi się to do końca więc wbijam go dość chamsko i lecę. A raczej zaczynam iść pod górę. Tu zaczyna się właściwa trudność biegu – góry… Przewyższenia dużo większe niż to co znałem do tej pory. Idzie się, idzie mozolnie pod górę. W większości po skałach, stopniach ułożonych z kamieni.
Zaczynam doceniać fakt, że kijki mam. Dużo mi pomagają, sporo ciągnę w górę rekami. Kijki przydają się również w dół. Zapewniają dodatkowe podparcie. Mimo tego na pierwszym etapie wyłożyłem się chyba z dwa razy. Szczęśliwie niegroźnie, poczuł to mój tyłek, lekko zgiąłem też jeden z kijków.

Idziemy sobie. Foto by Ultra Lovers. Mnie na nim nie ma 🙁 Fotografowie zaczynają mnie denerwować, zaś nie załapałem się na żadne zdjęcie.

Masakra… Te tatrzańskie szczyty nie mają końca. Wydaje się, że już widać wierzchołek, a za nim wyłania się kolejny kawałek pod górę. Co gorsze zbiegi w mojej ocenie są bardzo trudne. Również po nierównych, kamiennych stopniach. Nawierzchnia krzywa, kruche kamienie nie zachęcają do rozpędzenia się. Zaczynam w większości z nielicznych górek schodzić a nie zbiegać. Słabo, czas leci coraz szybciej, zaczynam widzieć, że nie będę miał praktycznie żadnego zapasu czasowego na pierwszym punkcie.
Osoby, które biegną koło mnie zaczynają snuć wizję, że nikt kto nie zmieścił się z jakimś solidnym zapasem czasowym szans na osiągnięcie kolejnego punktu już nie ma. No nie pomaga to :/
Pod koniec pierwszego etapu zaczynam mieć kryzys formy. Mięśnie nóg spięte, zaczynam się obawiać czy nie będę miał znów skurczy jak na Łemkowynie. Staram się temu przeciwdziałać i oprócz żeli, wody, wziąłem sporo tabletek z elektrolitami. Regularnie brane pomagają, nie złapało mnie. Niemniej głowa coś się buntuje i końcówka etapu to już naprawdę więcej chodzenia niż biegu. Słabo. Na punkt wpadam z zapasem ledwo 20 minut. Szybko piję kolę, zjadam kawałem ciastka (słabo mi wchodzi, za suche), arbuza. Wolontariusze tankują moje softflaski wodą i wychodzę ze strefy.
W międzyczasie zrobiło się ciepło (rano za to było zimno – przydały się te rękawiczki i kurtka). Postanawiam jeszcze zdjąć bluzkę z długim rękawem i założyć krótką koszulkę, która mam. To dobra decyzja, nie grzeję się już tak jak wcześniej. Kilku zawodników, robi podobny przepak jak ja ale rusza szybciej.
Kończę się przebierać, na punkt wbiega dziewczyna. Okazuje się, że już dla niej za późno. Time out. O kurcze, źle trzeba ruszać.

Początek drugiego etapu to mozolny spacerek lasem i łąkami. Niestety na tyle w górę, że o bieganiu nie mam co marzyć. Słabe mam tempo, mija mnie idąca turystka a jak niezbyt mam chęć i siłę ją gonić. Zaczyna się kryzys czy to ma sens. Zrobiłem około 4 km i ciągle pod górę. Gorąco, pusto, krzaczory jakieś. Myślę czy warto w ogóle iść dalej jeśli i tak nie zmieszczę się w limicie. Do drugiego punktu przecież z kolejne 20 km a czasu mało. Siadam na napotkanej ławeczce, wyjmuję mapę i analizuję. Może lepiej wrócić na punkt? Przynajmniej będzie z góry i bliżej do domu. Mija mnie 2 biegaczy pytają czy lecę. Odpowiadam, że myślę czy jest sens. Chwilę jeszcze posiedziałem gdy dobiegł chłopak (nie startujący w biegu) i mówi, że w sumie leci w końcówce zbierając/motywując takich nieszczęśników. Chwilę dyskutujemy, mówi by się nie poddawać bo wcale nie tak daleko i lecieć. Ok, przekonał mnie ruszam.
Oficjalny support jest na biegu zabroniony więc lecimy tak trochę obok. On z przodu, coś czasem opowie o biegu, czasem odleci sobie dalej. Ja mozolnie drę z tyłu. Obecność drugiej osoby jednak sporo daje. Sił nie ma ale człowiek się stara dorównać.
Kolega mówi, że jest stąd, startował już chyba z 3 razy w biegu ale mety też nie osiągnął. A to jakaś kontuzja, a to słabość w głowie (jak u mnie). Tym sposobem (motywacyjnym) bieg w końcu zaczyna iść. Mijam kolejne punkty trasy – w znaczeniu szczyty, rozwidlenia dróg. Przy okazji trasa opisana, oznaczona perfekcyjnie. Są chorągiewki, a co ważniejsze wszędzie tak gdzie należy skręcić jest człowiek, który pilnuje by nie pobłądzić. Tak można biegać, zero stresu że zabłądzę.
Dobiegam na kolejny szczyt – pytam ile do punktu. 8 km brzmi odpowiedź, a godzina do limitu. Adrenalinka robi swoje. O ile do tej pory raczej szedłem to tu zaczynam ostrzej drzeć do przodu, z gór o dziwo zbiegam korzystając z kijków! Tempo ładnie rośnie, przemieszczam się do przodu. Niestety to już odcinek nawiedzony przez turystów. Owszem w większości ładnie przepuszczają, pozdrawiają i kibicują ale jednak spore zwolnienie jest. Trzeba czasem poczekać na swoje miejsce na szlaku.

Finalnie limit dogonił mnie chwilę przed Kasprowym Wierchem. Chyba jestem ostatni w tym miejscu, po mnie raczej już nikogo nie ma – idą ludzie zamykający trasę, zbierający chorągiewki. Oddaję chip, numer i podchodzę na szczyt. Jest po biegu 🙁 41 kilometrów z 71 pokonane.

Szkoda. Patrząc na mapkę zrobiłem sporą część trasy. Gdybym mobilizację z końcówki miał od początku to mogłoby to wyglądać inaczej. Czy starczyłoby jednak czasu-sił na 71 km nie wiem. Boję się, że nie. Braki w przygotowaniu były jednak widoczne.
Z drugiej strony gdyby limity były luźniejsze (jak na wielu innych biegach) to pewnie metę spokojnie bym osiągnął.

