Archiwa tagu: relacja

City Trail Wrocław 2018/19 – Podsumowanie Zawodów

Tak wyglądały tegoroczne medale.

Aktualny (2018-2019) cykl City Trail we Wrocławiu oficjalnie można uznać za zakończony.
26 marca 2019 odbyła się uroczysta gala podsumowująca wydarzenie. Opisano w liczbach to co udało się dokonać ekipie organizującej jak i biegaczom, rozdano nagrody.
O samej uroczystości wiele pisał nie będę bo była udana 🙂 Czas na niej minął mi szybko, dłużyzn nie było czyli wszystko ok. Krótko za to podsumuję moje dokonania w tegorocznej edycji biegu.

W bieżącym sezonie wystartowałem w 5 biegach z łącznej liczby 6. Zanotowałem w nich takie wyniki:
Bieg 1. Czas: x Miejsce generalnie: x (nie startowałem)
Bieg 2. Czas: 23:08 Miejsce generalnie: 229/581
Bieg 3. Czas: 23:53 Miejsce generalnie: 253/519
Bieg 4. Czas: 24:02 Miejsce generalnie: 248/486
Bieg 5. Czas: 23:28 Miejsce generalnie: 255/493
Bieg 6. Czas: 27:20 Miejsce generalnie: 259/374

Poza kompletnie nieudanym biegiem nr.6 w reszcie zawodów prezentowałem dość wyrównany (chociaż oczywiście nie najlepszy) poziom. Po szybkim porównaniu z biegami z poprzednich edycji widzę, że czasy miałem podobne do biegów w 2016/2017 i lepsze trochę niż w 2017/2018. Biegałem jednak równiej i w bieżącej edycji zanotowałem swój najlepszy wynik – 23:08 Porównując do edycji jeszcze starszych poprawa czasowa jest spora bo wtedy większość rezultatów oscylowała w zakresie 25-27 min. Niby nieźle, zdaję sobie sprawę jednak, iż stać byłoby mnie na dużo więcej gdyby poparte było to solidnym treningiem.
W każdym razie bieżąca dyspozycja pozwoliła mi na osiągnięcie rezultatu finalnego:
Miejsce 196 z 301 klasyfikowanych. W kategorii M40 – 41 z 79

Kategoria M40

Jako ciekawostkę podam zajęte przeze mnie miejsca we wszystkich cyklach.
Wyliczyłem też % miejsca jaki to dało mi w całości biegaczy (100% to najgorzej)

Miejsce 196/301 2018/2019 (65% stawki)
Miejsce 192/307 2017/2018 (63% stawki)
Miejsce 177/285 2016/2017 (62%stawki)
Miejsce -/- 2015/2016 (nie startowałem)
Miejsce 172/211 2014/2015 (81% stawki)
Miejsce -/- 2013/2014 (nie startowałem)
Miejsce 75/81 2012/2013 (93% stawki)

Odrzucając stare, słabe wyniki widać, że lokuje się w drugiej połowie stawki przy czym dużą ciekawostką jest fakt, że poszedł do góry ogólny poziom biegu. Musicie mi uwierzyć na słowo ale patrzyłem na swoje czasy i o ile w 2018/2019 miałem je lepsze niż w 2 poprzednich latach to widać, że i tak % poleciałem w dół.

Cóż. Ogólnie należy cieszyć się, że udało się zaliczyć sezon. Mogło być lepiej (jak zwykle :)) niemniej jak na przygotowanie to wstydu nie ma.

Zawody biegowe z ostatnich 2 miesięcy

Pod tym nijakim tytułem chciałbym zamieścić króciutkie relacje z ostatnich 3 zawodów w jakich biegałem. Dawno to było i nie sądzę by pełny opis miał jakiś wielki sens w tym momencie.
Ot, wpis bardziej dla mnie bym pamiętał w kolejnych latach jak mi szło.
Uważni czytelnicy z pewnością wyczają, że w większości tych biegów startuję cyklicznie więc ciężko też oczekiwać jakichś mega rewelacji organizacyjnych (kto ciekawy to poczyta relacje z ubiegłych roczników).

13/08 – 8 Bieg na Wielką Sowę
Wielka Sowa była ostatnim moim biegiem w którym wystartowałem jeszcze w miarę przygotowany.  Owszem, ze sporym niedosytem (co do formy) ale jeszcze przed finalną katastrofą.
Trasę znam więc tym razem zacząłem dużo spokojniej. Nie chciałem spacerować już po pierwszym kilometrze. Oczywiście podejścia były ale taktycznie nie skiepściłem 🙂 W końcówce dystansu miałem jeszcze siły by biec.
Oficjalnie: 01:06:06. Miejsce 383.

Regatta 8 Bieg na Wielką Sowę
Regatta 8 Bieg na Wielką Sowę

10/09 – 35 PKO Wrocław Maraton
Już na starcie nie miałem złudzeń. To nie może się udać. Pewnie człowiek ma nadzieję – a może… no ale realnie się nie da. No nie ma szans.
We Wrocławiu wiedziałem, że jestem dużo za ciężki, od dawna nie biegałem długich wybiegań a i ogólny kilometraż słabiutki. Dodatkowo osłabienie po operacji i było wiadomo, że będzie spacer. Był. Po 25 kilometrze wyszły braki przygotowanie i nogi odmówiły posługi. Zwyczajowo szedłem, podbiegałem i tak do mety. Tragicznie wyszło:
04:42:33. Miejsce OPEN 3776.
Przez czas moich treningów maratonu nie pobiegłem jeszcze dobrze (ok, jeden Orlen miałem prawie ok), we Wrocławiu zaś nie błysnąłem nigdy. Podjąłem więc postanowienie, że kolejny start na tym dystansie będzie dopiero wtedy gdy będę pewien, że przełamię 4 godziny (marzy mi się kiedyś mniej niż 3). Obie opcje chyba będą nieprędko 🙂

35 PKO Wrocław Maraton
35 PKO Wrocław Maraton

17/09 – XXIII Bieg Uliczny w Twardogórze.
Jedno z moich ulubionych 10 km. Zawsze w miarę leciałem, szczęście miałem też do losowań 🙂 W 2017 nie mogło mnie na starcie zabraknąć.
Po maratonie byłem wypompowany tak, że nie udało się już nic potrenować. Poleciałem więc spontanicznie wierząc, że 10 jakoś wymęczę. Pewnie gorzej niż rok temu ale może nie tragicznie. Wiara i logika mówiły mi, że po około 05:00 może wytrzymam.
Pierwsze 3 km zrobiłem nawet trochę lepiej (bliżej 5 ale 4 z przodu :)). Później spadło do około 05:15.
Finalnie: 50:48. Miejsce 54. Na osłodę znowu udało mi się wylosować drobiazg po biegu 🙂

XXIII Międzynarodowy Bieg Uliczny w Twardogórze
XXIII Międzynarodowy Bieg Uliczny Twardogóra

Supermaraton Gór Stołowych – 01/07/2017

Supermaraton Gor Stolowych

Supermaraton Gór Stołowych – 01/07/2017

Supermaraton miał być takim moim biegiem na poprawę humoru 🙂 po nieudanych losowaniu na Bieg Ultra Granią Tatr. Całkiem fajny dystans, blisko mnie więc odpada skomplikowane logistyka. Nie myślałem długo tylko szybciutko się zapisałem i pozostało szlifować formę 🙂
Z tym szlifowanie to wyszło coś słabo ale nie uprzedzajmy faktów 🙂

Zapisy na bieg jak i wszelkie informacje o nim można znaleźć na oficjalnej stronie wydarzenia:

Supermaraton Gór Stołowych

Sporo informacji podają również organizatorzy na swoim FB więc ciężko cokolwiek pomieszać, zapomnieć.

Czas płynął … a przygotowania szły słabo. A to problemy zdrowotne, a to kiepski trening. Dość powiedzieć, że w 2017 r.  tylko dwa razy przebiegłem dystans 20 km (z czego raz po górach). Co gorsza krótsze biegi też były niezbyt często. Im bliżej było do SGS tym większy czułem niepokój. Cóż, nie jestem jednak osobą, która poddaje się bez walki (przynajmniej w bieganiu :)) więc bieg był aktualny.

