Archiwa tagu: opis

ZEblaze Thor 4 Pro

Natura nie lubi pustki. Po sprzedaży Huawei Watch GT zarzekałem się, że na ten moment „smartwatchy” mam dość i nie zamierzam iść w stronę kolejnego. Zegarki jednak uwielbiam i nie wytrzymałem w swoim postanowieniu zbyt długo 🙂
Jako, że doświadczenie nauczyło mnie już, iż kolejny smartwatch pewnie nie sprawdzi się jako zegarek stricte sportowy to warunki zakupowe określiłem dość sztywno – wydać na zabawkę w miarę mało, a eksport danych wymagany.
Przy tak postawionych wymaganiach wiadomym musi być, że sprzęt będzie z Chin i nie będzie to produkt mocno znanego producenta.
W ciemno założyłem, iż zegarki, które mają tylko soft wgrany przez wytwórcę, eksportu mieć nie będą, dlatego też postanowiłem spróbować kolejnej nowości dla mnie czyli smartwatcha posiadającego na pokładzie „pełny” system Android.
Jest tego mnóstwo. Niektóre marki całkiem egzotyczne, inne już w miarę znane (a przynajmniej da się znaleźć o nich testy, opisy). Pierwotnie myślałem o sprzęcie firmy Lemfo. Kosztowo jednak ciekawsze ich modele wchodzą bliżej 150$ i więcej, a to nie składało się z budżetem. Tym sposobem wybór mój padł na firmę Zeblaze.
Zeblaze dość mocno rozwija swoją linię Thor i jest w niej naprawdę sporo modeli. Dociekliwi pewnie spędzą mnóstwo czasu szukając, który z nich jest najlepszy. Jak dla mnie większość jest podobna, z zaawansowanych opcji GSM korzystał nie będę, więc mój wybór padł właśnie na Thor 4 Pro.

Po odliczeniu dwóch promocyjnych kuponów jakimi obdarowało mnie AliE udało mi się go utrafić poniżej 100$ więc i cena i potencjalne możliwości wydały mi się zadowalające.
Zapraszam więc do krótkiego opisu.

Przy okazji wszystkim zainteresowanym testami chińskich smartwatchy polecam kanał na YouTube – SmartWatch Ticks.
Dużo modeli jest pokazanych, porównanych. Testy raczej skupione na wyglądzie, możliwościach „smart” niż sporcie ale myślę, że pierwsze wrażenie co warto nabyć można sobie wyrobić.


Przed ewentualnymi zakupami warto też poczytać forum (anglojęzyczne):
Forum o chińskich zegarkach
Polecam to z takiego powodu, iż niektóre modele mają jednak słaby soft albo ograniczenia w instalacji apek. Szkoda wydać kasę i nie skorzystać z najważniejszych możliwości watcha.

Pozwolę sobie w opisie tym pominąć techniczne specyfikacje sprzętu. Większość da się wynaleźć na stronie producenta:
Zeblaze Thor4 Pro

Thor przybył do mnie spakowany w gustowne, niewielkie, czarne pudełeczko, posiadające na jednej ze ścianek wizualizację zegarka a na kilku innych nazwę producenta i zegarka.

Jeszcze w pudełeczku

Zawartość pudełka zwyczajowo (jak to teraz przyjęte) skromna. Zegarek zapakowany w ochronny woreczek, kabel USB do ładowania i malutka, skrócona instrukcja obsługi (po angielsku).

Instrukcja o dziwo dość dobra. Opisano w niej wszystko co najważniejsze, wiadomo jak włączyć watcha, jak wgrać apkę i jak to wszystko sparować.

Sam zegarek po wzięciu do ręki sprawia całkiem solidne wrażenie. Jest spory, ładnie sportowo cięty. Wszystko wygląda na spasowane dobrze, nie widzę niedoróbek. Koperta zegarka wykonana z tworzywa (nie jest to niestety klasa Huaweia GT). Bezel wokół ekranu za to już z jakiegoś stopu. Szkło ekranu zabezpieczone folią ochronną, na minus trzeba jednak uznać fakt, że ekran wystaje ponad pierścień. Rodzi to obawy o możliwość powstawania rys w przyszłości.

