Archiwa tagu: tatry

BUGT – mój sprzęt

Strasznie coś nie mam zapału opisywać sprzęt jaki używałem podczas BUGT, bo sporo rzeczy jakie mam są już dość stare (i niedostępne), ale może komuś w przyszłości się to przyda. Przynajmniej zarys jakiś będzie co warto mieć i czy się sprawdzało.

Po prawdzie to kupiłem w związku z w.w. biegiem parę nowości więc może o nich dokładniej powiem (napiszę) w jakichś kolejnych artykułach.

Część wyposażenia podyktowana była wymogami formalnymi niemniej w 100% potwierdzam, że zasadne było je wszystkie mieć.

No to lecimy od dołu do góry 🙂

BUTY – Adidas Adistar Raven 3M. Mniejszy bieżnik, guma Continentala. Miało to dobrze trzymać na kamieniach ale szału nie było. Albo kamienie za śliskie (mimo, że sucho było raczej) albo buty już za stare (w znaczeniu podeszwa naruszona już używaniem)

SKARPETKI – chińskie skarpetki pięciopalczaste z Allegro. Wybierałem takie bardziej sportowe (z domieszką syntetyków bo są i same bawełniane). Świetna rzecz. Używam ich od jakiegoś czasu i niechętnie wracam już do zwykłych.

SPODENKI – Kalenji Elioplay. Szorty z wszytymi majtkami. Bez zastrzeżeń, latałem w nich wszystkie swoje ultra i zawsze jestem zadowolony.

KOSZULKA/BLUZKA – na biegu miałem dwie.
Na start założyłem długi rękaw NIKE PRO COMBAT. Fajna, w miarę cienka i dopasowana. W sumie da radę używać jej i w słońcu, podwijając rękawki.
Później jak już zrobiło się gorąco, to wymieniłem ją na koszulkę ADIDAS CLIMACHILL (model pod ultra z lekkim kołnierzykiem i rozpinanym zamkiem pod szyją). W tej koszulce biegałem większość swoich ultra też nie narzekałem 🙂

KURTKA – trzeba było mieć to wziąłem zieloną 🙂 wiatrówkę z Aldi (Shamp). Lubię ją, używam i fajnie.

CZAPKA – z przypadku (zapomniałem bandany Hornhill) padło na nowy, wypasiony zakup – biegową czapeczkę z daszkiem BUFFa.

DODATKI:
Komin/buff – z biegu CITY TRAIL. Rano założyłem go na szyję, później zaplotłem na ręce (ot z lenistwa, nie chciało mi się go już wpychać do plecaka)
Rękawiczki – lekkie rękawiczki z Lidla.
Plecak – kolejna nowość. Nietypowo (bo zawsze biegałem z plecakiem Quechua MT10) chciałem wziąć Dynafit X7 Pro 20, który był deal-em życia (kupiłem go używanego, w idealnym stanie na giełdzie za jakieś 20 zł). Dzięki wsparciu sponsorów – moich rodziców kupiłem sobie jednak w Zakopanym mniejszy plecaczek Dynafit Vert 4. Super, lekki, dopasowany a sporo do niego władowałem.
Ponieważ plecak zmieniłem to zmianie uległo też nawadnianie. Zamiast 2 litrowego bukłaka z Decathlonu (nowy) wziąłem softflaski (2×250 Dynafit, Salomon, 1×235 Intersport) i sztywny bidon 500 ml.
Kijki trekkingowe – Viking Kettera. Lekkie, krótkie (na czym mi zależało) i wytrzymałe. Słabiej tylko ze składaniem ale to opiszę kiedyś.
Czołówka – Kodak HL03. Dobrze świeci.
Zegarek – Arival SpoQ SQ100. Wiadomo, bateria wystarczy na cały bieg 🙂
Komórka – Iphone 5. Bo mały jak na dzisiejsze standardy.
Kubeczek – składany kubeczek turystyczny z Allegro.
Pierdołki – reszta to w sumie mix tego co wymagane jak np. folia termiczna, bandaże, kasa, dokumenty, opatrunki jak i mojej inwencji. A były to np. żele różnych marek, żelki energetyczne (ale nie zjadłem), baton (też został), zapasowe baterie do czołówki, malutka latareczka (na baterie CRC2032), mały powerbank i kabelek do telefonu. Hmmm… chyba nic nie pominąłem.