Na szczycie Kasprowego mam dylemat co z sobą zrobić. Nie jestem na punkcie odżywczym iść do niego to jeszcze kawałek (a czy coś dadzą jak nie mam numeru?). Sędziowie podpowiadają, że można tu zejść szlakiem w dół albo zjechać wyciągiem.
Do wyciągu chmara narodu i okazuje się, że aż tyle pieniędzy nie mam więc napiłem się zakupionej wody i zaczynam schodzić w stronę cywilizacji – Kuźnic. Masakra. Ciągle w dół po tych kamiennych schodach. Wolno, trzeba uważać bo ślisko (moje buty coś jednak na kamieniach nie robią szału). 50 min w dół zielonym szlakiem, rozwidlenie do Kuźnic kolejne 1:40.
Zmuliło mnie co to za Kuźnice (bo to w miarę blisko od mojej kwatery) boję się kupić sobie coś do pica (a mijam jakieś schronisko) by mi nie zabrakło pieniędzy na ewentualnego busa. Idę i mam coraz bardziej dość. Szczęśliwie spotykam na trasie 2 osoby, które sędziowały. Wnioskuję to z ich rozmowy i pytam czy nie mają cokolwiek do picia. Szczęśliwie miały i trochę wody mi dały W ich towarzystwie dochodzę w okolice mety (bo własnie w Kuźnicach była ona zlokalizowana). Tu przypominam sobie, że w sumie to jakieś 20 min od mojego lokum więc idę dalej. Finalnie zanim wróciłem do domu to zrobiłem jeszcze kolejne 10 km.

Cóż wiele do dodania nie ma. Byłem, bieg widziałem i uczestniczyłem w nim. Czy chciałbym wrócić i go pokonać? Pewnie. Czy to jednak zrobię to nie wiem. Trzeba by znów robić punkty kwalifikacyjne. Zobaczymy, w tym roku odpocznę już od ultra, co będzie dalej zobaczymy.

Od strony sprzętowej napisze może coś więcej w kolejnej relacji by było wiadomo co warto mieć a co nie (no i jak się sprawdził mój sprzęt). Zdrowotnie w sumie ok. Nawet nóg mocno nie zniszczyłem. W znaczeniu stóp, bo może z 2 bąble miałem no i 1 paznokieć straciłem. Ale to bardziej przez swoją głupotę, w Zakopanem łaziłem w niezbyt wygodnych butach i już tu go naruszyłem.

Jestem biegaczem tragicznym

I nie chodzi tu tylko 😉 o styl i osiągane rezultaty. Bardziej widzę to w pewnej analogii do tzw. bohatera tragicznego. Kto w szkole się uczył to pewnie kojarzy, kto mniej to sobie w necie wyszuka.
A czemuż to? A temuż bo finalnie dokonały się wybory moich tegorocznych startów 🙂

Starty „poboczne” nie są żadną wielką nowością. Pobiec chcę w nocnym Biegu Szerszenia, Biegu na Wielką Sowę, Międzynarodowym Biegu w Twardogórze i pewnie na koniec roku w Biegu Niepodległości w Świerkach. To takie moje standardy. Niewiele, ale powoli przechodzi mi szał startowanie wszędzie gdzie się da.

Swoją energię i skupienie poświęcę jednak startowi, który jest spełnieniem moich biegowych marzeń – w sierpniu wezmę udział w Biegu Ultra Granią Tatr.

No właśnie. I tu zaczynają się obawy związane z moim „tragizmem”.

Biegiem już sporo lat, zawsze jednak wielkie zamierzenia, nie do końca mi się udawały.
Pokonałem kilka maratonów, ale nigdy przygotowany tak jak trzeba (maratonowi jeszcze nie odpuściłem ale chcę pobiec wtedy gdy będę sam wiedział, że zrobię czas poniżej 4 godzin albo sporo lepiej).
W 2015 roku szykowałem się do Biegu Rzeźnika. Chyba jednego z ostatnich na „klasycznej” trasie. Szczęście miałem w losowaniu, a później porażka na całego. Najpierw wymiękł mi partner, udało się znaleźć zastępstwo to …tydzień czy dwa przed biegiem ja rozwaliłem nogę, tak, że szans na bieganie nie było żadnych.
Do BUGT pierwsze podejście zrobiłem w 2017 r. Wtedy też szczęście w losowaniu się do mnie uśmiechnęło ale.. organizatorzy odrzucili jeden z moich biegów kwalifikacyjnych. Strasznie mnie to rozwaliło :/ (przy okazji to biegi były ok, nie miałem jednak wiedzy jak to udowodnić. Teraz tą wiedzę mam i przeszło).
Później to szło już raz lepiej, raz gorzej. Kto czyta bloga to mniej więcej wie, że toczę walkę z psychiką, dyspozycją fizyczną itd. Niemniej jestem raczej w dole niż na topie formy. W tej niezbyt korzystnej sytuacji zdecydowałem się jednak zawalczyć kolejny raz o bieg, który nakręca mnie od lat. I udało się.

Wcale przez to nie jest łatwiej. Targają mną wątpliwości.
Czasu wcale nie ma dużo by dojść od biegania 80 km na miesiąc do pokonania 80 km w jeden dzień, w Tatrach. Powiedzmy 5 miesięcy. Trzeba będzie solidnie schudnąć (ale.. z umiarem nie zabijającym formy). Wymyślić trening, który da jak najwięcej, przy czym nie doprowadzi mnie do jakiejś kontuzji w kluczowym momencie. Ech, sytuacja bez wyjścia.

Pewnie wielu by odpuściło, poczekało na lepszy czas… pewnie sam bym tak wielu doradzał. Ale.. nie mam już czasu na czekanie. Chociażby z dwóch poniższych powodów:
– szczęścia w losowaniu po raz trzeci mogę już nie mieć,
– w sumie to… nie chce mi się biegać ultra. Nie zrozumcie mnie źle 🙂 Bieganie ultra jest fajne ale jeśli nie wystartuję teraz to przedawnią się moje biegi kwalifikacyjne i będę je musiał robić od nowa. To niełatwe, zwłaszcza gdy, z perspektywy czasu, doszedłem do wniosku, że poginanie samemu w środku nocy, w lesie i decydowanie czy skręcić w lewo czy w prawo (gdy wcale nie wiesz, która droga jest ok) już fajne nie jest 🙂 Takich biegów na ten moment już nie planuję. Góry, lasy ok ale raczej w dzień, w towarzystwie przynajmniej „wizualnym” ludzi/biegaczy.

Cóż. Wyboru wiec nie ma. Zrobię wszystko co w mojej mocy by tego nie zepsuć. Wiem, że szanse są… żadne, ale jednak walka do końca musi się odbyć przynajmniej, jeszcze ten jeden raz.

Way of the …Biegacz

Korzystając z pięknych okoliczności przyrody wybraliśmy się niedawno, rodzinnie na Ślęzę. Pogoda piękna, warunki terenowe dobre, aż przyjemnie było iść i cieszyć się przyrodą.

Przy okazji tej wycieczki zauważyłem w tejże okolicy mnóstwo biegaczy i biegaczek (ale biegaczy więcej). Wszyscy w mniej lub bardziej ultrasowym ekwipunku z mozołem darli w górę świętej góry czy też rączo zbiegali w dół.

