Archiwa tagu: test

XIAOMI AMAZFIT STRATOS 3 – część 5

Myślę, że pora powoli zakończyć opisy Stratosa. Poruszyłem w nich w sumie tylko „czubek” spraw, które mogą być ciekawe dla biegacza (użytkownika) ale nie ukrywajmy, przy moim zaawansowaniu testowym wiele więcej ciekawostek nie odkryję. Niuanse, szczególiki to raczej każdy będzie pewnie rozgryzał sam – mi wystarczy to co mam rozpracowane 🙂
Tym razem postanowiłem przyjrzeć się rzeczy, która w sumie znana jest od dawna, czyli obserwacja tętna.
Większość publikacji biegowych jednoznacznie wskazuje, że tętno odczytywane z nadgarstka nie jest tak dokładne jak mierzone pasem z piersi. Rozbieżności są tym większe (na niekorzyść nadgarstka) im bardziej gwałtowne zmiany tętna następują (np. treningi interwałowe itp.).
Moim zamysłem był zobaczyć naocznie 🙂 jak duża ta rozbieżność jest i czy w ogóle tętno z nadgarstka (wskazane przez Stratosa) jest użyteczne.

W teście porównałem 2 zegarki:
Stratos 3 (wiadomo)
SpoQ SQ100 + jego oryginalny pas tętna

Warunki testowe: miniony weekend 🙂 Temperatura około 5-10 st C, wilgotno ale bez deszczu. Test odbywał się w dwóch kolejnych dniach – czyli dwa biegi. Oba raczej spokojne, ale ze względu na teren górski dobijałem do swoich tętn maksymalnych. Pliki wynikowe GPX wrzucone do Endomono (z tym, że ten ze Stratosa ściągnięty ze Stravy) co pewnie swoje do niedokładności dołożyło.

Bieg 1 (SpoQ / Stratos)
Dystans: 9,43 km / 9,24 km
Czas trwania: 56:24 min / 56:34 min
Średnie tempo: 5:59 min/km / 6:07 min/km
Średnie tętno: 167 / 166
Maksymalne tętno: 184 / 182
Przewyższenie w górę 170 m / 130 m
Przewyższenie w dół 191 m / 130 m
Uwagi: Tragiczna coś mi wyszła różnica czasowa obu zegarków. Dziwne, bo starałem się wystartować i zatrzymać jak najszybciej. To z pewnością rzutuje na parametry tempa.
W czasie biegu wskazania obu zegarków (dystans) rozjeżdżały się coraz bardziej wraz z rosnącym kilometrażem. Mało wiarygodnie wyszły coś wskazanie wysokości (Stratos). Tętno za to z obu maszyn (średnie i maksymalne) jest porównywalne.

Wykres obu tętn (nałożonych na siebie) wygląda tak:

Porównanie tętna z obu zegarków – bieg 1

Bieg 2 (SpoQ / Stratos)
Dystans: 9,99 km / 9:93 km
Czas trwania: 57:39 min / 57:45 min
Średnie tempo: 5:46 min/km / 5:49 min/km
Średnie tętno: 163 / 157
Maksymalne tętno: 186 / 181
Przewyższenie w górę 140 m / 110 m
Przewyższenie w dół 110 m / 110 m
Uwagi: Tym razem różnica czasowa lepsza, chociaż dalej daleko od ideału. W czasie biegu wskazania obu zegarków (dystans) wyglądały na identyczne – w znaczeniu, iż przesunięcie metrowe było stałe, nie powiększało się. Mało wiarygodnie wyszły coś wskazanie wysokości (Stratos). Jak na złość tętna niestety rozjechały się zwłaszcza w początku i końcu biegu.

Wykres obu tętn (nałożonych na siebie) wygląda tak:

Porównanie tętna obu zegarków – bieg 2

Co z tego wynika. Hmmm… szczerze to niewiele 🙂
Poważniej jednak. Próbka badawcza była za mała. Brakuje jeszcze paru kolejnych biegów z pomiarem tętna i ich porównaniem. Przy dwóch, niedokładności (są za wielkie).
Gdybym jednak miał opierać się tylko na tym co wyżej to powiedziałbym, że krzywe w miarę pokrywają się – gdy tętno rośnie to w obu zegarkach, gdy maleje to też. Przy dużej dozie „tolerancji wynikowej” daje to amatorowi szansę przyjąć, iż nawet miernikiem nadgarstkowym 🙂 da się zauważyć nasz stan. Będzie to jakaś pomoc dla tych, którzy niezbyt dobrze interpretują sygnały swojego organizmu i potrzebują pomocy maszyny.

Kalenji Run Active Grip

W końcówce zeszłego roku, trochę z konieczności (bo podczas mojego urlopu w Górach Sowich przyszła zima i śnieg) zacząłem rozglądać się za butami, które:
– z jednej strony zapewnią mi lepsze trzymanie drogi,
– z drugiej nie będą hardcorowymi terenówkami,
– da się je kupić/przymierzyć szybko i na miejscu,
– nie będą drogie (cena około 100-150 zł, lepiej jak najtaniej).

Przy takim zestawie wymagań wybór i rozwiązanie problemu z reguły jest jedno – należało udać się do Decathlonu 🙂

Jak postanowiłem, tak zrobiłem. W sklepie owym zaś zakupiłem model Kalenji Run Active Grip. Czy spełnił on moje wymagania? Zapraszam do czytania. Punkty analizujemy od tyłu 🙂

Run Active Grip w niebiesko-żółtej odsłonie.

– nie będą drogie (cena około 100-150 zł, lepiej jak najtaniej). Założenie spełnione.
Wstępną analizę co by mi się podobało dokonałem przez internet. Po prawdzie, liczyłem, iż da się takie buty kupić jeszcze taniej (bliżej 50-70 PLN) ale aż tak dobrze nie ma. „Trailowe” buty jednak kosztują trochę więcej. Wybrany przeze mnie model na tą chwilę ceniony jest na 119,99 zł. W wybranym przeze mnie kolorze buty były jednak przecenione na 99 zł (końcówka serii).

– da się je kupić/przymierzyć szybko i na miejscu. Założenie spełnione.
Tu wiele do napisania nie ma. W mojej okolicy szczęśliwie Decathlony są. Po przejechaniu 25 km mogłem już buszować między półkami. Na czasie i odbiorze osobistym zależało mi bo to jednak urlop 🙂 Buty chciałem na już, na teraz i czekanie aż ktoś wyśle nie wchodziło w grę.