Tak sprzęt prezentuje się na żywo. Przód.
Tył zegarka.
Zeblaze Thor 4 Pro
Zeblaze Thor 4 Pro . Skóra na pasku.

Ciekawy jest pasek. Od strony ręki wykonany z tworzywa, zewnętrznie zaś pokryty warstwą skóry. To w mojej ocenie plus bo nie zniszczy się tak szybko. Warto jednak wiedzieć, że pasek ten jest nieodpinany. W środku z tego co wyczytałem są np. anteny więc uważajcie by nie wpaść na pomysł go wymienić 🙂
Sporym minusem paska jest uboga ilość dziurek do zapinania. Są rozmieszczone dość rzadko i niektórym ciężko może być trafić we właściwe „opięcie”. Mi w sumie brakuje takiego punktu po środku właśnie. Zegarek przez to albo jest na ręce ciut za luźno albo za ciasno.

Od strony wizualno-obsługowej Zeblaze ma 2 przyciski funkcyjne. Przycisk wyboru, przycisk cofania. Po środku między nimi umieszczono obiektyw aparatu. Na spodzie zegarka mamy czujnik tętna, klapkę pod która można umieścić kartę SIM oraz gniazdo ładowania. Po bokach znajdzie się jeszcze wycięcia mieszczące mikrofon i głośniczek no i to w sumie wszystko 🙂
Ładowarka podłącza się magnetycznie, nie ma oczywiście opcji złego podłączenia. Samo połączenie jest jednak dość słabe – w znaczeniu, iż ładuje się oczywiście ok, ale pociągając za kabelek da się to łatwo rozłączyć.

Ładowarka i gniazdo ładowania.

Pierwsze odpalenie wymaga szybciutkiej konfiguracji sprzętu. Wybiera się m.in. język (polski oczywiście jest, tłumaczenie też ujdzie aczkolwiek sporo tekstów i tak pozostaje po angielsku), łączy zegarek z aplikacją. Standardowo dla androida trzeba też stworzyć albo wybrać konto na jakie będziemy się logować.
Po tym można już sprzęt normalnie używać.

Ekran wyświetla ładnie kolory, obraz jest ostry. Przynajmniej w pomieszczeniach/cieniu. W pełnym słońcu niestety już tak fajnie nie jest ale coś tam da się zobaczyć. Mały minusik screenu to fakt, iż w jego dole jest małe nieaktywne pole. Fajniej jednak prezentowałoby się pełne koło (niektóre zegarki z tej klasy takie ekrany mają).
Głośniczek działa solidnie. Słychać dobrze dźwięki (np. w Endomondo :))
Dotyk ekranu określiłbym jako średni. W większości działa znośnie, parę razy jednak zdarzyło mi się, że nie reagował. Trzeba było naciskać parę razy zanim załapał.

Mnóstwo tarcz zegarka do wyboru. W końcu znalazłem takie jakie mi się podobają.
Zmiana tarczy
I już mamy ustawioną kolejną.

Smartwach jak napisałem posiada na pokładzie „pełny” system android. Ma on z tego co wyczytałem pewne uproszczenia ale da się na nim normalnie instalować apki z google play (programy, gry). Obsługa systemu znana z komórek, nikt raczej problemów mieć nie będzie.

Menu zegarka.

Aplikacje, internet w sprzęcie pobiera się przez Wi-Fi (no chyba, że ktoś włoży kartę SIM). Połączenie z komórką w celu synchronizacji danych zaś przez bluetooth.

Aparat szału nie robi ale zdjęcie, film da się zrobić.
Apka do pogody.