Aż serce się raduje, że taki sportowy duch w narodzie. Z pewnym jednak zasmuceniem odnotowałem fakt, że praktycznie wszyscy sportowej sylwetki nie mieli. A nawet rzekłbym … grubi (nazywając rzecz po imieniu).

Zadumałem się nad tą sytuacją no bo… fajnie ludzie chcą coś ze swoim życiem zrobić. Walczą, ćwiczą, biegają. Umiejscawiając się jednak w takiej formie w górskich klimatach bardziej odbieram to jako oszukiwanie samego siebie. Wybieranie najmniejszej linii oporu.

Droga biegowa często idzie bowiem tak.
Po impulsie by zacząć zaczyna się mozolne klepanie treningów. Jeden, dwa, trzy w tygodniu. Pierwszy kilometr, dwa, pięć. Pęka pierwsza dycha. Wciągamy się. Super.. no to migiem pora na półmaraton. A jak półmaraton to i maraton. Wiadomo fame większy.
Szybko jednak okazuje się, że tak to biegają wszyscy, a nasze wyniki delikatnie mówiąc nie porażają. Życiówek nie ma, grzejemy stawkę w drugiej połowie x tysiąca biegnących. Na treningach nie chce się pracować zbyt ciężko, szybkość kuleje, waga stoi w miejscu. No to co… ultra. Boom na góry szaleje teraz. Zmagania herosów – 50 km, 100, a może więcej. Sława murowana 🙂
A przy tym co by nie mówić, dla amatora ultra jest całkiem przyjemne. Leci się w terenie tempem nie zabijającym, pod górki i tak idzie. Limity czasowe z reguły są sporem da się zdarzyć do mety.

Kolejnym punktem po jakimś czasie jest triathlon ale dajmy już spokój 🙂

Tak sobie myślę, że to takie oszukiwanie samego siebie. Droga na skróty bo i szacun na dzielni jest a i zmęczyć się trzeba na treningach „jakby mniej”. Szkoda, że tak wielu (nie wyłączając mnie) wybrało taką drogę. W biegowej ścieżce kariery jest miejsce na wszystko. Fajnie jednak by na kolejne szczeble wchodzić we właściwej kolejności i stosownym czasie. Czego wszystkim życzę.

BTW. Mam nadzieję, że w.w. nikt się nie obraził. Napisał to bowiem reprezentant tej samej „grupy zawodowej” z brzuszyskiem jak piłka i ciągle sporą nadwagą 🙂

Czas na ultra – biegi górskie metodą Marcina Świerca

„Czas na ultra – Biegi górskie metodą Marcina Świerca”
Wydawnictwo Helion 2019
Stron – 237

Niedawno na rynku wydawniczym pojawiła się naprawdę ciekawa pozycja książkowa. Jako, że uwielbiam górskie biegi, wiadomo należało zakupić 🙂
Nie będę tu opisywał autora i jego doświadczenia w materii ultra. Myślę, że wszyscy chociaż trochę interesujący się tematem wiedza kim jest Marcin Świerc.
Rola pisarza jest dla niego raczej nową, ale myślę, że wywiązał się z niej znakomicie.

Książkę co bardzo mi się podoba uznać można za spójne i treściwe kompendium wiedzy o biegach górskich. Znajdziemy w niej takie rozdziały:
Wstęp
Kilka słów o mnie
1.Historia Biegów Górskich
2.Przygotowania do Biegów Górskich
3.Środki Treningowe
4.Roczna struktura treningu
5.Plany Treningowe
6.Ubrania i sprzęt
7.Ćwiczenia sprawności i stabilizacji
8.Monitorowania treningu za pomocą zegarka
9.Dieta dla biegacza
10.Przygotowania do zawodów
11.Najciekawsze biegi górskie


Układ książki jest czytelny i logiczny. Autor zgrabnie przechodzi od wiedzy ogólnej przez podstawy (wstępna ocena formy, opis jednostek treningowych) aż po dokładne, gotowe plany treningowe. Podane propozycje treningów można zastosować przy konkretnym rodzaju biegu (np, bieg alpejski, maraton górski czy ultra) co czyni tą pozycję szczególnie wartościową.
Osobne rozdziały poświęcone są kompletacji wyposażenia na każdą porę roku, ćwiczeniom uzupełniającym, diecie czy przygotowaniom (logistycznym) do startu. Bonusowo Marcin opisuje kilka biegów (Polskich i zagranicznych), w których brał udział. Opisy te ciekawe o tyle, że autor oprócz suchych faktów zawarł w nich również swoje odczucia o tychże zawodach.
„Czas na ultra…” czyta się przyjemnie i lekko. Jednocześnie nie jest to książka „o niczym” (wiele jest na rynku takich, których autorzy popularnie mówiąc leją wodę albo podają banały znane chyba wszystkim). Tu jest inaczej. Wszystko podane prosto i zrozumiale (duży plus) przy czym wiedza jest treściwa i pełna. Każdy znajdzie tu coś dla siebie, przy czym uważam, iż naprawdę cenna jest dla osób zaczynających interesować się tematem ultra. Dla nich będzie to taki alfabet biegów ultra od A do Z. Bardziej zaawansowanie pewnie niektóre zagadnienia znają ale i oni wiele skorzystają mogąc podpatrywać mistrza i jego środki treningowe.
W skutek wszystkich w.w. uważam, iż pozycja ta jest wartościowa i każdy kto interesuje się tematem biegów górskich/ultra powinien się z nią zapoznać. Polecam.

Łemko Ultra Maraton – 13/10/2018

Jedną z gorszych rzeczy w życiu jest sytuacja gdy nasze wyobrażenia zderzają się z rzeczywistością. Najczęściej zderzenie te jest bolesne i rozczarowujące.
Cóż, mega szczęśliwcem nie jestem i dla mnie takim zderzeniem był niestety udział w tegorocznej Łemkowynie.  A czemu? To poniżej.

Łemkowyna jawiła mi się jako bieg magiczny. Piękne widoki (klipy z tego biegu wymiatają), specyficzny klimat i perfekcyjna organizacja. Nie powiem, zachciało mi się być tego częścią.
Pilnowałem w zeszłym roku zapisów i jak tylko wystartowały to szybko wypełniłem formularz i opłaciłem wpisowe. Problemy nie wystąpiły, dokonało się – będę mógł pobiec 🙂
Przy analizie, który dystans wybrać (a do wyboru było 5 – 150 km, 100, 70, 48, 30) zdecydowały względy praktyczne. W Krośnie mam rodzinę i uznałem, że nie warto komplikować sytuacji startując  około 100 km od niego (sam dojazd ode mnie w Podkarpackie to jakieś 450 km, więc wystarczy). Lepiej zacząć blisko czyli w Iwoniczu  Zdr, tj. ~ 15 km odległości od  Krosna.

Łemko Maraton to 48 km, +1400/-1310 m, 8 godzin limitu czyli wcale nie tak źle. Jest gdzie pobiegać.