– z drugiej nie będą hardcorowymi terenówkami. Założenie spełnione.
Warunek ten wydawał mi się zasadny z następujących powodów. Po pierwsze naprawdę dobre i terenowe buty za 100zł nie występują. Dać trzeba z 200-300 (lub więcej). Po drugie w trailowych butach nie biega się zbyt rewelacyjnie po asfalcie. Jeśli jednak biega się rewelacyjnie 🙂 to niestety buty takie dość szybko się zużywają. Biegać zaś zamierzam w nich najczęściej tylko po asfalcie. Dziurawym miejscami, popękanym, przede wszystkim zaś pokrytym śniegiem, chlapą pośniegową, wodą po roztopach czy piaskiem którym posypywana była droga. Jeśli skręcę w las to będzie tam zaś twarda, ubita nawierzchnia ziemna. Błotko jak się pojawi to nie takie by się w nim utopić.

Podeszwa z dwu kolorowej gumy (za producentem – 60% guma, 40 % EVA

– z jednej strony zapewnią mi lepsze trzymanie drogi. Założenie spełnione.
Ten punkt wynika z powyższego 🙂 Opisałem tam po czym chcę biegać. Niestety asfaltowe buty Adidasa jakie mam (na weekendowe bieganie po Górach Sowich) nie nadają się zupełnie na zimowe warunki. Mają zbyt śliską podeszwę by ryzykować wywrotkę. Już na mokrym asfalcie czasem czuję stresik, a w śniegu, lodzie to bym chyba nie ogarnął 🙂

Wypostki nie są wielkie (3 mm) ale robotę robią.

Cóż, jak widać z powyższego wszystkie punkty spełnione czyli but idealny 🙂 No dobra, idealnie dobrany do wymagań a sprawujący się poprawnie.

Kalenji wykonane są dobrze. Nie jest to może ekstraliga ale wyglądają ładnie i nie mają niedoróbek. Kolory stonowane, na gorszą pogodę jak znalazł. Nie widać po nich specjalnie zabrudzeń, zachlapań.
Dobrze się je ubiera, są wygodne. Rozmiarowo wziąłem tym razem 46. W sumie myślę, że i 45 dało by radę. W grubszej skarpetce jest ok, w cienkiej czuję za dużo luzu. Trzeba trochę mocniej dociągnąć sznurówki.
Active Grip to but z gatunku lżejszych, bez gigantycznej amortyzacji. Odbieram je (wiadomo nowe jeszcze) jako sztywniejsze. Podeszwa ma swoją grubość izoluje od jakichś kamieni, patyczków. Przez swoją lekkość Kalenji są jednak wygodne, nie mam tu odczucia walki z jakimiś klockami na nogach. Od razu można powiedzieć się polubiliśmy, nie trzeba było okresu na dotarcie 🙂
Najważniejszą sprawą było wiadomo trzymanie podłoża. Tu jest zgodnie z oczekiwaniami. Dobrze 🙂 But dużo lepiej trzyma się zimowej drogi niż moje asfaltówki. Świeży, nieubity śnieg nie jest im straszny. Lekka chlapa, woda też nie podnoszą włosów ze strachu. Oczywiście bądźmy realistami. Na ubitym śniegu, lodzie przejechać się można. Nie ta liga, cudów nie oczekujmy.
Lekki teren w jaki wbiegałem na treningach też nie był im straszny. Dobrze mi się biegło po piasku, rozmiękłej ziemi. Ale uwaga – w błocie po kolana pewnie można przejść w surferski ślizg.
Trwałość jest jeszcze niewiadoma. Do tej pory zrobiłem w nich jakieś 30-40 km. Uszkodzeń brak.

Widok od góry. Klasyka butów biegowych w sumie, nie ma tu jakichś udziwnień..

Kończąc już opis, dostałem to co potrzebowałem. But na lekkie warunki terenowe, tani a solidny. Ze swojego zakupu jestem zadowolony.

XIAOMI AMAZFIT STRATOS 3 – CZĘŚĆ 4

Niewiele się zmieniło w moim postrzeganiu Stratosa 3 – dalej jestem zadowolony z jego używania. Tym razem nie będzie więc opisu a zdjęcia, prezentujące jak widać na jego ekranie w różnych warunkach. Wszystkie wykonane komórką, bez lampy błyskowej.
Nie komentuję, niech przemówią obrazki 🙂

Na poczatek – słoneczny dzień (cienie na ekranie to mój telefon :)).

Widok aktywności przy słonecznym dniu.

Warunki domowo-biurowe. Sztuczne oświetlenie o sporej jasności.

Przy sztucznym świetle też nie ma problemów z odczytem

Dom. Sztuczne oświetlenie (słabe) + odpalone podświetlenie tarczy.

Włączone podświetlenie zegarka.

Dom. Sztuczne oświetlenie (słabe). Bez podświetlenia.

Przy małej ilości światła ciężko już odczytać wszystko z tarczy Stratosa. Godzina dalej jednak widzialna.

Trening w nocy. Tarcza zegarka oświetlona czołówką. Fota tragiczna ale chodzi o to jak widać a nie o artyzm 🙂

Noc, ale jest ok. Czołówka pozwala czytać dane na zegarku bez najmniejszych problemów.

Rechargeable Led Headlamp 609-2

Mimo, że życie coraz częściej uczy mnie, że nie warto ryzykować to ciężko całkiem wygasić żyłkę hazardzisty 🙂
Nie tak dawno temu spacerując po wałbrzyskiej giełdzie zobaczyłem i zakupiłem kolejną czołówkę. Dwadzieścia kilka PLN nie majątek, a nowa zabawka może ucieszyć 🙂
Kupiłem chiński produkt, do którego ciężko nawet znaleźć jakąś konkretną nazwę. Okazuje się jednak, że tanie nie zawsze znaczy złe, co postaram się opisać poniżej.

Żeby nie było, iż jest to jakiś „biały kruk” jak dobrze poszukacie w necie to myślę, że spokojnie traficie na takie lampki.
Na jednej ze stron wynalazłem nawet nazwę kodową tego ustrojstwa – NCV-CVAIA-LT410.