Dzień przed startem udałem się z moją Małżonką do Pasterki by odebrać pakiet. Sporo było już ludzi na miejscu ale obsługa sprawna i miła. Wszystko migiem załatwiliśmy.
Sam pakiet natomiast więcej niż rozczarowuje. Były w nim… 3 ulotki innych biegów, mapa trasy, żel i baton energetyczny. Yyyy… no jak na wydaną kasę trochę ubogo. Tym bardziej, że cenowo zawody nie odbiegały od innych ultra (nawet trochę dłuższych). Tutaj minus dla organizatorów.

SGS 2017 Pasterka
Pasterka – ale napis można odnieść do wielu gór. Coś w sobie mają, że chce się w nie wracać

Niedzielny poranek to już standardowe przygotowania. Pobudka, sprawdzenie sprzętu i ubieranie się w startowy strój.
Ponieważ w dzień biegu nie dało się dojechać autem na start to czekał mnie około 2,5 km spacerek z sąsiedniej miejscowości. Jednym słowem taka rozgrzewka przez właściwym wysiłkiem 🙂 Ultrasów szło sporo, nie można było się zgubić.
Na miejsce przybyłem nawet sporo wcześniej, ale dołożywszy postój w kolejce do kibelka, czas był ok. Spiker ubarwiał pozostałe minuty różnymi gadkami, więc 20 min czekania poszło szybciutko, ostatnie rozciągnięcie, poprawa butów i poszli 🙂

SGS 2017 Start biegu
Widoczek na Start

Ilość ludzi startujących w SGS dość spora, chociaż z tego co widziałem wolne pakiety były aż do końca. Oznaczało to, iż etap do pierwszego punktu odżywczego nie pozwalał na żadne szaleństwa. Było za ciasno na trasie by wyprzedzać, przyśpieszać. W mojej części peletonu wszyscy spokojnie przesuwali się do przodu. Nawet trafiłem z tempem i nie męczyło mnie to.
Po pierwszym wodopoju poszło już sprawniej. Ludzi gdzieś ubyło, rozciągnęła się stawka. Tu biegłem już raczej sam, od czasu do czasu widząc biegaczy z przodu, czy tyłu.

Mały przerywnik o pkt. odżywczych i trasie. Jadłodajnie były tam gdzie powinny (dla mnie to ważne, nic tak nie boli jak wyliczyć sobie, że punkt powinien być a jest do niego dodatkowe 2 km :)). Wyposażone w wodę, izo (od 3 czy 4 w colę). Do zjedzenia arbuzy, pomarańcze, rodzynki, orzeszki i żelki. Obsługa miła i życzliwa.
Trasa bardzo dobrze oznaczona. Wstążki, tabliczki, malunki na ziemi. Ciężko się zgubić i to doceniam.

Jakoś po 20 kilometrze (no może bliżej 30) moje bieganie zakończyło się. Wyszły braki przygotowania i więcej zacząłem iść niż biec. Utrudnieniem była na pewno trudna, techniczna trasa, Strome podejścia wiadomo spacerkiem, ale i zbiegi były trudne. Duże nachylenie, kamienie, korzenie, błoto. Niestety biegacz mojej klasy nie mógł tu za wiele nadrobić i w dół szło też wolno.
Bliżej Błędnych Skał wystąpiła nietypowa jak na tą imprezę sytuacja (podobno pierwszy raz) czyli mocny deszcz 🙂 Dodatkowo utrudniło i zwolniło to nijaki bieg.
Braki kondycyjne + trasa, zaczęły skutkować skurczami mięśni (podobnie jak na Piekle Czantorii). Co mocniej spiąłem nogę to czułem, że moment i mnie złapie mega skurcz łydek. Z tego powodu od czasu do czasu próbowałem rozruszać mięśnie lekkim masażem no i zmiennością ruchu. Jakoś to szło ale moment katastrofy był blisko 🙂

45 km, blisko już do końca. W tym momencie zacząłem mieć stres czy nie będzie to pierwszy bieg, którego nie ukończę. Na punkcie przy Błędnych Skałach zameldowałem się jakieś 10-15 min po terminie. Składali się już powoli ale mata pomiarowa chodziła. Uff… Szybka cola i napieram dalej. Za mną już ostatki stawki więc starałem się rywalizować chociaż z tymi z tyłu. Czułem, że ktoś zwiększa tempo, bo stukot butów coraz bliżej. Niestety dziewczyna wyprzedziła mnie i szybko znikła z horyzontu. Za mną (w zasięgu wzroku) pozostał zawodnik z kijkami. Zmęczony chyba jak i ja bo mimo, że tylko szedłem nie dał rady mnie dojść.
Do walki zerwał się przed samym Szczelińcem. Na asfalcie ruszył do biegu i nawet mnie wyprzedził mimo, że i ja starałem się podbiegać. Jednak to był już jego finalny zryw. Przed schodami zaczął sobie szykować kijki i tu wyszedłem na prowadzenie. Niesiony wizją klęski (3 min do limitu) i dopingiem schodzących z góry ostro ciągnąłem do mety. Ostatnie metry, próba niezgrabnego biegu (jeszcze z 10 metrów i by mnie skurcze rozwaliły) ale dałem radę. Ufff….  Tego z tyłu wyprzedziłem o jakieś 40 sekund.

SGS 2017
Prawie koniec. Jeszcze tylko 665 schodów na Szczeliniec. Ale jak fajnie, że są moi kibice.

Dobiegłem na pozycji 383 (3 osoby jeszcze za mną się zmieściły w czasie). Wynik 09:06:05 netto. M40-135.

Wielkiej celebracji nie było. Wziąłem medal, zjadłem kilka pomarańczy (na mecie było do jedzenia tylko to co na punktach trasowych), rozmasowałem sobie solidnie łydki, fotka gór ze szczytu i można było schodzić w dół do rodziny.

SGS 2017 Meta
Widoki na Góry Stołowe z mety

Cóż. Bieg ciężki. Ciężki dodatkowo na moje życzenie bo zrobiłem go raczej siłą woli niż treningiem. Mam złe przeczucie, że kilka następnych zawodów będzie wyglądać podobnie – czasu już do nich mało i wiele nie nawojuję. Poddawać się jednak nie można, zobaczymy jak to będzie.

 Czy SGS polecam innym? Hmm… ogólnie tak. Sportowo bieg dobrze zorganizowany. Trasa ciekawa mimo, że ciężka. Jeśli jednak lubicie pamiątki (pakiety) to będzie słabo. Raczej impreza nie dla Was.

 

4 Bieg Szerszenia (Nocny Bieg Świętojański) – 24/06/2017

4 Bieg Szerszenia

Kolejny z moich „cyklicznych” biegów. Startowałem we wszystkich poprzednich edycjach więc pewną skalę porównawczą już mam. I co do organizacji imprezy i co do mojej bieżącej formy 🙂

W zeszłorocznym wpisie szerzej opowiadałem o powiedzmy umownie „logistyce” więc by nie dublować zapraszam do relacji:
3 Bieg Szerszenia – 2016

Tutaj krótko zwrócę uwagę na różnice i opiszę szerzej nowość jaką był Bieg Małego Szerszenia (dla dzieci).

BIEG MAŁEGO SZERSZENIA
W lokalnej gazecie wyczytałem, że przed właściwym biegiem odbędą się zawody dla najmłodszych (w połowie soboty). Darmowe wpisowe i możliwość wylosowania nagród brzmiała całkiem zachęcająco więc zmotywowaliśmy naszego bąka do startu.
Na miejsce imprezy dotarliśmy o 15:10. Spora kolejka rodziców/dzieci i średnio szybkie ruchy Pań z obsługi spowodowała, że staliśmy przed Biurem Zawodów do 15:40. Strasznie wolno to szło 🙁 i nawet miałem przez moment obawy czy na pewno zdążą nas wpisać przed startem. No ale ok, udało się. Dostaliśmy numer, soczek, wafelek i można było myśleć o bieganiu.

Rozgrzewka przed Biegiem Małego Szerszenia
Rozgrzewka przed Biegiem Małego Szerszenia

Przed zawodami dzieci zostały zaproszone na druga połowę stadionu gdzie była rozgrzewka i po chwili spacer na miejsce startu. Ustawianie się, ostatnie komendy i … poszli 🙂 Maluchy walczyły dzielnie. Na mecie na wszystkich czekały pamiątkowe medale.

Bieg Małego Szerszenia - start
Start najmłodszych

Po „juniorach” pobiegły jeszcze 2 kategorie dzieci starszych, a później były zawody rodzinne dla najmłodszych (maluszki wraz z rodzicami pokonywały tor przeszkód).
Moment dekoracji przyszedł dość szybko. Albo dzięki dobrej sportowej postawie, albo słabemu ogarnianiu mety przez organizatorów 🙂 🙂 Syn mój zdobył 3 miejsce w klasyfikacji grupy 1 (czyli dzieci 5-7 lat). Wow! Szacun, ja jeszcze na podium liczyć nigdzie nie mogę. Było to dla nas kompletne zaskoczenie i miła niespodzianka.