Ze wszystkiego co zabrałem w sumie jestem zadowolony. Pewnie wydając xx PLN więcej miałbym lepsze rzeczy ale póki sprawdza się to co mam to niech będzie.
Obiecuję, że zebrawszy się w sobie dokonam jakieś opisy tego co kupiłem nowe (albo o czym w ogóle nie pisałem). Może kogoś zainspiruje do zakupów 🙂

Flexistav Bieg Ultra Granią Tatr – 17/08/2019

Zacznę od końca. Niestety 🙁 Bieg (a może góry?) nie bez powodu nazywany jednym z trudniejszych w Polsce pokonał mnie. Pierwszy raz nie udało mi się osiągnąć mety.
Nie poległem w sposób spektakularny zmieciony jakąś kontuzją, całkowitą słabością ale dogonił mnie limit czasowy i przed drugim punktem czasowym zmuszony byłem zakończyć. Oddać numer, chip i wracać do domu. Ciężkie uczucie, ciągle czuję żal i niezadowolenie. Z jednej strony spodziewałem się problemów, wiedziałem o swoich słabościach, z drugiej liczyłem jednak na jakiś łut szczęścia, zwycięstwo „upartości” nad słabością. Cóż, na takim biegu szczęścia być nie może, trzeba być przygotowanym na 100% by myśleć o sukcesie.

Zaczynając zaś od samego początku 🙂

By dostać się na BUGT trzeba zaplanować to trochę szerzej.
Jest to bieg, który obywa się co 2 lata i jako jeden z warunków koniecznych ma wymóg zdobycia 12 pkt ITRA, w trzech maksymalnie biegach. Na stronie organizatora znajdziecie listę biegów, które to umożliwiają, ale uznawane są również zawody spoza listy (o ile oczywiście są wycenione w ITRA).
Nie jest to tak proste jak przyjrzycie się ilości pkt. za dany bieg więc zadanie raczej dla osób ostrzej wkręconych w biegi ultra. Skoro biegi „kwalifikacyjne” są trudne i wymagające lepiej zaplanować ich robienie na dłuższy czas. Ot, choćby po to by była jakaś regeneracja między nimi. Dodatkowo (co przysporzyło mi trochę stresu swego czasu) jest boom na znane zawody więc zapisywać na nie trzeba się wcześnie. Na niektóre nawet z rok 🙂 Jak odłożycie wszystko na ostatni moment okaże się, że nie ma w czym wystartować = wszędzie brak miejsc.
Druga sprawa, związana z dużym zainteresowaniem Granią, to losowanie zapisanych osób. Niestety, startuje tylko 350 (50 miejsc dla organizatora) więc trzeba mieć również sporo szczęścia by się załapać.
Finalnie, jeśli uda nam się spełnić powyższe warunki pozostaje szybko zapłacić, trenować dalej no i kompletować wyposażenie wymagane 🙂

Sam bieg i jego bliższa otoczka wyglądały zaś tak:

Do Zakopanego przybyłem 2 dni wcześniej by zapewnić sobie chociaż trochę aklimatyzacji i odpoczynku po długiej drodze. Przydaje się to, bo słynne korki na Zakopiance nie są mitem a realnym faktem. Zakopane w środku sezonu też nabite ludźmi, wszędzie pełno, drogo czyli witamy w górach 🙂

Warto, organizując sobie start w BUGT, dobrze zaplanować również kwaterę. Przed samym biegiem trzeba odebrać pakiet, a później stawić się na obowiązkowej odprawie. Również start jest poza miastem, dojeżdża się do niego autobusem w środku nocy. Ciężko po prostu może być zgrać to logistycznie stacjonując daleko od „miejsca akcji”.
Ja wybrałem lokum blisko najważniejszych miejsc i wszędzie mogłem dostać się piechotą (chociaż i tak miasto zrobiło mi psikusa remontując ulicę, przez co z planowanego 1 km do przejścia zrobiło się z 3 🙂 🙂 )

Odprawa przed biegiem.