Specyfikacja techniczna (po angielsku, pobrana z netu i trochę uzupełniona przeze mnie). Myślę, że nie ma jednak problemu z odczytaniem.

General
Material: ABS+PC
Lens: optical PS Shuo lens
LED: 1x 5W xpe White LED, 2x Red LEDs
Maximum range: up to 200 meters
Brightness: 160 lumens
Battery: 1200 mAh (BL-5C)
Lighting time: white led full brightness at 4 hours, economic light to be over 30 hours
charging time: 6 hours with usb port
Waterproof grade: IPx4

Dimensions
Main Product Dimensions: 65x47x35 mm (L x W x D)
Weight: 70-79g *w necie podają 70g, w instrukcji 79g. Mi z pomiaru wyszło 76g

Opakowanie zewnętrzne.

Lampka zapakowana jest w szare, kartonowe pudełeczko, na którym oprócz rysunku czołówki znajdziemy też ikonki jej najważniejszych funkcji/możliwości.
Zawartość opakowanie nie kryje nic niezwykłego – czołówka z paskiem, kabel USB i instrukcja obsługi (po angielsku).

Zawartość kartonika 🙂

Obsługa lampki jest dość intuicyjna. Nikt raczej nie powinien mieć problemu z używaniem, nawet jeśli nie zada sobie trudu czytania (ale warto do niej zajrzeć bo jest tam opisany specjalny tryb – sensitive-control mode).
Lewy przycisk (patrząc od tyłu urządzenia) służy do włączania głównej diody. Prawy to włącznik dwóch, czerwonych diód. Przez tryby przechodzi się cyklicznie. W przypadku białej diody jest to – 100% mocy – Tryb ekonomiczny – wyłączona. Czerwone diody świecą ciągle lub migają.
Oba (białe, czerwone) źródła światła mogą działać równocześnie lub osobno.

Czołówka w całej swoje okazałości

Jak wspomniałem czołówka ma jeszcze tryb – sensitive. Moim zdaniem jest to bardzo pożyteczne udogodnienie.
Uaktywniamy go trzymając wciśnięty przez 3 sekundy lewy przycisk urządzenia. Polega ono zaś na tym, że przesuwając ręką z odległości około 15 cm przed lampą gasimy światło. Kolejne przesunięcie włącza je z powrotem. Działa to dużo szybciej niż klikanie na włącznik (i przechodzenie przez wszystkie tryby), no i jest dużo wygodniejsze w czasie biegu (przyciski mają swój opór i nieraz miałem kłopot by je wymacać i wcisnąć kiedy biegłem).

Włączniki obu rodzajów diód
Front
Regulacja pochylenia

Wykonanie całości nie budzi jakichś większych zastrzeżeń. Nic nie odpadło, przyciski działają, regulacja pochylenia trzyma tam gdzie ustawimy, pasek nie odpina się. Jest więc ok.
Nie testowałem tego urządzenia w jakichś hardcorowych warunkach ale jak na bieżącą zimę – lekkie, minusowe temperatury, wilgoć, mgły to nie szkodziło jej to. Nie ma zapoceń, wilgoci w środku.
Akumulator wytrzymuje te 4 godziny świecenia (tyle podaje instrukcja). Wydaje mi się, że pociągnął by spokojnie i więcej, ale uczciwie powiem, nie próbowałem. Szkoda mi było zmarnować ewentualny trening gdyby mi się rozładowała w czasie biegu.
Co warto jeszcze zauważyć to fakt, że akumulator jest wymienialny. Gdyby stracił pojemność to po prostu otwieramy klapkę i możemy włożyć już nową baterię BL-5C.

Odczuciowo, lampa jest dobra ale nie genialna.
Przez swój kształt umieścić trzeba ją płasko na czole. U mnie wychodzi to dość nisko nad oczami i trochę mnie denerwuje. Jak przesunę ją zbyt mocno w górę to z kolei zaczyna się chwiać w czasie biegu. Trochę szkoda też, nie ma w niej dodatkowego paska, który przechodzi przez środek głowy – jest tylko standardowy, po obwodzie.

Świecimy – blisko, dalej i najdalej

Urządzenie, jak widać na zdjęciach generuje światło „dzielone” – w środku mocny, jasny, skupiony punkt i szerszy okrąg (już mniej jasny). Nie jest to mój ulubiony rodzaj ale nie powoduje to wielkiego dyskomfortu. Widać gdzie biegnę, po chwili przyzwyczajam się do takiej wiązki światła. Odpowiednio sterując pochylenie można sobie ustawić tak jak lubimy – czy bliżej pod nogi, czy oświetlanie dalszego terenu.

Być może z załączonych zdjęć nie wygląda to rewelacyjnie ale ilość światła wystarcza. W „moim” lesie nie mam kłopotu z wyczajeniem przeszkód, gałęzi czy dołków.
Ja wolę świecić sobie bliżej pod nogi ale i fani doświetlenia dali (by z wyprzedzeniem zobaczyć ewentualne przeszkody) będą zadowoleni.

10 metrów przed nami

Powyższa fotka pokazuje oświetlenie szlabanu z odległości 10 metrów. Jest on oświetlony ostrym środkiem, słabszy okrąg zaś doświetla nam otoczenie bliżej nas. Da się świecić i dalej (pewnie deklarowane przez producenta wartości w warunkach laboratoryjnych są osiągalne) ale na dobrą widoczność na 200 m to już bym nie liczył.

Jak na wydane pieniądze to powiem krótko, że warto. Nie jest to mistrzostwo świata ale świeci, nie popsuło się i to co ważne jest ekonomicznie (zwłaszcza w kontekście kupowania baterii alkalicznych, potrzebnych np. do opisywanego jakiś czas temu Kodaka).

XIAOMI AMAZFIT STRATOS 3 – CZĘŚĆ 3

Tym razem krótki wpis ale w mojej ocenie ważny bo komfort sportowego używania smartwatcha znacząco wzrósł w ostatnim miesiącu.

Xiaomi Amazfit Stratos3

Producent na ten moment ogarnął dobrze kwestię synchronizacji danych.
Nie ma żadnych problemów z połączeniem i transmisją. Wszystko ładnie idzie w aplikację i do Stravy. W skutek tego należy przypuszczać, że i w drugą stronę (czyli np. aktualizacje A-GPS) systematycznie pojawiają się w zegarku.