Bieg Małego Szerszenia - dekoracja
Dekoracja zwycięzców kat.1

Gdy już zakończono dekoracje zwycięzców wszystkich kategorii miało rozpocząć się losowanie gadżetów dla wszystkich dzieci. I tu kompletna klapa organizatorów 🙁 No nie poradzili sobie w ogóle z tym. Skończyło się tak, że te dzieci co pchały się w przód potrafiły dostać po 3-4 nagrody a maluchy (jak nasz np. ale żeby nie było – takich jak on było sporo) nic 🙁 Były płacze i nerwowo biegający rodzice by wydrzeć cokolwiek z resztek i dać swojemu dziecku.
Wg. mnie najsprawiedliwiej by było wywoływać dzieci po numerach, dawać losowo gadżet, odhaczać na liście itd. Poszłoby sprawnie i sprawiedliwie (Szerszenie różności mieli tyle, że dla wszystkich dzieci by starczyło, „losowanie” było zbyteczne). A tak pisząc wprost – strata godziny na stanie w pełnym słońcu i rozczarowanie dla najmłodszych.

4. BIEG SZERSZENIA
Właściwy bieg jak zawsze miał rozpocząć się o 21:00. Około 19:50 podjechaliśmy z Żoną pod Aquapark Atola, zaparkowaliśmy i udaliśmy do Biura Zawodów. Tym razem poszło sprawniej. Nie było kolejki, szybko odebrałem pakiet (zamiast koszulki w tym roku był buff, z którego skorzystałem instalując go na głowę – bo gorąco i nie chciałem by pot zalewał mi oczy).
Około 20:30 zacząłem rozgrzewkę no i się poleciało 🙂

Bieg Szerszenia - oczekiwanie na start
Bieg Szerszenia – oczekiwanie na start

Na trasie była mała niespodzianka bo pierwsze okrążenie poprowadzono troszkę inaczej. Chyba od początku biegu nie było roku by biec tak samo. Zawsze coś zmienią 🙂 Hmm… mi to nie przeszkadza zbytnio, ale dla fanów poprawiania wyników to jednak kłopot. Ciężko się porównać do poprzednich lat 🙂

Bieg Szerszenia - walka na trasie
Bieg Szerszenia – walka na trasie

W 2017 r. 10 km trasę pokonałem w 00:50:15 i zająłem 96 miejsce w OPEN. M40-30, Miasto-32. Co by nie pisać gorzej niż rok temu (wtedy było około 47 min) ale zgodnie z tym co się spodziewałem.

Po biegu Żona powiedziała mi, że zwyczajowy piknik ma być około 23:00. By nie siedzieć tyle mokrym i śmierdzącym 🙂 pojechaliśmy do domu, by wrócić, po prysznicu, na imprezę. Nie załapałem się w skutek tego na pokazy teatru ognia (nietypowo pod sceną amfiteatru a nie na grillu) ale ok, przeżyję 🙂
Przybyliśmy idealnie. Gdy zjadłem to do grilla zrobiła się taka kolejka, że niektórzy stali prawie do 01:00… To bym jakoś proponował ulepszyć bo limity biegaczy większe, a obsługa nie szybsza.
Cóż. losowanie fantów dużo sprawniejsze niż przy dzieciach –  wiadomo dorośli się nie pchają. Wylosowałem nawet coś i zadowolony mogłem spacerkiem udać się do domu.

PODSUMOWANIE
Niezbyt wiem co powiedzieć. Bieg lokalny, u siebie więc pewne rzeczy się wybacza, ale dla przyjezdnych bieg dzieci i dorosłych mógł budzić pewien niedosyt. Mimo wszystko polecałbym organizatorom popracować by za rok było lepiej.

5 PKO Nocny Wrocław Półmaraton – 17/06/2017

5 PKO Półmaraton Wrocław

To już mój kolejny półmaraton we Wrocławiu. Bieg „kultowy” co nie do końca pojmuję, ale widać się nie znam 🙂 Wariactwo na jego punkcie jednak sięgnęło sporych rozmiarów w tym roku i chcąc pobiec należało szybko się zapisywać i jeszcze szybciej płacić.
Widać organizatorzy trafili w gusta biegaczy i to należy pochwalić 🙂

5 PKO Półmaraton Wrocław
Ciekawe medale w tegorocznej edycji

Mnie najpewniej skusili wizją podstawki na 4 medale, jaką mam chęć dostać, po zaliczeniu jeszcze maratonu we wrześniu. Później uroczyście obiecuję, że z Wrocławskim bieganiem zrobię sobie chwilową przerwę, bo w poprzednich edycjach zawsze coś mi nie szło. A to forma nie ta, a to pogoda tragiczna (tropikalne upały w zeszłym roku na maratonie). Po co się mordować :).

No ale przechodząc do sedna 🙂 Pełnego opisu nie widzę tu sensu zamieszczać bo w wielu kwestiach musiałbym skopiować notkę z 2016r. Dla ciekawych spraw organizacyjnych zapraszam do poprzedniej relacji
Wrocław Półmaraton 2016

Tu postaram się poruszyć ewentualne różnice co do edycji 2016 i swoją ocenę mojego biegu.

  1. Pakiety. Podczas odbierania pakietu w tym roku spotkało mnie coś co było dla mnie absolutną nowością. Negatywną niestety.
    Kolejek wielkich nie było. Przede mną stała jedna Pani i okazało się, że wolontariuszka nie może znaleźć jej numeru startowego. Zaczęło się zamieszanie, grzebanie. Ochotniczka pytała kogoś level wyżej co robić i po naradzie kazali nieszczęsnej kobiecie iść do pkt. informacyjnego.
    Zadowolony podchodzę do „okienka” i co? I mojego też nie umie znaleźć 🙁 Ekstra! Ze mną już jej poszło szybko, od razu mi kazała iść w to samo miejsce.
    Trochę się tam miotali, chodzi, sprawdzali i radzili co robić. Finalnie zostaliśmy przeproszeni za to zdarzenie i zdecydowano o przydziale nowych numerów. Musiałem niestety wypisać od nowa kartkę zgłoszeniową, ale już później wszystko poszło ok. Sprawnie i bez przeszkód.
  2. Przed startem. Ponieważ rok temu sporo było osób zdecydowałem się wyjechać dość szybko na miejsce startu. W okolicach stadionu byłem około 20:40-20:50, Było to bardzo dobre posunięcie bo miejsca parkingowe już się kończyły. Z 10 min. później i miałbym spory kłopot gdzie stanąć.
    „Masę” biegaczy widać było bardzo dobrze na alejce startowej. Tłok naprawdę spory co widać na fotce.

    5 PKO Półmaraton Wrocław
    Alejka startowa. Robi wrażenie ile ludzi albo wkurza ile ludzi 🙂

    Nie do końca jednak rozumiem po co te strefy startowe wymyślają we Wrocławiu skoro ich nie pilnują. Orlen jakoś potrafi wyegzekwować kto ma gdzie stanąć. Tu wolna amerykanka. Ludzie idą, przód- tył, wchodzą i wychodzą. Moja strefa to 01:50-02:00. Wokół byli chyba wszyscy z innych. Ale ok, ludzie jak mogą to robią zamieszanie. Niedopuszczalne za to by zamieszanie robili zające (= niejako przedstawiciele organizatora). Po chwili minęli mnie ci z 02:00 idąc do przodu, a za moment  ci z 02:20 :/ Zreflektowali się jednak i wycofali. Naród, który kroczył za nimi już nie.

  3. Na trasie. Trasa półmaratonu z tego co kojarzę ta sama, lub bardzo podobna. Fajna, prosta technicznie. Większość po płaskim lub leciutko z górki. W połączeniu z korzystną pogodą (chłodno, bez opadów) leciało się więcej niż przyjemnie. Nie wiem czy organizatorzy ją jakoś lepiej wygrodzili ale mimo wielkiej ilości ludzi biegło się dobrze. Nie było jakichś masakrycznych zwężeń gdzie traciłbym przez wolniejszych. Wszędzie dało się zmieścić i ewentualnych maruderów ominąć.