Ze strony organizacyjnej wszystko szło dobrze. Na FB czy stronie organizatora wszystko co ważne pisze. Podają trasy, godziny, niezbędne wyposażenie. Nie ma opcji by coś przegapić i za to wielki plus.

Im bliżej zawodów tym większy zgrzyt pojawiał mi się jednak w ocenie mojej dyspozycji. Z jednej strony czułem duży progres w szybkości. Z drugiej mało biegam. Mało i krótko. W paru ultra już biegłem więc zacząłem się obawiać co to oznacza. A oznacza z reguły kłopoty.

Cóż… z reguły mam na to proste stwierdzenie – przyjdzie się zmęczyć na trasie. O rezygnacji z biegu mowy nie było.

Po przybyciu do Biura Zawodów nastąpiło wypełnienie stosownych zgód, odbiór pakietów i co sygnalizowano – weryfikacja wyposażenia obowiązkowego. Poważna sprawa, jeszcze nigdy takiej kontroli nie miałem. Odbieram ją jednak pozytywnie bo zabrać ze sobą na bieg te parę rzeczy nie tragedia, a o ile prościej w razie kłopotów na trasie.

Wszystko ok, zaliczone. Wziąłem torbę z gadżetami i pooglądałem stoiska expo. Zwyczajowo drogo i nic mnie nie porwało. Pakiet startowy hmmm… no szału nie ma. Kubeczek, żel, batonik, coś jadalne w torebce. Z ważnych rzeczy mapa trasy i w sumie tyle (+ parę ulotek). Ja wiem, że organizatorzy ładnie umieją wyjaśnić skąd wysoka cena i nic ciekawego w pakiecie ale kurcze, nie przekonuje mnie to. Mieli np. za sponsora Buffa, to już chociaż po tej chuście mogli dorzucić. A tu nic. Wszystko za to można było sobie ekstra dokupić.
No ale dobra, dla gadżetów się tylko nie biega, da się to jakoś przełknąć.

Dzień później zameldowałem się w Iwoniczu-Zdroju. Na trasie trwała już walka, biegli zawodnicy z 70 km. Chwilkę popatrzyłem i zabrałem się za ostatnie poprawki w sprzęcie (wiązanie bucików, zakładanie stuptutów) i w sobie (rozgrzewka). Coś miałem problem z dobrym zawiązaniem lewego buta. Wydawało mi się, że ciągle jest za mocno. Poprawiałem z 10 razy a i tak czułem mały dyskomfort. Przeczucie mnie nie myliło – na mecie jednak w miejscu podejrzanym obtarcie było 🙂

Wchodząc do stref startowych należało okazać dowód osobisty, odnotowywano na liście kto jest. W sumie nie wiem po co to. Wystarczyłoby  patrzyć po numerach i wiadomo kto biegnie a kto nawet nie zaczął (po starcie komputer przecież ma od razu dane z chipów). Można by wysnuć wniosek, że zapobiega to oszustwu, iż pobiegnie za nas ktoś inny i być może to było bliższe prawdy.

Chwila oczekiwania, ostatnie info od organizatorów (postraszyli, iż ktoś zniszczył sporo oznaczeń na trasie i uzupełniali) i lecimy 🙂

Mam tu trochę dylemat co napisać. Wiadomo wszyscy lubią pot, krew i łzy. W sumie były ale … pozwolę sobie ominąć całą dokładną analizę trasy i mojej dyspozycji. Podam za to najważniejsze wg, mnie punkty.

Z tego co rozumiem na Łemkowynie największy fun robi błoto i piękne widoki. Tym razem, z powodu suchego lata i jesieni, tego błota było niewiele. Miejscami owszem, wszędzie jednak dało się je  ominąć. Po prawdzie, to co było mi wystarczyło 🙂 Ze 2 razy nogi mi się rozjechały i mało a bym się wyrąbał. Raz podparłem się ręką, drugi dokonałem pół szpagat i jakoś pozbierałem.

Co do widoków. No były ale coś mało (na moim dystansie). Las, łąki z oddali piękne (próbka poniżej) ale w większości biegnie się między drzewami i tu jest „normalnie”.

Widoki na Łemko Maratonie
Widoki na Łemko Maratonie

Za smutny fakt odnotowuję przy tym, że na trasie są fragmenty po asfalcie. Ze trzy dokładniej. Pierwszy w Rymanowie, drugi przy punkcie odżywczym w Puławach Górnych (tu chyba z 3 km tego asfaltu było, dużo…) i finish w Komańczy też leci się asfaltem (jakieś 1,5 km).

Wielkim plusem dla organizatorów jest fakt, że trasa oznaczona naprawdę dobrze. Nigdzie nie miałem chwili zawahania jak biec. Dodatkowo punkty odżywcze tam gdzie miały być. Wyposażone bardzo dobrze, wolontariusze pomocni. Szacun.

Pewnie cieszyłbym się tym wszystkim bardziej gdyby nie fakt, że no właśnie… szybko wymiękłem. Pierwsze 19.5 km (do punktu) zrobiłem świetnie, w około 2 godziny. Po ruszeniu z punktu jednak zaczęły się kłopoty. Na około 23 km złapał mnie skurcz łydki taki, że lądując na tej nodze wyłożyłem się na bok. Musiałem sobie chwilę posiedzieć na szlaku zanim w ogóle dałem radę wstać. Od tego momentu katastrofa. Nie mogłem biec, bo co tylko próbowałem to czułem spięcie łydek. Szedłem, ale za kolejne kilka kilometrów czuję skurcze tyłu ud (przy podejściach w górę). Ki diabeł. W życiu tam mnie nic nie łapało. Modląc się by szlak prowadził w miarę po prostej i w dół (bo tu mi się szło najlepiej) pokonywałem kolejne km.
Zaaplikowałem sobie magnez (miałem tabletki), na drugim punkcie do bukłaka wlałem izo i jakoś mi powoli odpuściło. Ostatnie kilka kilometrów pokonałem marszobiegiem. Kilkaset metrów przed metą to nawet całkiem szybko. Motywowały mnie jakieś dziewczyny prowadzące swoją koleżankę. Tekst, że ona biegnie a ja co tak będę szedł podziałał całkiem ok 🙂

Lemko Maraton 48
Ostatnie metry przed meta

Na mecie zameldowałem się na pozycji  235 z 370 sklasyfikowanych. Czas 7:04:30’7. Niby z zapasem, niby nie ostatni ale naprawdę słabo. W punkcie w Puławach (połowa trasy) byłem sklasyfikowany na pozycji 131 więc sami możecie ocenić jak to wyszło.
Słaby trening się zemścił. Zły mogę być tylko na siebie, bo druga połowa maratonu było zdecydowanie korzystna. Sporo po prostej i z górki. Dużo można było tu zyskać gdybym biegł a nie szedł.

Szkoda.