OK. Przed biegiem należy stawić się dwa razy w biurze zawodów. Po pierwsze by dokonać rejestracji. Przygotujcie się, że musicie okazać dowód osobisty, potwierdzenia zawarcia dwudniowego ubezpieczenia na rejon Słowacji. Wtedy dopiero można odebrać pakiet startowy.
Sam pakiet ok. Jest tam trochę przydatnych rzeczy. A to opaska na głowę, buff, softlask i inne różności. Nie jest źle patrząc w kategorii ceny wpisowego i porównując to do innych podobnych zawodów.
Druga, wieczorna wizyta w biurze to obowiązkowa odprawa. Zdradzę sekret, że obecności nie sprawdzają ale.. warto być. Organizatorzy opisują po trochu zasady panujące w Tatrzańskim Parku Narodowym jak i trasę, punkty żywieniowe. Co najważniejsze mówią (w nawiązaniu do planowanej pogody) czy trzeba zabrać coś z wyposażenia dodatkowego i jak wygląda sprawdzenie wyposażenie przed wejściem do strefy startowej. Nie mając tej wiedzy można się mocno zawieść przy ewentualnej kontroli 🙂

Zawody zaczynają się o 04:00. Od 2:30 autobusy organizatora zaczynają wozić ludzi na miejsce startu. Sam wybrałem się na jeden z pierwszych i dość szybko dotarłem do Siwej Polany (Dolina Chochołowska). Tutaj przygotowałem co należy do okazania, bo by wejść do strefy startowej trzeba pokazać część wyposażenia wymaganego.Ogólnie na biegu trzeba mieć sporo rzeczy (a to rękawiczki, kurtka, bandaże, plecak i bukłaki wodą itd.) niemniej wszystkie należy powiedzieć uczciwie przydatne i warto je mieć i bez wymagalności.

Profil trasy

Trasa, o długości około 71 km (+5000/-4950) podzielona jest na 4 etapy, z 3 punktami odżywczymi. Na dwóch punktach jest bufet, napoje, na ostatnim tylko picie. Ten na którym byłem świetnie wyposażony w jedzenie i picie. Wolontariusze bardzo pomocni.
Na zawodach obowiązują limity czasowe na osiągnięcie strefy odżywczej i niestety są one przestrzegane 🙂 Limity są wyśrubowane tak jak i cały czas przeznaczony na zawody. Widać, że chcąc je spełnić niestety trzeba biec 🙂

Wschód słońca na trasie – by Piotr Dymus. Ja walczyłem tak zaciekle, że żadnego zdjęcia nie zrobiłem. Teraz żałuję bo widoki przednie 🙂

Przechodząc do tego co lubimy najbardziej – krew, pot i łzy 🙂

Około 03:40 pokazuję wymagane wyposażenie i wchodzę do strefy startowej. Ostatnie poprawki, rzeczy w plecaku, statyczna rozgrzewka i …wybija czwarta rano. Lecimy. Jest jeszcze ciemno, chociaż księżyc w pełni i tak sporo ułatwia sprawę. Pierwsze 7-8 kilometrów to dość prosty odcinek. Asfalt, leciutko pod górę. Biegnę wolno nie chcąc spalić się już tutaj. O dziwo moje marne tempo pozwala trzymać się większości grupy, a nawet wyprzedzać. Niektóre osoby przechodzą do chwilowych marszów już tu. To chyba przegięcie, ja wolno ale biegnę.
Jakoś podczas tego odcinka czuję, że warto by siknąć 😉 Wydaje mi się to słuszne bo wizja późniejszego wypróżniania się gdzieś na wąskim szlaku, między turystami jest mało zachęcająca. Wiele nie tracę, podobny pomysł ma sporo innych ludzi.
Przy 8 kilometrze wszyscy rzucili się do wyciągania kijków (od tego km można używać) więc i ja uznałem, że spróbuję biec z nimi. Chwila stresu, ludzie sprawnie startują a ja nie mogę jednego złożyć. Nie udaje mi się to do końca więc wbijam go dość chamsko i lecę. A raczej zaczynam iść pod górę. Tu zaczyna się właściwa trudność biegu – góry… Przewyższenia dużo większe niż to co znałem do tej pory. Idzie się, idzie mozolnie pod górę. W większości po skałach, stopniach ułożonych z kamieni.
Zaczynam doceniać fakt, że kijki mam. Dużo mi pomagają, sporo ciągnę w górę rekami. Kijki przydają się również w dół. Zapewniają dodatkowe podparcie. Mimo tego na pierwszym etapie wyłożyłem się chyba z dwa razy. Szczęśliwie niegroźnie, poczuł to mój tyłek, lekko zgiąłem też jeden z kijków.