    Inna inszość, że przez mix stref zwłaszcza na początku dużo osób szalało. Lecieli dużo szybciej wyprzedzając lub z drugiej strony blokowali innych spacerowicze biegnący po 3 w rzędzie. Takie manewry trochę niebezpieczne przy 10 tyś ludzi.
    Punkty odżywcze prawie ok. Prawie bo na pierwszym po cukrowych pastylkach nie zostało nawet wspomnienie 🙂 Na kolejnych był i cukier i owe pastylki też złapałem. Woda i izo bez problemów. Dużo, spokojnie się je brało.
    Bieg umilały stanowiska muzyczne oraz piękne iluminacje Mostu Grunwaldzkiego i wcześniejsze lasery na budynkach. Pod względem „turystycznym” jak ktoś takiego biegu nie widział to warto wziąć udział dla samego tego.
    Miłym zwieńczeniem biegu był również finisz na Stadionie Olimpijskim. Wpadało się na oświetloną część przy kibicach siedzących na trybunach. Pozytywnie.

  4. Po biegu. Zdecydowanie lepiej niż rok temu. Mimo, że ludzi więcej nie było to tłoku, korków, smrodku z toi-toi i egipskich ciemności. Sprawnie i z kultura szło się w przód by wziąć medal, wodę, izo, banana i folię termiczną.
    Nie doczytałem w regulaminie czy dawali w tym roku coś jeść ale, że pora niezbyt nastrajała na konsumpcję to odpuściłem i z Żonką pojechaliśmy już do domu.
  5. Forma … na piątkę 😉 No niestety nie.
    Ogarniam się bardzo powoli. Dłuższe i regularne treningi dopiero zacząłem w tym roku. Nadwagę mam sporą (ciągle koło 91 kg) i to czuć. Nie spodziewałem się cudów, ba bałem się bym na trasie nie szedł! Szczęśliwie aż tak źle nie było.
    Strefę dobrałem dobrze do moich możliwości. Bieg w tempie około 05:28 wg mojego Suunto utrzymałem do końca, nawet notując w końcówce lekkie przyśpieszenie. Tą minutkę, dwie pewnie bym urwał ale to na pewno nie to co rok temu. Ciągle długa droga przede mną.
    Zadowolony jestem za to, że nie było nic złego z nogami (skurcze, bąble). Tętno też raczej w strefie względnego komfortu bo nie był to jakiś maks, bym na mecie się przewrócił czy słabł (jak pisałem  rezerwy jeszcze miałem).

    5 PKO Półmaraton Wrocław
    Takie tam przed startem bo na foty z trasy ciągle poluję

    Finalnie. W Półmaratonie zająłem miejsce OPEN 5618/9893  z czasem 01:58:41. Kategoria mężczyzn – 4736, M40 – 1521.

 

II Bieg Sylwestrowy (Jelcz Laskowice, 31-12-2016)

II Bieg Sylwestrowy

II Bieg Sylwestrowy (Jelcz Laskowice, 31-12-2016)

Zawody, to zawody 🙂 Niby pobiegać można i na treningach ale chęć sprawdzenia się ciągle kusi. Mimo, że nie planowałem biegać żadnych zawodów (poza City Trail-em) to jednak złamałem się i zapisałem na 2 Sylwestrowy Bieg w Jelczu Laskowicach.
Poza walorami sportowymi, Jelcz skusił mnie również lokalizacją  (bo blisko) i ceną (bo taniej niż w Trzebnicy). Podobnie uznało chyba wielu biegaczy, bo w Jelczu finalnie wystartowało około 650 zawodników. Część na 10 km, część na 5 km, byli też zawodnicy nordic-walking (5 km).
W szczegółach tak korzystny bieg wyglądał zaś tak 🙂

Zapisałem na tą 10-kę się w okolicy świat korzystając z formularzy podanych na stronie organizatora (dokładniej to na stronie firmy mierzącej czas w tym biegu).  Wielkiej trudności tu nie było, chociaż przyzwyczajenie do Data Sportu swoje robi i wszystko co inne budzi pewne obawy. Poszło jednak sprawnie, opłaciłem wpisowe no i można było szykować formę.

Na same zawody przyjechałem z rodzinką około 1,10 godziny przed startem. Był to w sumie dobry czas. Spokojnie zaparkowaliśmy w miarę blisko od ośrodka sportu (gdzie było biuro zawodów). Chwilę później aut było już sporo i byłoby więcej kłopotu.
Pakiety wydawano sprawnie. Organizatorzy posegregowali zawodników alfabetycznie i nawet to poszło. Mimo dużej liczy biegaczy wielkiego tłoku nie było.

Sam pakiet szału nie robi. Numer, izotonik, jakiś energy boost (do rozpuszczania w wodzie) i kalendarz na 2017 r. Niby nie mało ale jakoś mnie to nie porwało 🙂

Jako, że wszystko poszło sprawnie to zostało nam sporo czasu do startu. Ponieważ w sylwestra był spory mrozik, to pokręciliśmy się z Żoną po sklepach. Raczej by się zagrzać niż coś kupić 🙂 Ludzi zresztą wszędzie tłum jak przy końcu świata.

2 Bieg Sylwestrowy
Prezentacja dla fotoreporterów 🙂

Kiedy zrobiło się około 10:40 zacząłem rozgrzewkę. Trochę stacjonarnych rozciągnięć, trochę biegu i pozostało czekać na start. Jeśli ktoś chciał to DJ + organizatorzy zachęcali do wspólnego rozgrzewania się.  Ja takie atrakcje jednak omijam by nic sobie nie nadwyrężyć wymyślnymi wygibasami 🙂

Co do założeń taktycznych na sam bieg to nie oczekiwałem po nim zbyt wiele. Że nie wykręcę życiówki to byłem pewny. Bardziej bałem się by nie wypaść jakoś tragicznie. Z tego powodu uznałem za satysfakcjonujący czas około 50 min. Jak to u mnie bywa plany skorygowały się same na trasie (niewiele bo niewiele ale jednak).

Po starcie wyszło, że pierwszy kilometr wpadł w około 04:42. Kolejne robiłem również poniżej 05:00 (jakoś po 04:53). Dopiero od 7 kilometra zacząłem odczuwać słabszą formę i zwolniłem do 05:00-05:05.

2 Bieg Sylwestrowy
Na trasie. To białe to nie pielucha 🙂 a numer startowy

Trasa biegu nie była specjalnie wymagająca. W większości po płaskim, lekkie sfałdowania terenu nie wpływały na tempo.  Trochę mogła przeszkadzać nawierzchnia. Biegło się bowiem po kostce chodnikowej, asfalcie i ziemi. Ziemia miejscami była zmarznięta i nierówna, ale i miejscami było błoto (tam gdzie lepiej świeciło słońce). Zwalniało się trochę na gruncie, asfalty lepiej wchodziły 🙂
Całość dystansu poprowadzono bokami (chodniki, pola) i nie przeszkadzało to kierowcą czy mieszkańcom.
Ogólnie to atmosfera była dobra. Kibice kibicowali, jeżdżące auta trąbiły zagrzewając do walki. Fajnie.
Po pierwszym okrążeniu (bo biegło się 2) był punkt nawadniający. Niezbyt wielki, nie wszystkim udało się skorzystać ale ja miałem szczęście i trochę wody złapałem.

Zawody miały myślę tylko 1 minus. Organizatorzy słabo troszkę wymierzyli trasę, bo pełnych 10 km to ona nie miała. Wg mojego GPS (i patrząc na głosy innych) brakowało jakichś 400 m. Z tego powodu na mecie zanotowałem czas 46:55 i zająłem 175 miejsce (z 416 sklasyfikowanych). 48 w M40.
Wygląda fajnie. Gdy jednak przyjrzeć się międzyczasom  to realnie na pełne 10 było by te 49 min co już tak fajne nie jest.
No cóż. Do nikogo pretensji mieć nie można, sam się zapuściłem.

Na mecie wręczono ładny medal, można było się napić ciepłej herbaty i zjeść kukurydziane chrupki + fasolkę po bretońsku. Ja lubię to wciągnąłem 🙂

Cóż. Dla mnie był to koniec biegu. Część osób biorących udział w licytacjach na pewno została, my pozbieraliśmy się do domu.

Organizacyjnie bieg udany. Przyjemnie było poruszać się na koniec roku i pozostaje mieć nadzieję, że jeszcze kiedyś uda się powalczyć o lepsza lokatę.