Finisherów w Komańczy witał tłum kibiców. Wręczono medal (dzwoneczek z logo biegu) i można było świętować dobiegnięcie.
W ramach regeneracji, do zjedzenia były świetna kasza jaglana (wegetariańska lub z mięsem) i zupa pomidorowa. Bardzo smaczne. Jak ktoś chciał to mógł dokupić ciasto, regionalne piwo. Na zawodników czekały też hala gdzie dało się usiąść i zjeść i co ważne prysznice i przebieralnie. W prysznicu (koedukacyjnym ;)) niestety skończyła się ciepła woda, niemniej i tak umycie się dużo dało.
Jak ktoś chciał i mógł to później były koncert, ognisko. Ja zawinąłem się do domu.

Podsumowując.
Odcinając się zupełnie od wyniku sportowego (bo on powoduje moje spore rozgoryczenie) to powiedziałbym tak:

  • bieg zorganizowany bardzo dobrze. Trasa, wolontariusze, punkty, jasne regulaminy. Wszystko na wielki + Lubicie porządek i spokój to impreza dla Was.
  • z drugiej strony bańka kultowości chyba zbyt duża.  Nie zrobiłem tego wow… będąc już na nim. Szkoda trochę, widać za dużo sobie wyobrażałem.

Bieg Kreta – dylematy przedstartowe

Niesiony polską fantazją wymyśliłem sobie na początek sezonu 2018 (mojego bo roku już trochę przeszło) taki dziwny bieg.
Więcej niż kameralny, ba w sumie nawet nie zorganizowane zawody ale spontaniczny run po górach (z życzliwą pomocą członków Klubu Biegowego Sobotka).
Do Kreta robię w sumie drugie podejście. W 2017 też się zapisałem, ale że nie opłaciłem to uznajmy, iż tematu nie było. Tym razem wpłata (symbolicznych 20 zł na support) była, przygotowania jakieś też więc… no właśnie.

W swojej karierze biegowej jeśli już na zawody się zapisywałem to mimo obaw, słabego przygotowania biegłem zawsze aż do końca. Raz, czy dwa opłaciwszy imprezę wystartować nie dałem rady (np. po szpitalu w zeszłym roku) ale to inny temat. Usprawiedliwiony byłem. Tu natomiast coś poszło nie tak. Powiem wprost – czuję, że to wielkiego sensu nie ma. Staram się poukładać temat w głowie i coś mi nie idzie. Pozostanie chyba się pierwszy raz poddać. No chyba, że jednak sam się jakoś racjonalnie przekonam.

A jest tak:

  • Idea startu na 110 km, na powiedzmy początku roku biegowego, jest sama w sobie dziwna. Ułańska fantazja faktycznie mi to do głowy podała. 2017 w sumie był rokiem straconym. OK, od stycznia się trochę ogarnąłem i biegam regularnie. Zwiększam dystans, walczę z wagą i postępy są. W marcu przebiegłem już łącznie 226 km. No i fajnie ale ciągle to trochę mało by ładnie ogarnąć 110 km po górkach.
  • Po górkach i … na własną rękę. No własnie. Nawigator ze mnie słaby, a tu leciał będę na 100% sam. Przy 20-30 startujących szansa by się do kogoś podłączyć znikoma. Już widzę się na szlaku. Tu wstążeczek organizatorów nie będzie żadnych.
  • 110 km to nie mało. Chyba 🙂 Ostatni taki bieg w 2016 (DFBG 130 km) zniszczył mi stopy dokumentnie. Tydzień prawie nie łaziłem czekając aż się bąble wygoją. Fakt teraz buty, skarpetki mam lepsze ale dla odmiany w terenie mogą być resztki śniegu, pewnie dużo wody. Ciekawe czy nie wyjdzie na to samo. A tym razem urlopu nie mam. W poniedziałek trzeba się stawić do roboty.
    Kolejne biegi, które traktowałem poważniej mam w czerwcu. Zastanawiam się czy regeneracja po tak dużym obciążeniu nie spowoduje, że i w kolejnych pobiegnę źle. Myślałem nawet czy nie potraktować Kreta treningowo i pobiec np. 50 km i dać spokój (chociaż to mocno wbrew mnie).
  • Luz i taniość biegu (20 zł nie majątek jak przepadnie) dodatkowo uśpiła moją czujność. Szkoda mi się zrobiło urlopu w piątek i uznałem, że co będę brał wolne. Po robocie sobie odpocznę, pośpię i Żona mnie zawiezie na start (03:00). No i fajnie tylko mistrz (ja) nie ogarnął, iż na start się autem nie podjedzie. Yyyyy… podejść trzeba jakieś 2 godziny z każdej strony  Śnieżnika. No błysnąłem organizacją. Dobrze, że chociaż odkryłem to 7 dni przed a nie w piątek wieczorem 🙂 🙂
  • Moja Żona mimo, że dobra kobieta jest, swoją szpilę też mi wbiła. Wyszło, iż biegam w sobotę a to data jej urodzin. Ale wtopa, tak sobie zorganizować weekend nie?

    Wszystko powyżej mówi mi, że pomysł startu jest głupi. Biegł będę po przysłowiową pietruszkę. Zmorduje się, zgubię pewnie a jeszcze na dobitkę pogorszę relacje rodzinne. O rany!
    W sumie wypadałoby już nie ciągnąć ale dać spokój.  Głowa mi jednak protestuje trochę – porażka przed sobą, swoimi założeniami i planami. Nie zwykłem poddawać się na starcie.
    Trochę męczy nie też enigmatyczne info „organizatorów”, że ten bieg może już być ostatnim. To chyba w sensie, że chcą go w kolejnych latach trochę bardziej skomercjalizować a nie zlikwidować ale kto wie.
    No i co robić – jak nic nie wiedziałem na początku to nie wiem dalej…

Supermaraton Gór Stołowych – 01/07/2017

Supermaraton Gor Stolowych

Supermaraton Gór Stołowych – 01/07/2017

Supermaraton miał być takim moim biegiem na poprawę humoru 🙂 po nieudanych losowaniu na Bieg Ultra Granią Tatr. Całkiem fajny dystans, blisko mnie więc odpada skomplikowane logistyka. Nie myślałem długo tylko szybciutko się zapisałem i pozostało szlifować formę 🙂
Z tym szlifowanie to wyszło coś słabo ale nie uprzedzajmy faktów 🙂

Zapisy na bieg jak i wszelkie informacje o nim można znaleźć na oficjalnej stronie wydarzenia:

Supermaraton Gór Stołowych

Sporo informacji podają również organizatorzy na swoim FB więc ciężko cokolwiek pomieszać, zapomnieć.

Czas płynął … a przygotowania szły słabo. A to problemy zdrowotne, a to kiepski trening. Dość powiedzieć, że w 2017 r.  tylko dwa razy przebiegłem dystans 20 km (z czego raz po górach). Co gorsza krótsze biegi też były niezbyt często. Im bliżej było do SGS tym większy czułem niepokój. Cóż, nie jestem jednak osobą, która poddaje się bez walki (przynajmniej w bieganiu :)) więc bieg był aktualny.