No a jak z używalnością? Wgrane fabrycznie w sprzęt programy wg. mnie są słabej jakości.
Działają oczywiście stabilnie, nie zawieszają się ale ilość opcji/danych jakie zawierają jest delikatnie mówiąc mizerna.
Widać to np. w miarę dobrze przeglądając opcje fitness.
Po wybraniu rodzaju aktywności(bieg, rower, chodzenie itp) możemy wybrać jeszcze czy robimy bieg swobodny czy np. challenge z czasem, dystansem itp ale już plansza z wyświetlanymi danymi nie poraża. Jeden ekran tylko dostępny. Co gorsze, nie ma żadnych autolapów, podsumowań co kilometr. Słabo.
Po biegu specjalnie dużo danych też nie dostajemy. Ot czas, tętno, dystans, tempo średnie, kalorie. O rozbudowanych statystykach jak w Watch GT można zapomnieć.

Menu fitness.
Zanim wystartujemy można określić czy biegniemy swobodnie czy w określonym celu.
Lista dokonanych już aktywności sportowych.
Ekranik z danymi po aktywności.

Nie ma co ukrywać sytuację ratuje możliwość instalacji dedykowanych np. do sportu apek.
Tu mała dygresja. Nie wszystkie aplikacje dobrze wyglądają na okrągłym ekranie. Jeśli brakuje nam jakiegoś guzika, menu można przełączać widok – kwadrat lub koło. Sporo to ułatwia.

Strava. Widok okrągły i prostokąt.

Jako, że wiadomo będę biegał :), na pierwszy ogień rzuciłem Endomondo i Stravę.
Oba programy ładnie się zainstalowały, odpalały. Skonfigurowałem co trzeba no i …kurcze nie łapią mi w ogóle sygnału GPS. Czekam, czekam i nic. Zwątpiłem w końcu czy zegarek nie jest zepsuty. Zanim jednak rozpocząłem procedurę reklamacji spróbowałem zainstalować aplikację do testu GPS (inViu GPS). Aplikacja pokazała, że zegarek ładnie łapie satelity (sporo ich łapie) i wszystko powinno być ok.
Faktycznie przy następnym odpaleniu Stravy GPS łapie i da się nawet coś nagrać 🙂 Sprzęt kapryśny jest jednak na jakość sygnału, im gorsza pogoda tym dłużej fixa łapie 🙁
Z perspektywy paru użyć stwierdzam, że jakość zapisywanego sygnału nie poraża. Widać to np. na załączonych zdjęciach kiedy tor biegu jest mocno pofalowany i często prowadzi poza ścieżką.

Ten sam kawałek trasy zapisany w Suunto i w Zeblaze.

W Endomondo sygnał GPS też mi czasem rwie (ostatnio na biegu w lesie zgubił go po 3 km i aż do końca czyli około 7 km nie znalazł). Strava jakoś lepiej sobie z tym radzi, bo jak już ma to nie gubiła (jak do tej pory).
Zainstalowałem jeszcze jakieś inne programy do rejestracji trasy ale, że jeszcze nie testowałem ich to nie wypowiem się czy coś pomagają.

Porównanie odległości na tych samych trasach zarejestrowanych Thorem a np. Suunto nie wypada jakoś tragicznie ale jednak nie oczekujcie cudu. Rozbieżność jest. Dla przeciętnego użytkownika pewnie nie będzie miało to znaczenia, sprzętowi wariaci pewnie uznają to za wielką wadę.

Ten sam bieg. Wyniki trochę różne ale w sumie ujdzie.

„Lichość” sprzętu widać też np. przy odczycie pulsu. Na ręce dane wyglądają realistycznie można jednak zrobić myk jaki widzicie poniżej. Zegarek sobie leży a cały czas pokazuje jakieś tętno. Oj 🙁

Mierzymy tętno…

Skoro już o używaniu (zwłaszcza w kontekście GPS) to zegarek wytrzymuje około 1-3 dni. Wszystko zależy od tego oczywiście czy lecimy ciągle na BT, WiFi, GPS. Przy moim najbardziej umiarkowanym użyciu, czyli ładowałem na 100% około 08:00, w ciągu dnia tylko jako zegarek + aktywność z GPS na około 40 min to wieczorem o 21:00 miałem 77%. Przy jakichś dłuższych aktywnościach około 1 godzina = ~10% baterii.