XXII Międzynarodowy Bieg Uliczny Twardogóra – 18/09/2016

XXII Międzynarodowy Bieg Uliczny Twardogóra – 18/09/2016

Są takie biegi, które pasują człowiekowi i aż chce się w nich pobiec. Może to być kwestia miejsca, trasy, dobrej organizacji czy atrakcyjnych nagród. A może wypadkowej wszystkich tych cech po trochu.

Dla mnie takim, odkrytym trochę przypadkowo w zeszłym roku, biegiem jest – Twardogóra.
Impreza o lokalnym zasięgu (biegnie około 100-130 osób) – ale nie liczcie, że wygracie bez problemu bo biegną tu naprawdę mocni zawodnicy. W tym roku chyba wszyscy (łącznie z 70-latkami) dobiegli poniżej 1 godziny.
Dobra organizacja, wszystko dobrze oznaczone, pomysłowe koszulki, medale.
Wymagająca i przy tym szybka trasa.
Blisko od mojego miejsca zamieszkania.
Po biegu losowanie mnóstwa nagród 🙂 Może i drobnica, ale człowiek czuje, że ma szanse a nie, że 4 nagrody losują na 2000 osób.

No pasuje mi tu jak na razie wszystko, chociaż nie mówię, że organizatorzy nie mogliby paru spraw ulepszyć.

Jak było w Twardogórze w zeszłym roku pisałem tutaj:
XXI Międzynarodowy Bieg Uliczny Twardogóra

XXII Międzynarodowy Bieg Uliczny Twardogóra
Ciekawy medal i koszulka

W „ogóle” było podobnie jak rok temu więc nie będę tego tu powtarzał.  Ulepszono kwestię numerów startowych.  Tym razem były bezzwrotne i agrafki były 🙂
Nie udała się za to kwestia koszulek. No może, udała w 50% bo koszulki świetne (ładne, kolorowe) ale o 10:50 były tylko w rozmiarze L. Mój rozmiar 🙂 ale Żony niekoniecznie. Szkoda trochę.
Nie wiem, czy w przyszłości organizatorzy nie muszą pomyśleć też nad dodatkowymi toaletami. Toi-toi nie widziałem, a jedna ubikacja w ratuszu i jedna obok to trochę mało.  Do tej w ratuszu nie było może mega kolejki, ale ludzi się w niej chyba przebierali! co znacząco spowolniło rotację.

No cóż. Organizacyjnie wyszło wszystko  na plus. Ja przynajmniej nie widzę powodu by się wyżalać na drobne niedociągnięcia. To opiszę  stronę sportową zawodów.

Pod względem formy ciągle czuję się mocny (jak na poprzednie lata) więc uznałem, że trzeba będzie ostro cisnąć, a może uda się wykręcić dobry czas. Ponieważ poprzednie rekordy na 10 km miałem w okolicy 50 min to uznałem, że spróbuje utrzymać tempo mniejsze niż 05:00. W jednym z ubiegłorocznych biegów na 7 km zanotowałem około 04:25. Tutaj dystans większy i pod górki trochę, więc aż tyle nie planowałem. Z obliczeń wyszło, że będzie ok jeśli pobiegnę 04:50.

XXII Międzynarodowy Bieg Uliczny Twardogóra
Przed startem biegu

Rozgrzewka no i start. Pierwszy kilometr wszedł w 04:26. Zwarta grupa cisnęła dalej i kolejny podobnie – 4:34. Później jednak poczułem, że tyle nie utrzymam i zwolniłem samoistnie pod planowane 04:50). Co ciekawe takie tempo trzymałem praktycznie do końca biegu.
01 km – 4:26
02 km – 4:34
03 km – 4:48
04 km – 4:49
05 km – 4:52
06 km – 4:55
07 km – 4:54
08 km – 4:58
09 km – 4:52
10 km – 4:21

XXII Międzynarodowy Bieg Uliczny Twardogóra
Ciśniemy mimo, że pod górkę

Na mecie moje Suunto pokazało 47:29. Rekord. Oficjalne wyniki wyszło bardzo podobne i zamieszczę je niedługo (bo teraz jeszcze w necie ich nie ma).

Ze swojego wyniku jestem zadowolony, chociaż nie ukrywam, że szczyty biegów to nie są. Ciągle dużo mam do poprawienia.

Po biegu wypiłem ciepłą herbatę, zjadłem dobrą grochówkę i można było obejrzeć dekoracje zwycięzców. Wręczenie nagród poszło sprawnie, szybko zaczęto po nim losowanie nagród. Znów moja rodzinka miała szczęście i wylosowaliśmy sportową torbę i kubeczek na mleko dla dzieci 🙂
Cóż, zadowolony z wyniku biegu spokojnie mogłem wracać do domu. W przyszłym roku pewnie znów się tu pojawię.

Na sam koniec chciałem przedstawić taką luźną refleksję, która nasunęła mi się, gdy prowadzący cieszył się, że w tym roku pobiegło sporo osób z Twardogóry (i zajęli parę dobrych miejsc w kategoriach wiekowych).
Twardogóra (ale i np. Oleśnica) za wygrane miejsca wypłaca nagrody pieniężne. Powoduje to, że są „zawodowcy” z Kenii czy Ukrainy, którzy zajmują czołowe miejsca na podium.  Praktycznie wszystkie.
Wydaje mi się, że takim małym miastom to niepotrzebne. Żadna z tego promocja. Większy sukces biegu, władze mogłyby ogłosić gdyby zachęciły właśnie kolejnych, swoich mieszkańców do uczestnictwa. Co można by zrobić gdyby (zamiast wydawać na „gości”) nagrody pieniężne dać tylko w kategorii mieszkaniec miasta, powiatu czy Polak. Albo nie płacić w ogóle, a zaoszczędzone pieniądze wydać na lepsze rozreklamowanie biegu czy fajniejsze pakiety dla uczestników.

34 PKO Wrocław Maraton (11/09/2016) – Relacja

34 PKO Wrocław Maraton

34 PKO Wrocław Maraton (11/09/2016) – Relacja

Wrocławski maraton w mojej biegowej historii raczej nie zapisał się do tej pory jako bieg życia. Wynik zawsze osiągałem w nim słaby, warunki na trasie były ciężkie (a to padał deszcz, a to spora wilgoć i ciepło). No szału nie było. Czuję, iż edycję 2016 odpuściłbym, ale jak to u gadżeciarzy skusiła mnie wizja patery jaką dostanę gdy pokonam 2 x Wrocław Półmaraton + 2 z Wrocław Maraton.
Dodatkowo w tym roku, po w miarę dobrym okresie treningowym, miałem nieśmiałe zakusy na pierwsze złamanie 4 godzin. Ostatnie treningi w Oleśnicy (w podobnych temperaturach), dawały mi wprawdzie sygnał, że chyba to się nie uda, ale życie zweryfikowało moje możliwości jeszcze dobitniej. A było to tak 🙂

Część dotyczącą zapisów, opłat trochę skracam bo podobne wszystko jak przy Nocnym Półmaratonie.

Zapisy na maraton wystartowały dość wcześnie. Rejestracja przez DataSport, strona maratonu i facebook prowadzone dobrze (częste aktualizacje, sporo informacji). Zwyczajowo opłaciłem bieg w pierwszym terminie, bo po co przepłacać.

Podobnie jak przy poprzednich edycjach odbiór pakietów ruszył w piątek i sobotę więc dla spokoju ducha podjechaliśmy z rodzinką dzień przed biegiem. Ludzi sporo ale dało się zaparkować w okolicy i kolejek „do kas” 😉 nie było. Wolontariusze sprawnie sprawdzili tożsamość, wydali co trzeba i można było pooglądać stoiska expo. Zwyczajowo podobało mi się wszystko oprócz cen, więc nie kupiłem sobie nic 🙂 No może dłużej debatowałem nad książką Skarżyńskiego o treningu maratońskim, gdyż był na stoisku z nią sam autor i kusiła mnie wizja, że może mi ją podpisze. Finalnie jednak dałem spokój i można było wracać do domu.

Pakiet startowy znośny – numer, agrafki, chrupki, piwo bezalkoholowe, jakieś ulotki no i koszulka 4F. Wygląda na solidną ale mogła by być bardziej żywa kolorystycznie (w znaczeniu posiadania jakiejś fajnej grafiki a nie tylko napisów).