Spowodowało to finalnie, że mój zegarek łapie fix w bardzo dobrym czasie. Praktycznie każde wyjście na trening to około 10 sekund (albo mniej) oczekiwania na fix.

Drugą rzeczą jaką zanotowałem to fakt, że nie psuje mi już miejsca startu (sygnalizowałem to w drugiej części testu). Wszystkie biegi z grudnia ładnie wskazują miejsce startu i mety.
Oglądając też zapis treningów odbytych w innych miejscówkach i tu jest ok. Nie widzę drastycznych przekłamań.

Przyglądając się całemu zapisowi ścieżki, ślad owszem trochę „krąży” wokół drogi ale przesunięcie jest akceptowalne. Nie ma tu dziwnych ścięć, skrótów.

W grudniu nie robiłem już porównań dystansu z Xiaomi do Suunto. Patrząc sobie jednak na identyczne biegi jakie zrobiłem, za każdym razem Stratos podaje podobny dystans. Są to np.
1. 6.62 km
2. 6.68 km
3. 6.67 km
Nieźle, to praktycznie żadne różnice jak na bieg po lesie.

Pod względem używalności codziennej zegarek jest bezproblemowy. Nie wariuje, nie zawiesza się. Baterię ładuję co 7 dni. Strona wizualna bez zastrzeżeń.
W przebytym okresie testowym była aktualizacja apki, soft w zegarku nie aktualizował się, jak pamiętam.

Cóż. Niewiele więcej mam do dodania. Zegarek stał się bardziej „dokładny”, zapisane trasy wyglądają realnie a to rzeczy ważne dla biegacza.
Ilość treningów bezproblemowych w grudniu – 11 więc nie może tu być mowy o przypadku. Dobrze to rokuje na przyszłość.
O ile w drugiej części testu trochę miałem obawy o przekłamania GPS teraz uważam, że jest bardzo dobrze. Jeśli producent nic tu nie popsuje produkt uważam za godny polecenia.

Xiaomi Amazfit Stratos 3 – część 2

Skoro już opowiedziałem trochę o stronie wizualnej Stratosa, to należałoby przyjrzeć się temu co potrafi on od strony sportowej.

Z wiadomych względów najbardziej interesowało mnie bieganie i z dedykowanych mu pozycji w menu korzystałem. Zestaw opcji sportowych jest oczywiście szerszy – producent dał nam możliwość uprawiania 19 dyscyplin 🙂

Odpalenie sportu (biegania) w Stratosie jest banalne. Wystarczy kliknąć 3 razy górnym przyciskiem (Potwierdzenia/Startu) i już. No, oczywiście między kliknięciami wypadałoby poczekać aż zegarek złapie fix.

Łapanie fixa nie jest procesem problematycznym. Wiadomo, zależy ono od warunków terenowych/meteorologicznych jak i regularnego aktualizowania urządzenia. Jeśli nie zaniedbujemy aktualizowania, to odczuciowo średni czas nie przekracza 30 sekund (nieraz jest to i szybciej). Co ważne, nie było też sytuacji by Stratos fixa kiedyś złapać nie mógł. To lubię, bo wcześniejsze chińskie wynalazki potrafiły jednak nic nie wyszukać.

Oczciwym będzie powiedzenie jednocześnie, iż moje wiekowe Suunto łapie GPS jednak trochę szybciej. Na dokonane do tej pory biegi Stratos tylko raz go wyprzedził, pozostałe próby należały do Ambita.

Korzystanie z Amazfita w czasie biegu jest zadowalające. Tętno mierzy. Jak ustawimy alerty o jego przekraczanie, sygnalizuje to. Zestaw wyświetlanych danych jest duży. Jest kilka ekranów, na których (w apce) ustawiamy co chcemy widzieć. Ja w czasie treningów nie analizuję zbyt wiele i w sumie korzystam tylko z pierwszego ekranu. Mam tam czas biegu, przebyty dystans, tętno, tempo chwilowe.
Czytelność cyfr/pól jest bardzo dobra. Nie mam kłopotu z odczytam ani w dzień ani w nocy. Uwaga, nocą biegam w czołówce i jej światło skierowane na ekran świetnie gwarantuje widoczność. Nie muszę odpalać podświetlenia w zegarku.
Zaliczenie ustalonego dystansu (autolap co 1 km, albo nasza wartość) sygnalizowane jest wibracją i ekranem na którym jest podany numer „kilometra” i średnie tempo. Tu cyfry mogłyby być większe ale i je da się odczytać.
W czasie sportu GPS w zegarku zachowuje się stabilnie. Sygnału jak do tej pory jeszcze ani razu mi nie stracił. Raz „czasomierz” pomylił się sporo na pierwszym kilometrze, w innych przypadkach wyglądało to dobrze. No, przynajmniej na pierwszy rzut oka, ale o tym będzie niżej.

Dokładność GPS – porównywane z Suunto Ambit 1.

W Stratosie mam ustawione GPS + Glonass. Tak na oko wielkiej różnicy między zegarkami nie ma. Oba pikały podobnie. Raz szybciej Stratos, raz Ambit.
Wyniki notują „akceptowalnie różne” dla amatora. Wychodziło mi np. tak:

Suunto1: 6.7 km / Stratos3: 6.67 km
Suunto1: 5,03 km / Stratos3: 5,13 km
Suunto1: 7,36 km / Stratos3: 7,45 km
Suunto1: 8,38 km / Stratos3: 8,83 km (to ten najbardziej nieudany bieg)
Suunto1: 10,27 km / Stratos3: 10,20 km

Gorzej jednak zaczyna się robić jak zaczniemy porównywać detale. Z historii w.w. biegów wyszło mi, że Stratos prawie zawsze jakiś problem miał. Najczęściej rozjeżdża mu się miejsce startu (widać przykład na obrazku poniżej). To później rzutuje na wynik.

Rozjazd startu w Stratosie 3

Patrząc też na ślad generowany na mapie, Stratos nie do końca trafia w drogę. Z reguły jest gdzieś w pobliżu. Tu Suunto jest lepsze.

Suunto lepiej trafia w drogę.