Dzień przed startem udałem się z moją Małżonką do Pasterki by odebrać pakiet. Sporo było już ludzi na miejscu ale obsługa sprawna i miła. Wszystko migiem załatwiliśmy.
Sam pakiet natomiast więcej niż rozczarowuje. Były w nim… 3 ulotki innych biegów, mapa trasy, żel i baton energetyczny. Yyyy… no jak na wydaną kasę trochę ubogo. Tym bardziej, że cenowo zawody nie odbiegały od innych ultra (nawet trochę dłuższych). Tutaj minus dla organizatorów.

SGS 2017 Pasterka
Pasterka – ale napis można odnieść do wielu gór. Coś w sobie mają, że chce się w nie wracać

Niedzielny poranek to już standardowe przygotowania. Pobudka, sprawdzenie sprzętu i ubieranie się w startowy strój.
Ponieważ w dzień biegu nie dało się dojechać autem na start to czekał mnie około 2,5 km spacerek z sąsiedniej miejscowości. Jednym słowem taka rozgrzewka przez właściwym wysiłkiem 🙂 Ultrasów szło sporo, nie można było się zgubić.
Na miejsce przybyłem nawet sporo wcześniej, ale dołożywszy postój w kolejce do kibelka, czas był ok. Spiker ubarwiał pozostałe minuty różnymi gadkami, więc 20 min czekania poszło szybciutko, ostatnie rozciągnięcie, poprawa butów i poszli 🙂

SGS 2017 Start biegu
Widoczek na Start

Ilość ludzi startujących w SGS dość spora, chociaż z tego co widziałem wolne pakiety były aż do końca. Oznaczało to, iż etap do pierwszego punktu odżywczego nie pozwalał na żadne szaleństwa. Było za ciasno na trasie by wyprzedzać, przyśpieszać. W mojej części peletonu wszyscy spokojnie przesuwali się do przodu. Nawet trafiłem z tempem i nie męczyło mnie to.
Po pierwszym wodopoju poszło już sprawniej. Ludzi gdzieś ubyło, rozciągnęła się stawka. Tu biegłem już raczej sam, od czasu do czasu widząc biegaczy z przodu, czy tyłu.

Mały przerywnik o pkt. odżywczych i trasie. Jadłodajnie były tam gdzie powinny (dla mnie to ważne, nic tak nie boli jak wyliczyć sobie, że punkt powinien być a jest do niego dodatkowe 2 km :)). Wyposażone w wodę, izo (od 3 czy 4 w colę). Do zjedzenia arbuzy, pomarańcze, rodzynki, orzeszki i żelki. Obsługa miła i życzliwa.
Trasa bardzo dobrze oznaczona. Wstążki, tabliczki, malunki na ziemi. Ciężko się zgubić i to doceniam.

Jakoś po 20 kilometrze (no może bliżej 30) moje bieganie zakończyło się. Wyszły braki przygotowania i więcej zacząłem iść niż biec. Utrudnieniem była na pewno trudna, techniczna trasa, Strome podejścia wiadomo spacerkiem, ale i zbiegi były trudne. Duże nachylenie, kamienie, korzenie, błoto. Niestety biegacz mojej klasy nie mógł tu za wiele nadrobić i w dół szło też wolno.
Bliżej Błędnych Skał wystąpiła nietypowa jak na tą imprezę sytuacja (podobno pierwszy raz) czyli mocny deszcz 🙂 Dodatkowo utrudniło i zwolniło to nijaki bieg.
Braki kondycyjne + trasa, zaczęły skutkować skurczami mięśni (podobnie jak na Piekle Czantorii). Co mocniej spiąłem nogę to czułem, że moment i mnie złapie mega skurcz łydek. Z tego powodu od czasu do czasu próbowałem rozruszać mięśnie lekkim masażem no i zmiennością ruchu. Jakoś to szło ale moment katastrofy był blisko 🙂

45 km, blisko już do końca. W tym momencie zacząłem mieć stres czy nie będzie to pierwszy bieg, którego nie ukończę. Na punkcie przy Błędnych Skałach zameldowałem się jakieś 10-15 min po terminie. Składali się już powoli ale mata pomiarowa chodziła. Uff… Szybka cola i napieram dalej. Za mną już ostatki stawki więc starałem się rywalizować chociaż z tymi z tyłu. Czułem, że ktoś zwiększa tempo, bo stukot butów coraz bliżej. Niestety dziewczyna wyprzedziła mnie i szybko znikła z horyzontu. Za mną (w zasięgu wzroku) pozostał zawodnik z kijkami. Zmęczony chyba jak i ja bo mimo, że tylko szedłem nie dał rady mnie dojść.
Do walki zerwał się przed samym Szczelińcem. Na asfalcie ruszył do biegu i nawet mnie wyprzedził mimo, że i ja starałem się podbiegać. Jednak to był już jego finalny zryw. Przed schodami zaczął sobie szykować kijki i tu wyszedłem na prowadzenie. Niesiony wizją klęski (3 min do limitu) i dopingiem schodzących z góry ostro ciągnąłem do mety. Ostatnie metry, próba niezgrabnego biegu (jeszcze z 10 metrów i by mnie skurcze rozwaliły) ale dałem radę. Ufff….  Tego z tyłu wyprzedziłem o jakieś 40 sekund.

SGS 2017
Prawie koniec. Jeszcze tylko 665 schodów na Szczeliniec. Ale jak fajnie, że są moi kibice.

Dobiegłem na pozycji 383 (3 osoby jeszcze za mną się zmieściły w czasie). Wynik 09:06:05 netto. M40-135.

Wielkiej celebracji nie było. Wziąłem medal, zjadłem kilka pomarańczy (na mecie było do jedzenia tylko to co na punktach trasowych), rozmasowałem sobie solidnie łydki, fotka gór ze szczytu i można było schodzić w dół do rodziny.

SGS 2017 Meta
Widoki na Góry Stołowe z mety

Cóż. Bieg ciężki. Ciężki dodatkowo na moje życzenie bo zrobiłem go raczej siłą woli niż treningiem. Mam złe przeczucie, że kilka następnych zawodów będzie wyglądać podobnie – czasu już do nich mało i wiele nie nawojuję. Poddawać się jednak nie można, zobaczymy jak to będzie.

 Czy SGS polecam innym? Hmm… ogólnie tak. Sportowo bieg dobrze zorganizowany. Trasa ciekawa mimo, że ciężka. Jeśli jednak lubicie pamiątki (pakiety) to będzie słabo. Raczej impreza nie dla Was.

 

AONIJIE backpack E884 – mini plecak

Logo strony Test Sprzetu

AONIJIE backpack E884 – mini plecak

Przy okazji zakupu softflasków AONIJIE wpadł mi w oko niewielki plecaczek tej samej firmy. Odblaskowy kolor, krój a’la kamizelka biegowa, możliwość przeniesienia wody i różnych drobiazgów – interesujące. Jako, że nie był taki drogi (około 14 $ bez bidonów i 18$ z dwoma bidonami) no to dołożyłem do koszyka.