Idziemy sobie. Foto by Ultra Lovers. Mnie na nim nie ma 🙁 Fotografowie zaczynają mnie denerwować, zaś nie załapałem się na żadne zdjęcie.

Masakra… Te tatrzańskie szczyty nie mają końca. Wydaje się, że już widać wierzchołek, a za nim wyłania się kolejny kawałek pod górę. Co gorsze zbiegi w mojej ocenie są bardzo trudne. Również po nierównych, kamiennych stopniach. Nawierzchnia krzywa, kruche kamienie nie zachęcają do rozpędzenia się. Zaczynam w większości z nielicznych górek schodzić a nie zbiegać. Słabo, czas leci coraz szybciej, zaczynam widzieć, że nie będę miał praktycznie żadnego zapasu czasowego na pierwszym punkcie.
Osoby, które biegną koło mnie zaczynają snuć wizję, że nikt kto nie zmieścił się z jakimś solidnym zapasem czasowym szans na osiągnięcie kolejnego punktu już nie ma. No nie pomaga to :/
Pod koniec pierwszego etapu zaczynam mieć kryzys formy. Mięśnie nóg spięte, zaczynam się obawiać czy nie będę miał znów skurczy jak na Łemkowynie. Staram się temu przeciwdziałać i oprócz żeli, wody, wziąłem sporo tabletek z elektrolitami. Regularnie brane pomagają, nie złapało mnie. Niemniej głowa coś się buntuje i końcówka etapu to już naprawdę więcej chodzenia niż biegu. Słabo. Na punkt wpadam z zapasem ledwo 20 minut. Szybko piję kolę, zjadam kawałem ciastka (słabo mi wchodzi, za suche), arbuza. Wolontariusze tankują moje softflaski wodą i wychodzę ze strefy.
W międzyczasie zrobiło się ciepło (rano za to było zimno – przydały się te rękawiczki i kurtka). Postanawiam jeszcze zdjąć bluzkę z długim rękawem i założyć krótką koszulkę, która mam. To dobra decyzja, nie grzeję się już tak jak wcześniej. Kilku zawodników, robi podobny przepak jak ja ale rusza szybciej.
Kończę się przebierać, na punkt wbiega dziewczyna. Okazuje się, że już dla niej za późno. Time out. O kurcze, źle trzeba ruszać.

Początek drugiego etapu to mozolny spacerek lasem i łąkami. Niestety na tyle w górę, że o bieganiu nie mam co marzyć. Słabe mam tempo, mija mnie idąca turystka a jak niezbyt mam chęć i siłę ją gonić. Zaczyna się kryzys czy to ma sens. Zrobiłem około 4 km i ciągle pod górę. Gorąco, pusto, krzaczory jakieś. Myślę czy warto w ogóle iść dalej jeśli i tak nie zmieszczę się w limicie. Do drugiego punktu przecież z kolejne 20 km a czasu mało. Siadam na napotkanej ławeczce, wyjmuję mapę i analizuję. Może lepiej wrócić na punkt? Przynajmniej będzie z góry i bliżej do domu. Mija mnie 2 biegaczy pytają czy lecę. Odpowiadam, że myślę czy jest sens. Chwilę jeszcze posiedziałem gdy dobiegł chłopak (nie startujący w biegu) i mówi, że w sumie leci w końcówce zbierając/motywując takich nieszczęśników. Chwilę dyskutujemy, mówi by się nie poddawać bo wcale nie tak daleko i lecieć. Ok, przekonał mnie ruszam.
Oficjalny support jest na biegu zabroniony więc lecimy tak trochę obok. On z przodu, coś czasem opowie o biegu, czasem odleci sobie dalej. Ja mozolnie drę z tyłu. Obecność drugiej osoby jednak sporo daje. Sił nie ma ale człowiek się stara dorównać.
Kolega mówi, że jest stąd, startował już chyba z 3 razy w biegu ale mety też nie osiągnął. A to jakaś kontuzja, a to słabość w głowie (jak u mnie). Tym sposobem (motywacyjnym) bieg w końcu zaczyna iść. Mijam kolejne punkty trasy – w znaczeniu szczyty, rozwidlenia dróg. Przy okazji trasa opisana, oznaczona perfekcyjnie. Są chorągiewki, a co ważniejsze wszędzie tak gdzie należy skręcić jest człowiek, który pilnuje by nie pobłądzić. Tak można biegać, zero stresu że zabłądzę.
Dobiegam na kolejny szczyt – pytam ile do punktu. 8 km brzmi odpowiedź, a godzina do limitu. Adrenalinka robi swoje. O ile do tej pory raczej szedłem to tu zaczynam ostrzej drzeć do przodu, z gór o dziwo zbiegam korzystając z kijków! Tempo ładnie rośnie, przemieszczam się do przodu. Niestety to już odcinek nawiedzony przez turystów. Owszem w większości ładnie przepuszczają, pozdrawiają i kibicują ale jednak spore zwolnienie jest. Trzeba czasem poczekać na swoje miejsce na szlaku.