Ale cóż… Do takiego „dreptania” jak ja robię da się to przeżyć. Nie jest to jakaś wada krytyczna. Oczywiście jeśli ktoś potrzebuje bardziej dokładnego urządzenia może być rozczarowany.
Dużo wad jakie ma jeszcze Xiaomi są jednak szybko poprawiane, miejmy nadzieję, że poprawią i to w kolejnych aktualizacjach.

Po treningu.

Bezpośrednio po zakończeniu i zapisaniu aktywności, już w zegarku dostajemy spory zestaw danych potreningowych. Są słupki, wykresy, ślad trasy, analiza formy i czas regeneracji 🙂 To wszystko (a nawet i więcej) możemy też zobaczyć w aplikacji na komórce, kiedy zsynchronizujemy nasze dokonania.
Synchronizacja w sumie idzie dość dobrze. Szybko (w miarę) i stabilnie (na ten moment). W którejś poprzedniej wersji softu był problem. Proces się zapętlał i w kółko wczytywało, potwierdzało, że już i od nowa 🙂 Różnie ludzie sobie z tym radzili – mi pomagało kliknięcie ręcznego synchronizowania w zegarku, a nie w aplikacji.
Jak już nasze dane wylądują w apce, to za chwilkę pojawiają się też w Stravie. Oczywiście wcześniej oba programy trzeba powiązać.
Do Stravy idzie chyba pełny zestaw danych. Jest np. tętno, a to nie zawsze standard.

W sytuacji awaryjnej jest też ciekawa opcja rezerwowa. W zegarku naciskamy przycisk Eksportuj trening. W urządzeniu zostaje zapisany plik *.gpx. Podłączając później zegarek do komputera możemy go sobie skopiować i robić z nim co chcemy. Super 🙂

Bajery

Zasygnalizuję tylko, bo jeszcze zbytnio nie analizowałem i używałem 🙂
Oprócz prostego biegnięcia można także potrenować 🙂 Są do wyboru opcje celów (np. czas, dystans itp). Można też stworzyć (w aplikacji) swoje treningi interwałowe i je wysyłać do zegarka. Da się ustawić kilka różnych interwałów (personalizowanych np. względem czasu, dystansu).
Fani muzyki maja w Stratosie 2 GB miejsca na mp3. Można sobie wgrać swoje utwory i oczywiście słuchać w czasie aktywności.

Podsumowanie

Stratos 3 w świetle powyższych informacji jest zegarkiem na którym mi właśnie zależało.
Stylowo wygląda, da się go nosić na co dzień. Jakość wykonania, spasowanie, działanie i możliwości są bardzo dobre. Nie widać tu taniości i bylejakości, system chodzi płynnie, stabilnie. Bateria pozwala na długie używanie (wiadomo zależy kto i co, ale codziennie ładować go nie trzeba 🙂 )
Smartwatch w akceptowalny sposób wspiera też sport. Zestaw danych treningowych, dokładność dla większości będą więcej niż wystarczające. Trochę bardziej zaawansowani z pewnością docenią możliwość eksportu danych w celu dalszych porównań, analiz.

Oczywiście okres jaki go mam jest jeszcze zbyt krótki by wypowiedzieć się o trwałości ale pierwsze wrażenie jest więcej niż dobre 🙂

Xiaomi Amazfit Stratos 3 – część 1.

Jako, że niedawno miała miejsce premiera nowego (nowej wersji dokładniej bo to raczej rozwinięcie wersji 2) sportowego smartwatcha od Xiaomi myślę, że warto przyjrzeć mu się bliżej.

Suche parametry sprzętu można wyszukać w necie. Ot chociażby tu:
Stratos 3

Wstępne recenzje, filmy na youtubie już są, ale w żadnym chyba za bardzo nie skupiano się na przydatności sportowej tego sprzętu. Myślę, że poniżej uda się to i owo przybliżyć. Proszę mieć jednak na uwadze, że nie będzie to opis rozkładający urządzenie „na czynniki pierwsze” Opisuję to co sam używam, co mi potrzebne.
Artykuł ten jest kompilacją moich odczuć umieszczonych na forum Bieganie.pl więc proszę wybaczyć jeśli wyszło mniej składnie – tam podzielone było to na większą ilość wpisów.

ZAKUP
Sprzęt zamówiłem przy okazji chińskiego Dnia Singla (jak to się chyba fachowo nazywa) – 11/11. Aby zminimalizować ryzyko długiego czekania na paczkę i ewentualnych opłat celnych wybrałem opcję z wysyłką z Hiszpanii. Szybko wysłali i już 14/11 kurier przybył do mnie z paczką.

UNBOXING
W środku przesyłki otrzymujemy czarne eleganckie pudełeczko. W czarnym pudełeczku zaś jest białe pudłeczko 🙂

Pudełeczka dwa

Gdy już otworzymy w.w. pudełeczka w środku znajduje się to co na obrazku:

Zawartość pudełeczek

Dokładniej zaś mamy zegarek, podstawkę ładującą, instrukcję obsługi (biała, gruba książeczka) oraz małą czarną książeczkę, która przybliża nam sztukę biegania „Beginners Guide to Running”.
Ciekawostka, pokazująca chyba, kto jest najczęstszym odbiorcą tego urządzenia 🙂

WIZUALNIE
Nie książki i instrukcje są jednak tym na co czekaliśmy więc zerknijmy na Stratosa. Urządzenie wykonane jest wg mnie solidnie. Wszystko spasowane, nie ma tu mowy o żadnych szczelinach, niedokładnościach. Koperta to mix tworzywa w stylu karbonu, stali. Producent pisze jeszcze o ceramicznym bezelu.
Na środku spodu mamy okienko z diodami do pomiaru pulsu, przy boku 4 styki do ładowania. Styki nie są niczym osłonięte, ale to w sumie standard i u innych producentów.

Stratos3 – diody pulsometru i styki ładowania.

Stratos z prawej swojej strony ma 4 przyciski. 2 większe, osobne i na środku mniejszy, podwójny. Wszystkie pracują z wyczuwalnym oporem, czuć delikatne „kliknięcie” potwierdzające, że coś nacisnęliśmy.