Niedzielny poranek to wiadomo wyjazd na miejsce zawodów. Organizatorzy, oznaczyli miasto całkiem dobrze. Tablice gdzie są parkingi znajdowały się już od rogatek miasta, na samej trasie też było sporo banerów, informacji. Szybko trochę za to chcieli zablokować drogę, bo o 07:40 już przegrodzono trasę, którą miałem chęć dojechać na miejsce parkingowe. Szczęśliwie, pas do skrętu w lewo był wolny i wszyscy kierowcy jechali z niego prosto (wiem, nie popieram łamania przepisów ale kogoś poniosło blokować główną drogę o takiej godzinie – tym bardziej, że na tym kawałku ulicy maratończycy mogli się pojawić najwcześniej około 10:00 – 11:00).

Cóż zaparkowałem gdzie chciałem i poszliśmy z Żoną na start (ona biegła w biegu rodzinnym 2 km). Ludzie już się kręcili po okolicy, rozgrzewali. Ze spraw przyziemnych na plus zaliczam sporą ilość toalet, nie stało się w mega kolejkach (no chyba, że ktoś 10-20 min przed biegiem wpadł na pomysł by skorzystać).
Trochę pospacerowaliśmy, spotkałem wujka (też biega mimo 60-ki na karku, szacun), dokonało się parę zdjęć i zacząłem rozgrzewkę. Gdy już byłem gotów, pozostało stanąć w strefie startowej i czekać.

34 PKO Wrocław Maraton
34 PKO Wrocław Maraton – widok na start

Odliczanie i kolejne strefy ruszyły. Ludzi na maratonie było mniej niż na połówce i tym razem oczekiwanie na bieg nie było tak długie. Chwilka spaceru no i bieg.

Od razu po starcie czuło się, że pogoda niestety da wycisk. Piękne słońce zwiastowało upały i tak było. Temperatura rosła momentalnie. W mieście wiadomo, betonowa dżungla to i stopni jeszcze więcej. W którymś momencie, na trasie, widziałem termometry, które pokazywały 30 stopni w powietrzu i 40 przy asfalcie (niektórzy w necie dali foty na których jest 50 🙁 ) Hardcore.

Punkty odżywcze na trasie były zorganizowane co około 2,5 km. Na wszystkich wlewałem w siebie co się dało (woda, izotonik). Cukry uzupełniałem bananami i kostkami cukru. Korzystałem też z wody do odświeżania obficie lejąc po sobie i mocząc czapkę. Gdyby nie to, pewnie przyszłoby polec od razu. Obsługa punktów była bdb, nic nie brakowało na nich (no może z wyjątkiem żeli bo dla mojej grupy tempowej już ich na stołach nie było).

Biegnąc starałem się trzymać założonych temp – bieg po około 05:25-05:40 min/km. Do 18 km udawało mi się to całkiem dobrze ale później nastąpiła katastrofa. Momentalnie, jakby ktoś mnie nożem podciął – 19 km = 06:37, 20 km = 06:22 a  po połówce jeszcze gorzej. Nie dałem rady biec i zacząłem iść (czasy po około 07:30-09:00). Niestety nie udało mi się ogarnąć już do końca i praktycznie całość szedłem, z momentami podbiegów.
Masakra. W pewnym momencie miałem takiego doła, że zacząłem pierwszy raz w karierze myśleć, że po co mi to i może zejść z trasy. Taa… problem tylko taki, że nie miałem telefonu, pieniędzy, miasto stało w korku to po co. I tak bym musiał dojść na metę. Szedłem więc dalej.  Od 37 km trasa prowadziła troszkę w cieniu i tu nieznacznie przyśpieszyłem (bliżej 07:30, ale oczywiście i tak więcej szedłem).

34 PKO Wrocław Maraton
34 PKO Wrocław Maraton – druga połowa dystansu

Po tej tragicznej walce na mecie zameldowałem się w czasie – 04:54:56. Miejsce Open – 3133, w kategorii M40 – 899.

Porażka na całego. Najbardziej z tego wszystkiego to mi było Żony szkoda, że musiała przy mecie czekać tyle czasu.

Koniec biegu to wręczenie medalu. Później biegacze przesuwali się powoli do przodu zbierając pamiątki 🙂 Chłodzący ręcznik, folię NRC, banany, wodę, izotoniki by finalnie dojść do strefy bufetowej gdzie serwowano makarony i herbatę. Dobre, ale niestety nie miałem w ogóle apetytu. Przed oczami za to miałem loda Frugo i zimną colę 🙂
Trochę zawiodłem się, bo niezbyt dało się wrócić tą samą trasą. Miałem chęć na jeszcze jeden izotonik ale barierki i porządkowi zniechęcali do spaceru pod prąd. No szkoda.
Sporo ludzi odpoczywało w cieniu na trawie, ja jednak miałem Wrocławia dość i szybko zawinęliśmy się do auta jadąc do domu.

Finalnie. Od strony organizacyjnej impreza na pewno udana. Nie widziałem żadnych znaczących pomyłek, niedociągnięć. Na ten moment mogę stwierdzić, że w przyszłym roku pewnie jeszcze wystartuję bo skoro mam już te 2 medale, to na paterę uskładam kolejne, ale później z maratonem Wrocławskim dam sobie spokój. Jednak co roku ciągle coś mi nie pasowało na nim (z przyczyn niezależnych od organizatorów) to po co się męczyć.

DFBG 2016 – Super Trail 130 km (relacja)

Dolnośląski Festiwal Biegów Górskich 2016

Dolnośląski Festiwal Biegów Górskich 2016 – Super Trail 130 km

W ramach Dolnośląskiego Festiwalu Biegów Górskich odbyły się zawody, które były celem moich treningów w 2016r. – Bieg Super Trail na dystansie 130 km (21-22/07/2016).

Zapisu na bieg dokonałem dawno temu (jeszcze w końcówce zeszłego roku) bo oczywiście wtedy było taniej. Czas leciał, trenowało się, szczęśliwie ominęły mnie kontuzje no i w końcu przyszedł wyczekany moment startu.
Przed tak długim biegiem warto trochę więcej czasu niż zwykle poświęcić logistyce (dojazdy, noclegi, ekwipunek itp.) ale, że to też spory materiał do opisania, to tu ją pominę, a postaram się listę co brałem/użyłem podać w kolejnych relacjach.

Start zawodów zaplanowany był 21/07 w Lądku Zdroju (o godz 18:00). By zdarzyć odebrać pakiety startowe, zdać depozyty na miejsce rywalizacji przybyliśmy z rodzinką odpowiednio wcześniej. W biurze zawodów wszystko poszło sprawnie. Nie było kolejek, tłoku. Szybko wydano co trzeba i można było pozostały do startu czas przeznaczyć na zwiedzenie Lądka, zerknięcie co wystawiają stoiska dla biegaczy i ogólny relaks.
Przed samym startem biegaczy czekała niespodzianka jaką była naprawdę mocna ulewa. Prognozy meteo pokazywały, że będzie upalnie a tu nieoczekiwane załamanie pogody. Szczęśliwie deszcz przestał padać na około godzinę przed biegiem, bo z dwojga złego to wolałem upały niż deszcze na trasie.

Chwilka przed startem :)
Prezentacja zawodnika przed startem 🙂

Ostatnie chwile na pożegnania z kibicami i można było ruszać na trasę. Ustawiłem się w okolicy końcówki peletonu bo nie planowałem super tempa i nie chciałem przeszkadzać szybszym. Odliczanie od dziesięciu i start.

DFBG 2016
Widok na miejsce startu

Etap1 – Lądek Zdrój (Park Zdrojowy) – Przełęcz Gierałtowska (dystans 10 km)

Start biegu już od pierwszych metrów prowadził pod górkę. Najpierw schody w okolicy amfiteatru, a później wspinaczka ulicami Lądka. Po pokonaniu kilkuset metrów (raczej dla kibiców :)) biegacze z moich okolic czasowych karnie przeszli do marszu i tak pokonaliśmy większość etapu. Trasa była wąska, kręta, możliwości by tu kogoś wyprzedzać były sporadyczne. Po około 1:34 udało się osiągnąć pierwszy z punktów żywieniowych.

Etap2 – Przełęcz Gierałtowska – Przełęcz Płoszczyna (dystans 22 km).
Na punkcie szybko uzupełniłem zapas wody i izotoniku (niezbyt dobry, średnio mi podchodził smakowo, ale żadnych złych sensacji nie powodował) i można było ruszać dalej. Tutaj stawka zawodników trochę się już rozciągnęła i od czasu do czasu wolniejsze osoby można było wyminąć.