Finalnie limit dogonił mnie chwilę przed Kasprowym Wierchem. Chyba jestem ostatni w tym miejscu, po mnie raczej już nikogo nie ma – idą ludzie zamykający trasę, zbierający chorągiewki. Oddaję chip, numer i podchodzę na szczyt. Jest po biegu 🙁 41 kilometrów z 71 pokonane.

Szkoda. Patrząc na mapkę zrobiłem sporą część trasy. Gdybym mobilizację z końcówki miał od początku to mogłoby to wyglądać inaczej. Czy starczyłoby jednak czasu-sił na 71 km nie wiem. Boję się, że nie. Braki w przygotowaniu były jednak widoczne.
Z drugiej strony gdyby limity były luźniejsze (jak na wielu innych biegach) to pewnie metę spokojnie bym osiągnął.

Na szczycie Kasprowego mam dylemat co z sobą zrobić. Nie jestem na punkcie odżywczym iść do niego to jeszcze kawałek (a czy coś dadzą jak nie mam numeru?). Sędziowie podpowiadają, że można tu zejść szlakiem w dół albo zjechać wyciągiem.
Do wyciągu chmara narodu i okazuje się, że aż tyle pieniędzy nie mam więc napiłem się zakupionej wody i zaczynam schodzić w stronę cywilizacji – Kuźnic. Masakra. Ciągle w dół po tych kamiennych schodach. Wolno, trzeba uważać bo ślisko (moje buty coś jednak na kamieniach nie robią szału). 50 min w dół zielonym szlakiem, rozwidlenie do Kuźnic kolejne 1:40.
Zmuliło mnie co to za Kuźnice (bo to w miarę blisko od mojej kwatery) boję się kupić sobie coś do pica (a mijam jakieś schronisko) by mi nie zabrakło pieniędzy na ewentualnego busa. Idę i mam coraz bardziej dość. Szczęśliwie spotykam na trasie 2 osoby, które sędziowały. Wnioskuję to z ich rozmowy i pytam czy nie mają cokolwiek do picia. Szczęśliwie miały i trochę wody mi dały W ich towarzystwie dochodzę w okolice mety (bo własnie w Kuźnicach była ona zlokalizowana). Tu przypominam sobie, że w sumie to jakieś 20 min od mojego lokum więc idę dalej. Finalnie zanim wróciłem do domu to zrobiłem jeszcze kolejne 10 km.

Cóż wiele do dodania nie ma. Byłem, bieg widziałem i uczestniczyłem w nim. Czy chciałbym wrócić i go pokonać? Pewnie. Czy to jednak zrobię to nie wiem. Trzeba by znów robić punkty kwalifikacyjne. Zobaczymy, w tym roku odpocznę już od ultra, co będzie dalej zobaczymy.

Od strony sprzętowej napisze może coś więcej w kolejnej relacji by było wiadomo co warto mieć a co nie (no i jak się sprawdził mój sprzęt). Zdrowotnie w sumie ok. Nawet nóg mocno nie zniszczyłem. W znaczeniu stóp, bo może z 2 bąble miałem no i 1 paznokieć straciłem. Ale to bardziej przez swoją głupotę, w Zakopanem łaziłem w niezbyt wygodnych butach i już tu go naruszyłem.