Skoro coś tam dokonaliśmy to oczywiście synchronizujemy. Synchronizacja z aplikację WiiWatch2 działa ok. Po połączeniu wczytuje sobie ilość kroków, pokazuje stan baterii. Świetną opcją jest możliwość wczytywania do zegarka tarcz. W końcu mam takie jakie mi się podobają. Za to wielki plus 🙂
Na minus zaś fakt, że za każdym razem kiedy próbuje kliknąć na ikonki fitnessowe to apka się wywala i restaruje (na telefonie LG). Z tego powodu niezbyt mogę kategorycznie stwierdzić czy w programie są jakieś statystyki, ocen naszej formy. Patrząc na to co dostępne dla mnie to raczej nie.

Trzy ekrany z WiiWatch 2. Więcej chyba nie ma…

Hmm… no dobra, nie ma co się więcej nad sprzętem pastwić. Podsumujmy.
Wizualnie jest nieźle. Thor ładnie wygląda, nie razi „chińszczyzną”.
Technicznie/softowo? Gorzej. Nie oczekiwałem po nim cudów więc pod tym względem jakoś srodze się nie zawiodłem, ale odbiór mój jest jednak bardziej „na minus” Z suchej specyfiki sprzętowej urządzenie niby ma prawie wszystko i wszystko umożliwia. W użyciu te opcje są jednak takie „siermiężne”, ubogie. Wymagają wg, mnie dopracowania. Dla mnie personalnie, Thor najwięcej traci na słabej jakości rysowania tras z GPS i faktu, że fixa nie łapie super szybko i nie trzyma bardzo stabilnie. Szkoda.
Teza, iż smartwatche do sportu się nie nadają jest więc dalej aktualna 🙂

Kodak HL03 Headlamp – krótki opis czołówki

Swego czasu popełniłem mały test tanich czołówek, który można znaleźć tutaj:
TEST TANICH CZOŁÓWEK
W sumie te, które opisywałem działają do tej pory ale czemu nie spróbować coś nowego 🙂 Przy okazji wycieczki do supermarketu zauważyłem przecenioną lampkę KODAK HL03 i co.. i zanabyłem 🙂

Kodak HL03, po wyjęciu z opakowania.

Producent podaje takie dane techniczne:
Moc: 5 Watt
Strumień świetlny: 300 Lumens
Zasięg: 50m
Czas pracy: 5 godzin
Wodoszczelność: Waterproof to IP44
Gwarancja: 3 lata
Zasilanie: 3xAAA
Waga: (z bateriami, mój pomiar) 107g

Czołówka zapakowana jest w plastikowy blister, w którym oprócz tekturki z opisem mieści się lampa + 3 baterie AAA (niestety nie alkaliczne).

Pierwsze wrażenie po wyjęciu czołówki z opakowania jest korzystne. „Szkiełko” plastikowe ale solidne, w środku spory odbłyśnik i duża dioda. Spasowanie plastików dobre, paski mocujące na głowę solidne, dobrze się trzymają.
Baterie wkładamy uchylając klapkę z boku urządzenia (uwaga, ściąga się ją całkiem, trzeba uważać by w terenie nie zgubić).
Lampka ma 3 tryby świecenie. Pełna moc, światło o mniejszej intensywności i miganie. Przełącza się je cyklicznie przyciskiem umieszczonym u góry lampy.
Regulacja kąta świecenia odbywa się przez odchylanie całości w dół. Początek idzie dość płynnie (spory zakres) aż do pierwszego „kliknięcia” – zapadka wchodzi w ząbki. Późniejsze kliknięcia są już częstsze.

Logo Kodaka, otwór na baterie po przeciwnej stronie.