AONIJIE E884
AONIJIE E884 – widok ogólny

Informacje od producenta:
Marka: Aonijie
Przeznaczenie: Odblaskowy plecak do biegania
Model: E884
Materiał: polyester net yarn, nylon spandex
Waga: 130 g
Rozmiar: uniwersalny
Płeć: Unisex (mężczyzna + kobieta)
Produkcja: Chiny
Dostępne kolory: żółty, różowy, szary, niebieski
Wyposażenie opcjonalne: 2 bidony 250 ml

AONIJIE E884
AONIJIE E884 – możliwości wykorzystanie wszystkich kieszonek

Wrażenie ogólne
Plecak przybył w foliowym worku z logo producenta. Rozciągnięty był na kartonowym wieszaczku. Chińskie metki nic ciekawego nie zawierały, ale myślę, że prostota obsługi nie wymaga studiowania dokumentacji 🙂
Gdyby ktoś miał jednak wątpliwości, co gdzie można w nim nosić, powyżej całkiem fajna obrazkowa instrukcja.
Po wzięciu w rękę plecaczek sprawiał pozytywne wrażenie. Wykonany estetycznie, nie odkryłem żadnych niedoróbek.  Paski, zamki, regulacje wszystko działa. Ewentualnie zapięcie przednie (klamra) mogłaby być bardziej solidna. Na razie jest ok, ale czy z czasem się nie wyrobi to zobaczymy.
Ciekawym patentem okazało się zamknięcie tylnej kieszonki – jest to mały magnesik (dla mnie nowość, nie miałem tego nigdzie).

AONIJIE E884
AONIJIE E884 – na modelu

Pierwsza przymiarka
Plecaczek (bardziej kamizelka?) jest naprawdę minimalistyczny. Na Chińskiem modelu wygląda normalnie, na Europejczyku (czyli ja – 183 cm wzrostu, 110 w klatce) kończy się sporo wyżej. Kawałeczek za piersią 🙂 Plusem jest na pewno regulacja – faktycznie paski da się sporo ścisnąć czy poluźnić. U mnie jeszcze trochę pasków zostaje, czyli jeszcze większy facet też powinien go na siebie wcisnąć.
Zgodnie z danymi producenta plecak jest lekki – po zważeniu miał te 130g.
Odblaski świecą bardzo ładnie. Zależało mi na tym, bo chciałbym go używać w nocy (nawet na pusto) zamiast kamizelki ostrzegawczej.

AONIJIE E884
AONIJIE E884 – widok ogólny, oświetlony

Pakowność
Zanim ruszyłem w teren popróbowałem w domu co do niego da się włożyć.
Górna kieszeń:  wejdą banknoty, jakiś mniejszy zestaw kluczy od domu czy auta.
Kieszenie przednie:
– softflask 250 ml, jak widać na zdjęciu. Wchodzi ale jakieś 1/3 wystaje,

AONIJIE E884
AONIJIE E884 + softflask 250 ml

– twardy bidon 330 ml. Długościowo bez problemu, ale ciasno i góry. Wcisnąłem z mozołem, o szybkim wyjęciu na biegu zapomnijcie,

AONIJIE E884
AONIJIE E884 + bidon 330 ml

AONIJIE E884
AONIJIE E884 + bidon 330 ml włozony

– telefon. 5,5″ wchodzi. Kawałek wystaje, szczęśliwie szans by wypadł nie ma. Mniejsze telefony mieszczą się całe.
Tylna kieszeń: po skompresowaniu (w worku) wcisnąłem leciutką wiatrówkę (coś a’la takie po 50 zł z Decathlonu). Wtedy jednak magnesik potrafi czasem się rozpiąć (może kurtkę trzeba by lepiej ułożyć).

AONIJIE E884
AONIJIE E884 i wiatrówka z Aldi

Testy/Używanie
Jak do tej pory zrobiłem w nim kilka treningów po około 5-10 km. W różnych konfiguracjach (z tyłu kurtka, z przodu softflask, telefon). Co udało mi się zauważyć:
– warto dobrze dopasować paski. Przy pierwszym biegu spiąłem je za mało i plecak lekko uciekał mi na lewą stronę,
– po dopasowaniu regulacji plecak trzyma się dość stabilnie, nie lata, nie odpina się. Ale…
– paski mają jednak tendencję do rozluźniania się. Czuć to zwłaszcza przy kolejnym zakładaniu. Trzeba je od nowa dociągać pod siebie.
– oddychalność, komfort. Jak najbardziej ok. Lekki, nie grzeje w plecy. Ponieważ w większości jest zrobiony z siatki to wrażliwe przedmioty obowiązkowo trzeba włożyć w worek. Inaczej będą mokre od potu. Przy testowych dystansach plecak nie powoduje też żadnych obtarć/urażeń. Biegałem jednak w grubszych ciuchach – ten pkt więc jeszcze do sprawdzenia dokładniej,
– pakowność. Z wkładaniem i wyciąganiem telefonu, softflaska nie ma problemu. Softlask (250 ml) jest jednak do niego zbyt wysoki. Trzyma się dobrze do momentu gdy jest w miarę pełny. Jak opróżnimy więcej, to góra smętnie wisi w doł 🙂 Wkurzało mnie to niemiłosiernie. Rada – softflask da się zgiąć w pół/zagiąć ustnik. Wtedy jest ok, chowa się w kieszenie.

Cóż. Na ten moment jestem zadowolony. Bardzo fajny, lekki plecaczek/kamizelka na treningi. Odblaskowy – widać nas w nocy (+). Podstawowe graty się mieszczą (+). Ze względu na możliwości transportowe wody (te 2×250 ml to raczej max Aonijie) nie jest to plecak na ultra. Mi zbyt szybko zabrakłoby wody. Do ponad 10 km w upałach jak najbardziej.

Soft flask AONIJIE 250ml

Logo strony Test Sprzetu

Soft flask AONIJIE 250ml (SD09-R2505)

Do tej pory jedyne softlaski (miękkie bidony) jakie miałem to chińskie wynalazki z allegro (500 ml po około 5 zł).  Ot coś takiego jak na załączonym obrazku:

Softflask No Name
Chiński No-name

Wykonane było to ze sztywnego plastiku, który i owszem można było zwinąć w rulon ale zbyt wygodny to on nie był.
Jeden z tych bidonów bardzo szybko (bo na pierwszym biegu ultra) puścił na górnym zgrzewie i kapał przy piciu. Drugi wprawdzie okazał się trwalszy, ale czy to z powodu wielkości (wystawał z bocznej kieszonki mojego plecaka Kalenji), czy mojego gapiostwa, to go zgubiłem podczas Ultra Kotliny.

Po tym traumatycznym przeżyciu, zdecydowałem, że przydałby mi się bidon lepszej jakości, a jeśli przy okazji i trochę mniejszy to już w ogóle wypas.