Stratos 3. Przyciski

Patrząc na górę sprzętu mamy metalowy pierścień (delikatny, nie jest jakoś mocno masywny) no i ekran. Ekran umieszczony jest trochę głębiej niż pierścień więc jest szansa, że rysował się mega nie będzie.
Zegarek ma odłączany, silikonowy pasek z systemem quick fit. Pasek przyjemny w dotyku, miękki. Dobrze dopasowuje się do ręki. Jego dużym plusem jest fakt, że ma sporo dziurek i nie ma problemu z dopasowaniem zegarka do nadgarstka.

Pierwsze odczucia po założeniu Stratosa są dobre. Przyjemnie leży na nadgarstku. Nie przesuwa się, nie podrażnia niczym. Wagowo sprzęt jest raczej lekki. Dokładniej to waży 60 gr. Mojego starutkie Suunto 1 zaś 77 gr. Różnica nie porażająca ale zawsze to parę gram mniej.

Żeby nie było, iż same plusy widzę nie podobają mi się uszy koperty. W swojej zewnętrznej części są one puste (dokładniej to wgłębione). Nie wiem co ma to na celu, wg. mnie pełne wyglądałyby ładniej. Tu mam wrażenie, że może się zbierać syf, brud i fajne to nie będzie.

UŻYWANIE – OGÓLNIE
Startując pierwszy raz, należy rozpocząć od zainstalowania apki na komórce, a później odpalać zegarek i synchronizować go z telefonem. Skanujemy kod QR z zegarka i sprzęty są połączone.
Odpalenie zegarka trochę trwa, no ale nie robi się tego co chwilę (no chyba, że ktoś lubi gasić i włączać 🙂 )

Co rzuciło mi się w oczy gdy już sprzęt działa i wyświetla. Ekran jest specyficzny. Wyświetla on (w stonowany sposób) dane cały czas. W ciemnym pomieszczeniu widoczność jest słaba. Trzeba posiłkować się podświetleniem (brzydkim, po jego włączeniu kolory ekranu robią się niebieskawe/fioletowe). Jeśli jednak na ekran pada światło albo jest jasno (np. na zewnątrz, w dzień) widoczność jest bardzo dobra. Nie miałem problemów z odczytem nawet przy mocnym słońcu. Biegając w nocy i świecąc na tarczę czołówką też spokojnie możemy wszystko odczytać.
Trzeba się do tego przyzwyczaić. Ogólnie wyświetlacz jest czytelny, napisy, ikonki ok, widoczne. Zakres jasności/podświetlenia wystarczający. Dotykowy ekran pracuje dobrze, reaguje na dotyk raczej problemów nie miałem, że dotykam i nic. W chińskim Zeblaze jaki miałem wcześniej działało to oporniej.

Producent urządzenia jako jedną z jego największych zalet podaje długie czasy działania – czy to w normalnym użyciu, czy z GPS.
Faktycznie jest dobrze.
Sprzęt odpaliłem pierwszy raz w czwartek wieczorem. Miał na starcie około 85 % baterii. W kolejną środę wieczór zostało mi 10%. Przez ten czas wykonałem 2 biegi z GPS (około 1:50 łącznie), instalował się update, synchronizowałem go codziennie przynajmniej raz z tel. no i jak to przy nowościach trochę się nim pobawiłem, poklikałem. Nieźle, prawie tydzień wytrwał 🙂 W mojej ocenie, oszczędnie go używałem, jakbym leciał cały dzień na BT, pewnie dużo szybciej by się rozładował.
Ten „tydzień” przy moim używaniu (podobnym jak wyżej) to taki standard. Tyle mi wytrzymuje.

Menu zegarka zawiera standardowy zestaw smartwatchowo-sportowy. Są opcje do muzyki, stopery, alarmy, budziki, tętno, kompas itp. itd. Sporo opcji związanych ze sportem – od historii aktywności przez wybór tego co chcemy uprawiać. Jest też analiza snu.
Nawigacja po menu nie jest problemowa. Nic się nie zacina, przymula. Przyjemnie to działa.
Nawigować można albo używając dotykowego ekranu albo posiłkując się przyciskami. Dwa, te najważniejsze, pełnią funkcję Startu (górny) i Powrotu/Wyjścia (dolny).

Personalizację menu/ustawień zegarka dokonujemy z poziomu aplikacji instalowanej na smartfonie.

APLIKACJA
Nieodłącznym elementem smartwatcha jest apka. W przypadku Stratosa zwie się ona Amazfit 🙂

Na pierwszy rzut oka nie wygląda ona okazale ale zyskuje przy dłuższym używaniu. Co ważne, działa stabilnie – do tej pory mi się nigdy nie zawiesiła, wysypała. Były oczywiście momenty, że szwankowała synchronizacja ale producent w miarę szybko poprawia błędy. Teraz np. wszystko działa już ok.

Za pomocą programu możemy dodawać do zegarka nowe funkcjonalności (np. tarcze, wgrywać utworzone treningi), konfigurować co ma wyświetlać na ekranie (np. przy danym typie sportu), jak i przeglądać to co w zegarku powstało. Czyli zapis naszych treningów, kroków, snu, tętna itp. Jeśli będą update-y systemu tu też możecie to sprawdzić. Ale… zegarek można aktualizować i bez włączania apki. Wystarczy mieć wifi i sam sobie sprawdzi czy są nowości 🙂

Danych „aktywnościowych” jest mnóstwo. Jest co oglądać i analizować. Są wykresy, są liczby 🙂 I to duży plus dla maniaków statystyk.

Nasze konto da się też zsynchronizować z aplikacjami zewnętrznymi. Mi najbardziej zależało na Stravie (bo z niej przerzucałem dane do Endomondo). Powiem, że działa i jestem z tego bardzo zadowolony 🙂

Pierwsze moje wrażenia z używania Stratosa 3 są pozytywne. Podoba mi się, noszę go codziennie i używam też do biegania. Mam już trochę treningów zapisanych więc w kolejnej części podam jak sprawuje się właśnie przy sporcie.

Laundrette – Sports Outdoor

Laundry Detergent – Środek do prania.