Trasa tego etapu była wymagająca z dwóch powodów (nie licząc wspinaczek na góry gdyż to jakby standard w biegach górskich :))

  • mimo że biegło się po ubitej ścieżce ziemnej była ona gęsto zryta wystającymi korzeniami drzew, czyli łatwo o podknięcie,

  • dodatkowo szlak był tak wąski i wgłębiony, że każda próba postawienia nogi bliżej krawędzi (lub poza nim) kończyła się niebezpiecznym podcięciem nogi lub stopowaniem jej w miejscu.

W połowie tego odcinka zaczęło już robić się ciemno więc na chwilę przystanąłem by założyć czołówkę i rękawki chroniące przed chłodem.
Mimo światła warunki biegowe nie były sprzyjające (z wyżej wymienionych powodów) więc z zapadnięciem całkowitych ciemności zdecydowałem, że nie będę biegł ale kolejne kilometry pokonywał szybkim marszem. Szkoda mi było nóg by załatwić się już na początku walki.

Kolejny punkt odżywczy osiągnąłem w 5:55:42 (licząc od startu).

Etap3 – Przełęcz Płoszczyna – Międzygórze GOPR (dystans 15 km).

Na punkcie znów tankowanie wody i coli, z której ochoczo skorzystałem zamiast izotonika. Wciągnąłem też trochę arbuza (nieźle wchodził) i biegnę dalej.
Ten etap to wspinaczka pod najwyższy szczyt trasy – Śnieżnik jak i samotne zmaganie się z nocą w górach. Praktycznie cały ten i kolejny etap biegłem sam. Szybsi odskoczyli w przód, parę osób, które dogoniłem ruszały się dużo wolniej niż ja więc nie było sensu na nich czekać.
Podejście pod Śnieżnik naprawdę strome. Technika marszu z rękami na udach jednak działała u mnie nieźle i pod górę piąłem się naprawdę szybko (zdziwiony trochę jestem ale do samego końca biegu marsze pod strome góry szły mi wyśmienicie – doganiałem tam tych, którzy uciekali mi na zbiegach i prostych).
Trasa na szczyt góry miała jeszcze to utrudnienie, że było na niej mega błoto. Parę razy mało nie utopiłem całego buta w niewidocznych pułapkach.
Zejście w dół wcale nie okazało się łatwiejsze. Skończyło się błoto ale zaczęły duże, luźne kamienie które wcale nie pomagały w przyśpieszeniu. Dopiero w końcówce tego etapu droga poszerzyła się, przeszła w szuter i mogłem biec.
Ten etap niestety był w mojej ocenie najsłabiej oznakowany, na zejściu ze Śnieżnika ciężko było wypatrzyć znaki organizatorów i parę razu miałem stresik czy idę dobrze.

Kolejny biwak osiągnąłem po 08:53 godz. od startu

Etap4 – Międzygórze GOPR – Długopole Zdrój – pijalnia wody (dystans 17 km).

Wbieg do Międzygórza poprawił trasę bo przez miejscowość biegło się asfaltem. Okazało się to jednak dla mnie zdradliwe bo zbyt się rozpędziłem, przegapiłem skręt w prawo i niestety nadrobiłem około 2 km zanim wróciłem na właściwy szlak. Straciłem na tym sporo bo o ile w Międzygórzu wyprzedziłem ze 2 osoby to później musiałem je gonić aż pod koniec odcinka. Do Długopola wbiegało się już ze wschodem słońca Tutaj w końcówce leśnej ścieżki stracha biegaczom napędziły dziki 🙂 Szczęśliwie jednak udało się je odpędzić okrzykami i nie było konfrontacji.
Końcowe kilometry tego etapu to chwila wytchnienia. Biegło się łąkami i polami. Po prostej czyli był bieg a nie tylko maszerowanie.

Punkt odżywczy to u mnie 12:18 (od startu)

Widoki z DFBG 2016
Wschód słońca nad górami

Etap5 – Długopole Zdrój – Schronisko Jagodna (dystans 17 km).

Lżejszy odcinek, droga już szersza w większości prowadziła po polach, asfaltach i szutrach. Zaczęło jednak grzać słońce i to ono na otwartych terenach wyciskało z zawodników wszystkie siły. W połowie trasy dogonił mnie chłopak z Warszawy i do kolejnego punktu odżywczego przemieszczaliśmy się razem. Towarzystwo miła rzecz, da się pokonwersować ale nie sprzyja to jednak koncentracji i tu nastąpiła druga moja pomyłka trasy. Szczęśliwie tym razem straciliśmy mniej, może z 400 metrów. By odrobić stratę na prostych i z górek biegliśmy.

Po tym etapie punkt odżywczy osiągnąłem w 15:39 (od startu)

Etap6 – Schronisko Jagodna – Masarykowa Chata – schronisko (dystans 19 km).

Zbiegi w poprzednim odcinku polepszyły czas ale niestety mocno mnie zmęczyły i mój towarzysz ruszył sam, a ja uznałem, że mimo drogi w dół chwilę pomaszeruję na rozruszanie nóg. Dogoniłem go jednak znów na trasie bo jak pisałem marsz miałem całkiem niezły i na wspięciach nadrabiałem. Także w tym odcinku była lżejsza droga (więcej szerokich szlaków, asfaltów po Czeskiej stronie). Nawet to szło mimo upału i długiego czasu na trasie. Trochę zdołowało mnie tylko podejście pod punkt odżywczy bo raz, że było wg GPS z 500 metrów dalej niż oficjalny dystans odcinka, to dwa, że pod duża górę. No niestety. Sam punkt też nie zachwycał bo nie mieli już na nim coli a czekałem na nią jak na zbawienie 🙂
Na „mecie” tego odcinka zameldowałem się po 19:33 godzinach.

Etap7 – Masarykowa Chata – Jamrozowa Polana- ośrodek sportu (dystans 12 km).

Oprócz początkowego najkrótszy, ale wcale nie najłatwiejszy odcinek do pokonania. Czułem już wcześniej dyskomfort z powodu obtarcia nogi (oj lewą stopę to po biegu mam w kiepskim stanie) i nie mogłem już się rozpędzić nawet w marszu. Jeszcze po prostym jakoś to szło ale na zejściach po kamieniach pęcherze skutecznie utrudniały mi walkę i poruszałem się słabym tempem. Na ten odcinek było przewidziane przez organizatora 2 godziny, ja pokonałem go w około 2:20 (mimo, że GPS do punktu odżywczego wskazał mi o 1 km mniej). Koniec tej drogi to 22:12 (od startu)

Etap8 – Jamrozowa Polana- Kudowa Zdrój – Park Zdrojowy (dystans 18 km).

Ostatni odcinek walki. Spodziewałem się już lżejszej drogi ale na tej trasie była ostra mordownia 🙂 Po minięciu Dusznik Zdroju w dużym upale przyszło się piąć pod takie góry, że hej 🙁 Ze dwa razy było bardziej pionowo niż w podejściu pod Śnieżnik. Im bliżej byłem Kudowy tym bardziej bolała mnie stopa co dodatkowo mnie zwalniało. Najgorsze zaś przyszło pod koniec gdy doszło do mnie, że ten odcinek chyba jest dłuższy niż podawany przez organizatora. 18 km przeszło, tablice szlaków pokazują jeszcze z godzinę do Kudowy, trochę wpadłem w panikę, że nie zdarzę. Jak na dobitkę w jednym miejscu trasa prowadziła przez jakieś pastwiska i … nagle wyrosła przede mną zamknięta na łańcuch brama. Musiałem ją pokonać górą, co wcale łatwe nie jest po 25 godzinach na nogach.
W końcu jednak pokazała się Kudowa. Zacząłem próbować podbiegać w dół by chociaż trochę nadrobić i tak udało mi się dogonić podobnego nieszczęśnika jak ja. On wprawdzie zapisany był na 240 km ale mówił, że już nie da rady i rezygnuje. Chwilę dreptaliśmy razem, w Kudowie zauważyłem moją rodzinę i oni pokierowali mnie na ostatnich metrach. Siły na finish się odnalazły – na metę wbiegłem po 25:49:18 od startu.

Meta DFBG 2016
Już blisko do mety – uliczki Kudowy

Czas oczywiście niezbyt rewelacyjny ale dla mnie sukcesem jest zmieszczenie się w limicie i pokonanie tak długiej trasy na własnych nogach. Sukces 🙂

Troszkę rozczarowało samo zakończenie biegu. Dano mi medal, rzeczy jakie zostawiłem na przepaku ale to chyba wszystko. Do picia, jedzenia było to co na trasie, organizatorzy już szykowali się do wystartowania kolejnych biegaczy na 110 km. Cóż, chwilę posiedziałem i wraz z rodziną poszliśmy do auta wracać do domu.