A jak wygląda to w używaniu?
Po ustawieniu pasków na rozmiar czaszki 🙂 nic nie luzuje się, nie spada. Na głowie całość trzyma się solidnie, nie przemieszcza.
Regulacja góra-dół ma spory zakres. Da się dopasować ją do siebie. Po kilku biegach lampa zaczęła mnie denerwować bo jednak pod wpływam wstrząsów opadała w dół, oślepiając mnie. Rozwiązanie problemu okazało się proste, wystarczyło solidniej dokręcić śrubę na ośce regulacji (polecam z umiarem bo jednak śruba siedzi w plastiku i można przegiąć). Od tej pory czołówka utrzymuje się w pasującej mi pozycji i jest ok.
Światło to coś, co zaskoczyło mnie mega na plus. Strumień jest szeroki i jednolity. Naprawdę fest! Widać dobrze nie tylko drogę przed nami ale i sporo pobocza. Przydaje się to, mogę łatwo zauważyć np. gdzie są skręty z leśnych ścieżek, po których teraz biegam.
W porównaniu do starych czołówek ta, to prawdziwy kosmos 🙂 Zabrałem dla porównania starą z Lidla na leśne ścieżki i … niestety nie widziałem prawie nic 🙁 W Kodaku świetnie widać po czym biegnę, jak prowadzi droga.
Pasowałoby porównać ją jeszcze z Lenserem ale myślę, że i tu mógłbym się zdziwić. W końcu ta ma 300Lm, a tamta 25 🙂
Długość pracy Kodaka jest zadowalająca. Mimo mrozów jakie mamy teraz, deklarowany czas pracy osiąga. Przy czym oczywiście nie na dołączonych darmowych bateriach 🙂 Tamte były beznadziejne.
Koniec pracy lampy jest w miarę przewidywalny (ale nie ma żadnej sygnalizacji końca baterii). Kiedy zauważycie, że świeci gorzej niż na nowych to znak, że bezwzględnie należy pomyśleć o ich wymianie. Wytrzymuje wtedy jeszcze kilkanaście minut i momentalnie gaśnie. Pozostaje jakieś szczątkowe świecenie diody, które nie oświetla nic. A wracanie po ciemku do domu to nic przyjemnego. Wiem bo raz się tak wybrałem i baterie padły 🙂

Finalnie – wg mnie warto kupić. Za te 30-40 zł dostaje się lampę może nie najlżejszą, ale o mocnym i równomiernym świetle. Mi bieganie z nią bardzo pasuje.

Czas na ultra – biegi górskie metodą Marcina Świerca

„Czas na ultra – Biegi górskie metodą Marcina Świerca”
Wydawnictwo Helion 2019
Stron – 237

Niedawno na rynku wydawniczym pojawiła się naprawdę ciekawa pozycja książkowa. Jako, że uwielbiam górskie biegi, wiadomo należało zakupić 🙂
Nie będę tu opisywał autora i jego doświadczenia w materii ultra. Myślę, że wszyscy chociaż trochę interesujący się tematem wiedza kim jest Marcin Świerc.
Rola pisarza jest dla niego raczej nową, ale myślę, że wywiązał się z niej znakomicie.

Książkę co bardzo mi się podoba uznać można za spójne i treściwe kompendium wiedzy o biegach górskich. Znajdziemy w niej takie rozdziały:
Wstęp
Kilka słów o mnie
1.Historia Biegów Górskich
2.Przygotowania do Biegów Górskich
3.Środki Treningowe
4.Roczna struktura treningu
5.Plany Treningowe
6.Ubrania i sprzęt
7.Ćwiczenia sprawności i stabilizacji
8.Monitorowania treningu za pomocą zegarka
9.Dieta dla biegacza
10.Przygotowania do zawodów
11.Najciekawsze biegi górskie