Tym razem krótko i nietypowo 🙂 Bieganie to nie tylko endorfiny, walka ze swoją słabością i bicie rekordów częściej to … mozolne klepanie kilometrów w błocie, kurzu, brud i smród 😉

Wiadomym jest, że ciuchy prać należy. Zwłaszcza te po bieganiu. Nie wiem jaki kto ma system ale ja piorę wszystko po każdym treningu. Sporadycznie, gdy uznałem, że jednak jeszcze dzień później da się użyć (albo zmusza mnie do tego ryzyko nie wyschnięcia) to sam czuję, że to dobry pomysł nie jest. Ok, da się na treningu, ale na zawodach by mi chyba wstyd było stać w tłumie i śmierdzieć 🙂

Do tej pory prałem zwyczajnie w proszku. Niedawno jednak otworzyli w naszej miejscowości sklep Action i tam wśród różnych ciekawostek wypatrzyłem butlę z płynem do prania, która wg. jej producentów świetnie nadaje się do prania ciuchów sportowych. Cena niewielka 8,45 zł jak pamiętam no to czemu nie spróbować.

Płyn w swojej okazałości i naturalnym jego środowisku (łazienka)

Po zakupie dostajemy 750 ml płynu, który z tego co wyczytałem powinien wystarczyć na 21 prań. Z opisu jest on w 98% biodegradowalny. Oprócz przyjemnego odświeżenia i wyczyszczenia ubrań przez swoje składniki ma on zapewniać lepsze schnięcie ubrań. Uwaga – płyn nie nadaje się do prania jedwabiu i wełny.
Płyn działa już w temp. 20 stopni, a używać go można i w automacie jak i piorąc ręcznie. Zapach ma dość przyjemny, niezbyt jednak umiem podać co to za aromat (nie są to kwiatki, taki bardziej perfumowy bym powiedział).

No to co, należy wypróbować. Dylemat miałem jak to dozować, bo pomimo rozpiski ile na jakie pranie dać, nie pisze gdzie go wlać. Nie byłem pewien czy wlewamy go do środka pralki (w ciuchy) czy tam gdzie lejemy płyn do płukania. Po dyskusji z Żoną wyszło, że wlać trzeba w środek prania. Widać jaki ze mnie ekspert domowy 🙂
Znalazłem jakąś miareczkę i lejemy. Płyn jest gęstszy, żeby nie marnować go, po wlaniu w maszynę, w miarkę wlałem trochę wody, zabełtałem i jeszcze to wlałem do bębna.

Dawkowanie

Co nastąpiło później… wyprało się. Ciuchy po treningach mam z reguły czyste (w znaczeniu nie poplamione błotem itp) więc o takich prawdziwych możliwościach piorących jeszcze nie wiem ale fakt, po wyjęciu z pralki wszystko ładnie pachnie.
Zniszczeń w ubraniach nie zanotowałem, nic mi nie wyżarło, przebarwiło.
Plus płynu, w porównaniu do proszków (zwłaszcza tych tanich) jest też taki, że na ciuchach nie zostały żadne resztki detergentu. W mojej pralce, po krótkim praniu 29 min, 30 stopni tanie proszki potrafiły się czasem nie rozpuścić do końca (zwłaszcza jak sypnęło się trochę za dużo). Miałem więc białawe kropeczki.

To co. Warto chyba mieć 🙂 Na takie krótkie prania sportowych ciuchów jak znalazł.

BUGT – mój sprzęt

Strasznie coś nie mam zapału opisywać sprzęt jaki używałem podczas BUGT, bo sporo rzeczy jakie mam są już dość stare (i niedostępne), ale może komuś w przyszłości się to przyda. Przynajmniej zarys jakiś będzie co warto mieć i czy się sprawdzało.

Po prawdzie to kupiłem w związku z w.w. biegiem parę nowości więc może o nich dokładniej powiem (napiszę) w jakichś kolejnych artykułach.

Część wyposażenia podyktowana była wymogami formalnymi niemniej w 100% potwierdzam, że zasadne było je wszystkie mieć.

No to lecimy od dołu do góry 🙂

BUTY – Adidas Adistar Raven 3M. Mniejszy bieżnik, guma Continentala. Miało to dobrze trzymać na kamieniach ale szału nie było. Albo kamienie za śliskie (mimo, że sucho było raczej) albo buty już za stare (w znaczeniu podeszwa naruszona już używaniem)

SKARPETKI – chińskie skarpetki pięciopalczaste z Allegro. Wybierałem takie bardziej sportowe (z domieszką syntetyków bo są i same bawełniane). Świetna rzecz. Używam ich od jakiegoś czasu i niechętnie wracam już do zwykłych.

SPODENKI – Kalenji Elioplay. Szorty z wszytymi majtkami. Bez zastrzeżeń, latałem w nich wszystkie swoje ultra i zawsze jestem zadowolony.

KOSZULKA/BLUZKA – na biegu miałem dwie.
Na start założyłem długi rękaw NIKE PRO COMBAT. Fajna, w miarę cienka i dopasowana. W sumie da radę używać jej i w słońcu, podwijając rękawki.
Później jak już zrobiło się gorąco, to wymieniłem ją na koszulkę ADIDAS CLIMACHILL (model pod ultra z lekkim kołnierzykiem i rozpinanym zamkiem pod szyją). W tej koszulce biegałem większość swoich ultra też nie narzekałem 🙂

KURTKA – trzeba było mieć to wziąłem zieloną 🙂 wiatrówkę z Aldi (Shamp). Lubię ją, używam i fajnie.

CZAPKA – z przypadku (zapomniałem bandany Hornhill) padło na nowy, wypasiony zakup – biegową czapeczkę z daszkiem BUFFa.