Szybki research na Allegro i zbyt wielkiego wyboru to nie ma 🙁 W większości sklepów dostępne są softflaski Salomona.  Domyślam się, że jest to produkt dobrej jakości, ale niestety – cena poraża. Wydać trzeba na niego ponad 50 zł. Nieliczne propozycje innych firm w sumie w podobnych cenach.
Wizja wydania ponad 100 zł za dwie buteleczki wydała mi się mało kusząca. Szczęśliwie wypatrzyłem softflask chińskiej firmy AONIJIE. Wizualnie bardzo przypomina on produkt Salomona więc albo się nim mocno wzorowali, a kto wie czy nie jest to praktycznie to samo tylko bez logo.
Aonijie można kupić na Allegro (jakiś pomysłowy rodak już je sprowadza) ale jeśli nie zależy nam na czasie to i zamówić sobie bezpośrednio (taniej) z Chin. Czy to przez Aliexpress czy E-baya, da się je spokojnie wyszukać.
Tutaj cena jest już jeszcze trochę lepsza i buteleczka w zależności od wielkości (150-500 ml) kosztuje od około 5 do 10 dolarów. Te, które wybrałem – 250 ml  bez wydłużanej rurki do picia były po jakoś po 6 $.

4 tygodnie oczekiwania minęły szybko i w końcu paczka z Chin przybyła 🙂

Po rozpakowaniu naszym oczom ukazuje się niebieski softlask zapakowany w foliowy woreczek. Ma on dodatkowo założoną karteczkę, z której jak ktoś umie to wyczyta różności 🙂

Softflask AONIJIE 250ml
Jeszcze fabrycznie nowy

Pomijając krzaczki to wychodzi, że jest to softflask o pojemności 250 ml, wykonany z TPU (termoplatyczny elastomer poliuretanowy) bez szkodliwych składników (BPA free, PVC free). Bidon dysponuje ustnikiem, który trzeba zagryźć by woda leciała (bite valve). Ot, chyba wszystko jeśli kogoś interesują metki.
Dla ciekawych – pusty, 250 ml, softflask waży 26 gr. (zważone przeze mnie). Jego wymiary to około 23 cm x 7 cm (długość x szerokość pustego).

Softflask AONIJIE 250ml
Softflask AONIJIE 250ml – widok ogólny

Przechodząc zaś do tego co ciekawsze 🙂

Bidon na pierwszy rzut oka wygląda solidnie. Materiał, z którego go zrobiono jest przyjemny w dotyku, ma aksamitną fakturę.
Góra (tam gdzie wkręca się zatyczkę) jest sztywna, cała reszta to już elastyczny softflask.
Zgrzewy całości są dość szerokie i również sprawiają dobre wrażenie. Czy tak będzie rzeczywiście to wyjdzie po jakimś czasie ale liczę, że się nie zawiodę. Dam oczywiście znać w update-cie opisu.
Pozytywnym faktem jest również to, że softflask nie śmierdzi plastikiem.

Softflask AONIJIE 250ml
Pierwsze napełnienie

Zatyczka z białego tworzywa wkręca się dobrze. Nawet nie dokręcona do oporu nie ma nieszczelności. Nic nie kapie, nie leci.
Tak samo przez ustnik. Dopóki go nie przygryziemy (czy ściśniemy ustami) woda nie leci.
Ustnik można zdemontować (np. by go lepiej umyć). Schodzi i wchodzi na rurkę z właściwym oporem więc zakładam, że i on nie będzie źródłem nieszczelności.

Softflask AONIJIE 250ml
Softflask AONIJIE 250ml – ustnik

Samo picie trudne nie jest. Nadgryzamy elastyczną końcówkę  i można wodę ciągnąć 🙂 Czy leci lekko, czy ciężko to się nie wypowiem (bo innych nie używałem). Wydaje mi się, iż tak jak trzeba – po „treningu picia” każdy powinien sobie poradzić.
W miarę picia butelka zmniejsza swoją objętość – też tak jak trzeba 🙂

Jak pisałem na wstępie nie mam niestety porównania do softflasków innych producentów ale … mam softcup Salomona więc bazując na tym powiem, że:
– kolorystycznie materiał obu jest praktycznie taki sam. Salomon jest minimalnie bardziej przeźroczysty,
– Salomon ma odrobinę bardziej chropowatą fakturę, Aonijie jest bardziej aksamitne,
– zgrzew dolny w obu jest praktycznie identyczny,
– zgrzew boczny w Salomonie jest bardziej zaakcentowany. Czuć wklęśniecie. Aonijie ma go bardziej płaskiego.

Softflask AONIJIE 250ml
Softflask AONIJIE vs softcup Salomon

 Cóż więcej… ciężko tu o jakieś kosmiczne wnioski bo to w końcu tylko bidon. Wielkościowo 250 ml pasuje mi lepiej do mojego Kalenji. Dodatkowo da się go umieścić w minimalistycznej kamizelce AONIJIE, którą też kupiłem i niedługo opiszę.
Cena jak najbardziej akceptowalna. Nie będzie szkoda jak w końcu się zepsuje/uszkodzi.

Dokonało się…

Zgodnie z przewidywaniami nie załapałem się na Bieg Ultra Granią Tatr.  Nie ma mnie na liście szczęśliwców, ani na rezerwowej. Cóż… nie jest to jakieś zaskoczenie, byłem tego w sumie pewien.

Co ciekawe, jakoś nie czuję wielkiego żalu z tego powodu. Widać bieg ten był na tyle nierealny, że poczucie straty nie wystąpiło 🙂 Co więcej odczuwam nawet pewnego rodzaju ulgę bo … kilkaset PLN zostaje w kieszeni (realnie licząc to taka fanaberia kosztowałaby mnie ponad 1000 więc całkiem sporo) .

No i ok. Temat BUGT jest już tematem zamkniętym. Myślę, że drugiego podejścia do niego robił już nie będę. Mam jakoś złe doświadczenia z „grubymi” imprezami, które planowałem długofalowo. W 2015 przed Rzeżnikiem, kontuzje wyeliminowały nasz team, co kosztowało mnie jakieś 500 zł w plecy. Drugi raz już tam się nie zgłaszałem. Tym razem przynajmniej kasy nie straciłem, co jest jakimś plusem 🙂

Późno już (w końcu luty) ale pora teraz pomyśleć nad planem startowym na 2017 r. Myślę, że będzie tych startów trochę mniej, postaram się jednak powalczyć o poprawę wyników. Nie mówię tu o spektakularnych życiówkach niemniej na 5, 10, 21 czy 42 km trochę mogę urwać.  I postaram się to zrobić.
Nie przestały mnie kręcić ultra klimaty i pewnie chociaż z jeden taki bieg w tym roku zrobię. Będzie to jednać coś bardziej lokalnego – impreza na którą można się zapisać „normalnie” bez płacenia rok wcześniej czy losowań. Co ciekawego znajdę to się jeszcze okaże 🙂