Układ książki jest czytelny i logiczny. Autor zgrabnie przechodzi od wiedzy ogólnej przez podstawy (wstępna ocena formy, opis jednostek treningowych) aż po dokładne, gotowe plany treningowe. Podane propozycje treningów można zastosować przy konkretnym rodzaju biegu (np, bieg alpejski, maraton górski czy ultra) co czyni tą pozycję szczególnie wartościową.
Osobne rozdziały poświęcone są kompletacji wyposażenia na każdą porę roku, ćwiczeniom uzupełniającym, diecie czy przygotowaniom (logistycznym) do startu. Bonusowo Marcin opisuje kilka biegów (Polskich i zagranicznych), w których brał udział. Opisy te ciekawe o tyle, że autor oprócz suchych faktów zawarł w nich również swoje odczucia o tychże zawodach.
„Czas na ultra…” czyta się przyjemnie i lekko. Jednocześnie nie jest to książka „o niczym” (wiele jest na rynku takich, których autorzy popularnie mówiąc leją wodę albo podają banały znane chyba wszystkim). Tu jest inaczej. Wszystko podane prosto i zrozumiale (duży plus) przy czym wiedza jest treściwa i pełna. Każdy znajdzie tu coś dla siebie, przy czym uważam, iż naprawdę cenna jest dla osób zaczynających interesować się tematem ultra. Dla nich będzie to taki alfabet biegów ultra od A do Z. Bardziej zaawansowanie pewnie niektóre zagadnienia znają ale i oni wiele skorzystają mogąc podpatrywać mistrza i jego środki treningowe.
W skutek wszystkich w.w. uważam, iż pozycja ta jest wartościowa i każdy kto interesuje się tematem biegów górskich/ultra powinien się z nią zapoznać. Polecam.

XXII Międzynarodowy Bieg Uliczny Twardogóra – 18/09/2016

XXII Międzynarodowy Bieg Uliczny Twardogóra – 18/09/2016

Są takie biegi, które pasują człowiekowi i aż chce się w nich pobiec. Może to być kwestia miejsca, trasy, dobrej organizacji czy atrakcyjnych nagród. A może wypadkowej wszystkich tych cech po trochu.

Dla mnie takim, odkrytym trochę przypadkowo w zeszłym roku, biegiem jest – Twardogóra.
Impreza o lokalnym zasięgu (biegnie około 100-130 osób) – ale nie liczcie, że wygracie bez problemu bo biegną tu naprawdę mocni zawodnicy. W tym roku chyba wszyscy (łącznie z 70-latkami) dobiegli poniżej 1 godziny.
Dobra organizacja, wszystko dobrze oznaczone, pomysłowe koszulki, medale.
Wymagająca i przy tym szybka trasa.
Blisko od mojego miejsca zamieszkania.
Po biegu losowanie mnóstwa nagród 🙂 Może i drobnica, ale człowiek czuje, że ma szanse a nie, że 4 nagrody losują na 2000 osób.

No pasuje mi tu jak na razie wszystko, chociaż nie mówię, że organizatorzy nie mogliby paru spraw ulepszyć.

Jak było w Twardogórze w zeszłym roku pisałem tutaj:
XXI Międzynarodowy Bieg Uliczny Twardogóra

XXII Międzynarodowy Bieg Uliczny Twardogóra
Ciekawy medal i koszulka

W „ogóle” było podobnie jak rok temu więc nie będę tego tu powtarzał.  Ulepszono kwestię numerów startowych.  Tym razem były bezzwrotne i agrafki były 🙂
Nie udała się za to kwestia koszulek. No może, udała w 50% bo koszulki świetne (ładne, kolorowe) ale o 10:50 były tylko w rozmiarze L. Mój rozmiar 🙂 ale Żony niekoniecznie. Szkoda trochę.
Nie wiem, czy w przyszłości organizatorzy nie muszą pomyśleć też nad dodatkowymi toaletami. Toi-toi nie widziałem, a jedna ubikacja w ratuszu i jedna obok to trochę mało.  Do tej w ratuszu nie było może mega kolejki, ale ludzi się w niej chyba przebierali! co znacząco spowolniło rotację.