DODATKI:
Komin/buff – z biegu CITY TRAIL. Rano założyłem go na szyję, później zaplotłem na ręce (ot z lenistwa, nie chciało mi się go już wpychać do plecaka)
Rękawiczki – lekkie rękawiczki z Lidla.
Plecak – kolejna nowość. Nietypowo (bo zawsze biegałem z plecakiem Quechua MT10) chciałem wziąć Dynafit X7 Pro 20, który był deal-em życia (kupiłem go używanego, w idealnym stanie na giełdzie za jakieś 20 zł). Dzięki wsparciu sponsorów – moich rodziców kupiłem sobie jednak w Zakopanym mniejszy plecaczek Dynafit Vert 4. Super, lekki, dopasowany a sporo do niego władowałem.
Ponieważ plecak zmieniłem to zmianie uległo też nawadnianie. Zamiast 2 litrowego bukłaka z Decathlonu (nowy) wziąłem softflaski (2×250 Dynafit, Salomon, 1×235 Intersport) i sztywny bidon 500 ml.
Kijki trekkingowe – Viking Kettera. Lekkie, krótkie (na czym mi zależało) i wytrzymałe. Słabiej tylko ze składaniem ale to opiszę kiedyś.
Czołówka – Kodak HL03. Dobrze świeci.
Zegarek – Arival SpoQ SQ100. Wiadomo, bateria wystarczy na cały bieg 🙂
Komórka – Iphone 5. Bo mały jak na dzisiejsze standardy.
Kubeczek – składany kubeczek turystyczny z Allegro.
Pierdołki – reszta to w sumie mix tego co wymagane jak np. folia termiczna, bandaże, kasa, dokumenty, opatrunki jak i mojej inwencji. A były to np. żele różnych marek, żelki energetyczne (ale nie zjadłem), baton (też został), zapasowe baterie do czołówki, malutka latareczka (na baterie CRC2032), mały powerbank i kabelek do telefonu. Hmmm… chyba nic nie pominąłem.

Ze wszystkiego co zabrałem w sumie jestem zadowolony. Pewnie wydając xx PLN więcej miałbym lepsze rzeczy ale póki sprawdza się to co mam to niech będzie.
Obiecuję, że zebrawszy się w sobie dokonam jakieś opisy tego co kupiłem nowe (albo o czym w ogóle nie pisałem). Może kogoś zainspiruje do zakupów 🙂

Bandana termoaktywna – Hornhill B2

Lato daje się ostatnio mocno we znaki, solidne upały wymagają od wszystkich biegających by postarać się chociaż trochę przed palącym słońcem zabezpieczyć.

Do tej pory w lecie biegałem w czapeczkach sportowych i nie powiem w miarę mi się sprawdzały. Z perspektywy czasu zauważyłem jednak dwa minusy (niezależnie od rodzaju czapki jaką brałem):
– po dłuższym biegu mocno namakał mi daszek czapki i kapała z niego woda (pot). Strasznie mnie to wkurzało, czasem nawet ściągałem czapkę by ją strzepnąć albo wycisnąć (te, w których daszek był miękki). Nie pomagało to na długo, co moment proces trzeba było powtarzać,
– owady – komary, gzy (a sporo ich tu gdzie biegam) miały ułatwione zadanie by atakować szyję, uszy. W mieście tego nie ma, ale Ci co biegają po lesie pewnie wiedzą jaka to męka gdy bzyczą, latają i próbują kąsać.

Powyższe problemy spowodowały, iż mimo zakończenia zimy/wiosny w dalszym ciągu biegałem w chuście (buff-ie niefirmowym), W pewnym momencie wymieniłem go tylko na jaśniejszy, tak by słońce raczej odbijało się od jasnego koloru, niż grzało ciemny kolor. Nie było to może tragiczne ale jednak przy +30 zaczęło mi się wydawać, że jest jednak zbyt gorąco w głowę.

Przeglądałem net, przeglądałem i nic specjalnego nie wynalazłem. Są niby buffy z materiału reklamowanego jako idealny na lato (utrzymujące skórę w suchości i chłodzie). Fajnie, tylko jakoś po 80 zł… Nie będę ukrywał za dużo jak dla mnie.

W pewnym momencie poszukiwań natrafiłem na produkt polskiego producenta – Hornhill. Wydał mi się dość ciekawy pod wszystkimi względami więc poniżej moje wrażenia z zakupu.

Woreczek z zakupioną chustą.

Bandanę otrzymujemy w foliowym woreczku. W środku oprócz właściwej chusty jest papierowa metka no i … to w sumie wszystko 🙂

Bandana występuje w 4 kolorach – czarnym, niebieskim, czerwonym i białym. Wykonana jest w 100% z poliestru, w strukturze siateczki (tzn. że widać w materiale otworki w splocie). Na lato najlepsza wydała mi się biała i taką też zamówiłem.
Po czasie przyuważyłem, iż ten producent ma też w ofercie bardzo podobną bandanę, ale wykonaną z coolmaxu. Jest ona nieznacznie droższa. Coolmaxowa kosztuje około 19 zł, a normalna 17. W teorii powinien to być jeszcze lepszy wybór ale, że są dostępne tylko czarne i czarne z czerwonymi szwami uznałem, iż nie ma to wielkiego sensu. Ewentualna przewaga lepszego materiału straci się w mocniej nagrzewającym się kolorze.

Zamówiona bandana wykonana jest bardzo ładnie. Zszyta z 4 kawałków materiału. Ściegi solidne, wykonanie estetyczne. W środku jest niewielka, biała metka ze składem i nazwą, na zewnątrz zaś kolejna, czarna z logo producenta.

Bandana występuję w uniwersalnym rozmiarze. Na większą głowę da się ją założyć bez problemu i w dalszym ciągu jest luźna. Z drugiej strony wiążąc jej uszy, powodujemy, że nie będzie nam spadać ani przesuwać się. Podoba mi się to, iż wiążę ja i uszy mam pod chustą. Na tym mi zależało, by robactwo mnie nie żarło 🙂

Tak powinno się to nosić 🙂

W czasie używania chusta sprawuje się bardzo dobrze. Pierwsze wrażenie oczywiście, mamy coś na głowie, co trochę temperaturę ciała podnosi. Nie jest to jakoś dokuczliwe, daje się wytrzymać i w największe upały. Wydaje mi się, że w zwykłym buffie było w głowę cieplej. Noszą chustę przy biegu, pocimy się w niej ale pot nie zalewa nam oczu. Zostaje wyprowadzony na zewnątrz i dość szybko wysycha.
Sama chusta na głowie „siedzi” dobrze. Zawiązana w podwójny węzeł nie spada, nie rozwiązuje się. Jest miękka i przyjemna czyli nie uraża nam czaszki.
Dużym plusem dla mnie jest zakrycie uszu i „ogon” opadający na szyję. Nie mam problemów z owadami, ciężko im ugryźć wrażliwe części, a zakryta szyja chroni przed spaleniem słońcem.

Finalnie zaś (bo opis wyszedł długi :)) z zakupu jestem zadowolony i w miarę chętnie w niej biegam czy jeżdżę na rowerze.
Polecam.