Kończąc powiem, że mimo wszystko zawody ciekawe, wymagające. Organizatorzy świetnie wywiązali się z oznaczenia trasy (ich tabliczki, świecące taśmy dobrze wskazywały kierunek), wolontariusze na punktach byli pomocni i warto chociaż raz spróbować biegu ultra.

Fizycznie – mimo tak gigantycznego wysiłku jest o dziwo ok, mięśni praktycznie nie czuję, mógłbym iść biegać. Niestety dorobiłem się wielkich bąbli na stopach co biegi uniemożliwia. Zwłaszcza lewa noga mega oberwała – oprócz pęcherzy z najmniejszego palca straciłem paznokieć + pod spodem pękł  starł się świeży bąbel i widać świeże mięsko 🙁

15 Maraton Jelcz Laskowice – 01/05/2016

Logo maratonu JL

15 Maraton Jelcz Laskowice – 01/05/2016 (11 Memoriał Barbary Szlachetki)

Idea wystartowania w drugim maratonie, w przeciągu 7 dni, narodziła mi się dość przypadkowo i z perspektywy czasu zbyt rozsądna nie była. Czułem to sam ale motywowałem swoją chęć na dwa sposoby. Pierwszy, bardziej poważny to odbycie długiego biegu w stanie lekkiego zmęczenia (trening przed ultramaratonem), a powód bardziej żartobliwy to chęć wygrania pralki (która byłą jedną z nagród w tym biegu). Dodatkowo bieg wydawał mi się ciekawy z racji tego, że to zawody o dość długiej tradycji, a i w miejscowości bliskiej mi zawodowo.
W każdym razie zapisałem się sporo wcześniej, opłaciłem i plan był dobiec do mety nie (dużo) gorzej niż w Warszawie.

Zwyczajowo już (jak na obecne czasy) większość informacji o biegu zamieszczana była na jego oficjalnej stronie:

http://www.maraton-jelcz-laskowice.pl/

Wydaje mi się, że podano je w sposób dostatecznie jasny, ja bowiem nie miałem problemów by się zapisać, zapłacić czy odnaleźć już na miejscu.
By nie tracić czasu w niedzielę, po odbiór pakietów udałem się z moją małżonką dzień wcześniej – w sobotę. Mieliśmy ze sobą dodatkowo upoważnienia na odbiór pakietów dla kolejnych, dwóch zawodników (taki mały rodzinny najazd na Jelcz – w maratonie biegliśmy ja i Michał, moja żona wraz z kolejnym siostrzeńcem na 10 km. Dodatkowo na 10 km startował również mój wujek wiec było nas jak mrówek :)).
Pakiety wzięliśmy bez problemów, upoważnienia jakoś przesadnie dokładnie kontrolowane nie były.

Cena za start w Jelczu Laskowicach nie była wygórowana. Dość długo startowe kosztowało 40 zł, a pakiet dawano całkiem fajny. Koszulka, ręczniczek, izotonik i baton. Wszystko dobrej jakości  – ja jestem zadowolony.

Po wszystkich tych atrakcjach, pozostało więc oczekiwać na start.

Spory dylemat miałem co do stroju biegowego bo z jednej strony prognozy zapowiadały temperatury do 10 stopni, z drugiej pogoda w sobotę zwiastowała raczej słońce. Po namyśle wybrałem opcję na krótko co okazało się bardzo dobrym wyborem. Było wietrznie ale gorąco. Słońce na asfaltowej trasie grzało solidnie i w innym ubiorze było by po prostu za gorąco.
W maratonie pobiegłem więc w butach i spodenkach tych samych co w Warszawie. Koszulkę wziąłem Kalenji (w klubowych barwach USKS Ludwikowice Kł.) Jedyną niezapowiedzianą zmianą (na ostatni moment) okazały się skarpetki. Moje białe kompresyjne skarpety z Lidla okazały się bowiem … podrzeć. Nie zwróciłem na to uwagi bo ostatnim biegu ale gdy uprane wyjąłem z półki to miały solidne dziury na stopach 🙁 Szkoda, spróbuję je pociąć i zrobić z nich same opaski kompresyjne na  łydkę, a tymczasem założyłem podobne ale czarne (też z Lidla ale z jakiegoś późniejszego wypustu).

Do Jelcza dotarliśmy sporo za szybko (bo prawie godzinę przed biegiem). Spokojnie zaparkowaliśmy przy Ośrodku Sportu i Rekreacji, poczekaliśmy na resztę rodzinki no i udaliśmy się w okolice startu.

Biegacze zbierali się powoli, speaker umilał czas opowieściami by przyszło w końcu robić rozgrzewkę i ustawiać się na linii.

Przed startem w maratonie J-L

Razem odbywał się start biegów na 10 km, półmaratonu i maratonu. Nie pchałem się zbytnio do przodu ale w sumie i tak stanąłem sporo przed balonikami na 04:00.

Chwila oczekiwania i start.

Planu na ten bieg raczej nie miałem. Uznałem, że zastosuję strategię z Orlenu czyli cisnąć a później się zobaczy.
Bliskość zawodników na 10 i 21 km powodowała, że cisnąłem chyba nawet za szybko. Kilometry wchodziły po około 05:20 (do 20 km). Od 20 do około 30 km po około 05:30-06:00. Po 30 km zaczął mi się mega kryzys. Zwolniłem znacząco a od punktu odżywczego na około 33 km zaliczyłem zgon formy. Praktycznie w każdym kilometrze szedłem (czasy 07:00-08:00 min/km). Spowodowało to, że do mety dotarłem w 04:20:21. W klasyfikacji generalnej zająłem 136 miejsce.

Na trasie J-LZawiedziony byłem tym wynikiem ale po analizie uznaję, że wcale nie poszło tak źle. Trasa biegu była bardziej wymagająca. Na każdym z 4 kółek były 2 wiadukty (czyli podbiegi). Dodatkowo biegło się w większości po odkrytym terenie a wiało dość mocno. Zwłaszcza od 3 kółka, gdy na trasie zrobiło się już pusto czuło się stopowanie przez wiatr. Swoje na pewno dołożyła też pogoda – jak pisałem wcześniej grzało słońce.
Jako ciekawostkę powiem, że Michała (sporo lepszy ode mnie) miałem w zasięgu wzroku.  Na nawrocie na tzw. torze prób odległość między nami wynosiła około 1 km. Mówił już po biegu, że napędziłem mu sporego strachu gdy na ostatnim kółku mnie zobaczył 🙂 Niestety jemu udało się wtedy przyśpieszyć a ja zwalniałem. No szkoda, szkoda. On dobiegł w około 4 godziny, mi zabrakło tej pary na ostatnie 5 km 🙂

Finish w maratonie

Po biegu wręczono medale, wodę. Można było zjeść ciastko, banana i udać się na ciepły posiłek do szkolnej stołówki. Dawali makaron z mięsem ale słabo mi wchodził bo na trasie sporo piłem i czułem się pełny.
Skoro już o piciu. Punkty odżywcze na trasie były 4 (jak dobrze liczę) i były na nich woda, izotoniki a z rzeczy jadalnych banany i czekolada. Małym zgrzytem okazał się punkt nr. 4 na którym to w pewnym momencie zabrakło kubków. Szczęśliwie kolejny był za około 2 km i dobiegłem. Później już kubeczki mieli.

Ponieważ do momentu dekoracji i losowań nagród było jeszcze sporo czasu udałem się na miejską pływalnię by w spokoju się odświeżyć i przebrać. Darmowy wstęp był w pakiecie, co było fajnym bonusem. Nie wziąłem niestety kąpielówek więc był tylko prysznic a basenowanie odpuściłem.

Bieg ogólnie można powiedzieć, że udany pod względem sportowym. Żona ma dobiegła w swoim tempie do mety. Piotrek wycisnął około 53 min (trochę mniej). Wujek niecałe 58. Michał zaś swoim niezbyt powalającym wynikiem 🙂 wygrał kategorię wiekową, za co jednak należą mu się brawa 🙂

W losowaniu szczęścia niestety nie miał nikt z naszej grupki pozostało więc zebrać się i jechać do domu.

Podsumowując, imprezę w Jelczu uznaję za udaną. Lokalne biegi wcale nie są gorsze niż duże maratony i warto pobiegać też „u siebie”.