No cóż. Organizacyjnie wyszło wszystko  na plus. Ja przynajmniej nie widzę powodu by się wyżalać na drobne niedociągnięcia. To opiszę  stronę sportową zawodów.

Pod względem formy ciągle czuję się mocny (jak na poprzednie lata) więc uznałem, że trzeba będzie ostro cisnąć, a może uda się wykręcić dobry czas. Ponieważ poprzednie rekordy na 10 km miałem w okolicy 50 min to uznałem, że spróbuje utrzymać tempo mniejsze niż 05:00. W jednym z ubiegłorocznych biegów na 7 km zanotowałem około 04:25. Tutaj dystans większy i pod górki trochę, więc aż tyle nie planowałem. Z obliczeń wyszło, że będzie ok jeśli pobiegnę 04:50.

XXII Międzynarodowy Bieg Uliczny Twardogóra
Przed startem biegu

Rozgrzewka no i start. Pierwszy kilometr wszedł w 04:26. Zwarta grupa cisnęła dalej i kolejny podobnie – 4:34. Później jednak poczułem, że tyle nie utrzymam i zwolniłem samoistnie pod planowane 04:50). Co ciekawe takie tempo trzymałem praktycznie do końca biegu.
01 km – 4:26
02 km – 4:34
03 km – 4:48
04 km – 4:49
05 km – 4:52
06 km – 4:55
07 km – 4:54
08 km – 4:58
09 km – 4:52
10 km – 4:21

XXII Międzynarodowy Bieg Uliczny Twardogóra
Ciśniemy mimo, że pod górkę

Na mecie moje Suunto pokazało 47:29. Rekord. Oficjalne wyniki wyszło bardzo podobne i zamieszczę je niedługo (bo teraz jeszcze w necie ich nie ma).

Ze swojego wyniku jestem zadowolony, chociaż nie ukrywam, że szczyty biegów to nie są. Ciągle dużo mam do poprawienia.

Po biegu wypiłem ciepłą herbatę, zjadłem dobrą grochówkę i można było obejrzeć dekoracje zwycięzców. Wręczenie nagród poszło sprawnie, szybko zaczęto po nim losowanie nagród. Znów moja rodzinka miała szczęście i wylosowaliśmy sportową torbę i kubeczek na mleko dla dzieci 🙂
Cóż, zadowolony z wyniku biegu spokojnie mogłem wracać do domu. W przyszłym roku pewnie znów się tu pojawię.

Na sam koniec chciałem przedstawić taką luźną refleksję, która nasunęła mi się, gdy prowadzący cieszył się, że w tym roku pobiegło sporo osób z Twardogóry (i zajęli parę dobrych miejsc w kategoriach wiekowych).
Twardogóra (ale i np. Oleśnica) za wygrane miejsca wypłaca nagrody pieniężne. Powoduje to, że są „zawodowcy” z Kenii czy Ukrainy, którzy zajmują czołowe miejsca na podium.  Praktycznie wszystkie.
Wydaje mi się, że takim małym miastom to niepotrzebne. Żadna z tego promocja. Większy sukces biegu, władze mogłyby ogłosić gdyby zachęciły właśnie kolejnych, swoich mieszkańców do uczestnictwa. Co można by zrobić gdyby (zamiast wydawać na „gości”) nagrody pieniężne dać tylko w kategorii mieszkaniec miasta, powiatu czy Polak. Albo nie płacić w ogóle, a zaoszczędzone pieniądze wydać na lepsze rozreklamowanie biegu czy fajniejsze pakiety dla uczestników.

RST Półmaraton Świdnicki – 07/11/2015

RST Polmaraton Swidnica

 

RST Półmaraton Świdnicki – 07/11/2015

Biegi ciągle na topie, coraz więcej miast chce mieć swoją, poważna imprezę. Do reszty stawki postanowiła dołączyć Świdnica organizując pierwszy półmaraton.