Jestem biegaczem tragicznym

I nie chodzi tu tylko 😉 o styl i osiągane rezultaty. Bardziej widzę to w pewnej analogii do tzw. bohatera tragicznego. Kto w szkole się uczył to pewnie kojarzy, kto mniej to sobie w necie wyszuka.
A czemuż to? A temuż bo finalnie dokonały się wybory moich tegorocznych startów 🙂

Starty „poboczne” nie są żadną wielką nowością. Pobiec chcę w nocnym Biegu Szerszenia, Biegu na Wielką Sowę, Międzynarodowym Biegu w Twardogórze i pewnie na koniec roku w Biegu Niepodległości w Świerkach. To takie moje standardy. Niewiele, ale powoli przechodzi mi szał startowanie wszędzie gdzie się da.

Swoją energię i skupienie poświęcę jednak startowi, który jest spełnieniem moich biegowych marzeń – w sierpniu wezmę udział w Biegu Ultra Granią Tatr.

No właśnie. I tu zaczynają się obawy związane z moim „tragizmem”.

Biegiem już sporo lat, zawsze jednak wielkie zamierzenia, nie do końca mi się udawały.
Pokonałem kilka maratonów, ale nigdy przygotowany tak jak trzeba (maratonowi jeszcze nie odpuściłem ale chcę pobiec wtedy gdy będę sam wiedział, że zrobię czas poniżej 4 godzin albo sporo lepiej).
W 2015 roku szykowałem się do Biegu Rzeźnika. Chyba jednego z ostatnich na „klasycznej” trasie. Szczęście miałem w losowaniu, a później porażka na całego. Najpierw wymiękł mi partner, udało się znaleźć zastępstwo to …tydzień czy dwa przed biegiem ja rozwaliłem nogę, tak, że szans na bieganie nie było żadnych.
Do BUGT pierwsze podejście zrobiłem w 2017 r. Wtedy też szczęście w losowaniu się do mnie uśmiechnęło ale.. organizatorzy odrzucili jeden z moich biegów kwalifikacyjnych. Strasznie mnie to rozwaliło :/ (przy okazji to biegi były ok, nie miałem jednak wiedzy jak to udowodnić. Teraz tą wiedzę mam i przeszło).
Później to szło już raz lepiej, raz gorzej. Kto czyta bloga to mniej więcej wie, że toczę walkę z psychiką, dyspozycją fizyczną itd. Niemniej jestem raczej w dole niż na topie formy. W tej niezbyt korzystnej sytuacji zdecydowałem się jednak zawalczyć kolejny raz o bieg, który nakręca mnie od lat. I udało się.

Wcale przez to nie jest łatwiej. Targają mną wątpliwości.
Czasu wcale nie ma dużo by dojść od biegania 80 km na miesiąc do pokonania 80 km w jeden dzień, w Tatrach. Powiedzmy 5 miesięcy. Trzeba będzie solidnie schudnąć (ale.. z umiarem nie zabijającym formy). Wymyślić trening, który da jak najwięcej, przy czym nie doprowadzi mnie do jakiejś kontuzji w kluczowym momencie. Ech, sytuacja bez wyjścia.

Pewnie wielu by odpuściło, poczekało na lepszy czas… pewnie sam bym tak wielu doradzał. Ale.. nie mam już czasu na czekanie. Chociażby z dwóch poniższych powodów:
– szczęścia w losowaniu po raz trzeci mogę już nie mieć,
– w sumie to… nie chce mi się biegać ultra. Nie zrozumcie mnie źle 🙂 Bieganie ultra jest fajne ale jeśli nie wystartuję teraz to przedawnią się moje biegi kwalifikacyjne i będę je musiał robić od nowa. To niełatwe, zwłaszcza gdy, z perspektywy czasu, doszedłem do wniosku, że poginanie samemu w środku nocy, w lesie i decydowanie czy skręcić w lewo czy w prawo (gdy wcale nie wiesz, która droga jest ok) już fajne nie jest 🙂 Takich biegów na ten moment już nie planuję. Góry, lasy ok ale raczej w dzień, w towarzystwie przynajmniej „wizualnym” ludzi/biegaczy.

Cóż. Wyboru wiec nie ma. Zrobię wszystko co w mojej mocy by tego nie zepsuć. Wiem, że szanse są… żadne, ale jednak walka do końca musi się odbyć przynajmniej, jeszcze ten jeden raz.