Ponieważ do Świdnicy mam stosunkowo niedaleko, nowe ciekawi no to zapadła decyzja by wystartować. Urok nowego zaciekawił chyba nie tylko  mnie 🙂 bo limit 1000 miejsca dość szybko się wyczerpał (zwiększono go do 1200 ale i to zostało finalnie wykorzystane).

Zapisy na bieg odbyły się standardowo przez portal Data Sport. Półmaraton ma swoją stronę ale coś słabo nad nią popracowano – do tej pory są na niej puste, niedokończone podstrony. Najważniejsze informacje na szczęście były podane, więc problemów ani z trafieniem na miejsce ani z płatnością nie zanotowałem.

Do Świdnicy przyjechaliśmy jakoś 1-1,5 godziny przed startem. Udało nam się odnaleźć okolice odbioru zestawów, wolontariusze powiedzieli gdzie zaparkować więc udaliśmy się po pakiet. Wydanie numeru i pakietu przebiegło sprawnie (mimo, że ludzi już było sporo). Zawartość reklamówki niestety rozczarowuje. Oprócz numeru startowego, dawano chrupki kukurydziane, jakieś papierzyska reklamowe i skarpetki biegowe. Co gorsze nie było już praktycznie żadnego wyboru numeracji i mi trafiło się 45-47 (a noszę 44). Siostrzeniec Żony z kolei musiał wziąć mniejsze. Pomysł ze skarpetkami fajny (koszulki mi raczej niepotrzebne) ale jednak jak za cenę startowego to trochę mało (a opłata w najmniejszej opcji kosztowała jak pamiętam 50 zł).

Skoro już wszystko dostaliśmy, spacerkiem ruszyliśmy do Rynku, bo tam miał być start. Wolontariusz zapytany gdzie iść o dziwo 😉 wiedział no to poszło bez problemów.

RST Polmaraton Swidnica

W Rynku sporo ludzi, dokonaliśmy rozgrzewki, chwila przemów oficjeli i start.

Strategii wielkiej na ten bieg nie miałem. Nie ukrywam, że liczyłem na powtórkę Półmaratonu Legnickiego czyli złamanie 2 godzin. Od startu ruszyłem ostro i później starałem się jak najdłużej wytrzymać spore tempo. Niestety…

Trasa biegu wiodła w swojej pierwszej części przez miasto by po około 5 km skierować  biegaczy w okoliczne wioski i łukiem powrócić znów do Świdnicy (w rejon ośrodka sportowego – tam gdzie dawano pakiety).
Okazała się ona mocno wymagająca. Sporo zakrętów w mieście,  mokre kostki i śliskie asfalty z jesiennymi liśćmi nie pozwalały szarżować. Dodatkowo w mieście i poza nim było kilka podbiegów.  W połączeniu ze słabą pogodą (padało cały czas i wiał momentami spory wiatr) mocno przystawiało biegaczy.

Na trasie biegu byli kibice i oni dobrze zagrzewali do biegu. Pomysłowo opisano również jedną wioskę, przez którą biegła trasa. Na kartonowych tablicach różne przydatne czy śmieszne informacje. Chwalili się również biegowymi osiągnięciami swoich mieszkańców (a mieli rzeczywiście czym, szacun :))

Świdniczanie trochę przyoszczędzili za to na punktach nawadniających. Na trasie jak pamiętam były tylko 3 (z czego pierwszy po około 7 km). Dawano na nich wodę, izotonik i z tego co mówiono cukier ale ja go jakoś nie zauważyłem pochłonięty walką 🙂

No właśnie walką. Ciężkie warunki spowodowały, iż po około 10 km byłem wypompowany i zaczęły się nerwy by nie stracić zbyt dużo. Wyprzedzili mnie biegacze biegnący na 1:50 więc ze wszystkich sił walczyłem by nie wzięli mnie Ci co biegli na 2:00. Po 15 km podchodziłem po około 30 sekund na kilometr.
Wydawało mi się,  że dam radę (głowę bym dał, że 2:00 mnie nie wyprzedzało) ale czas był nieubłagany. Oficjalnie 2:00:27, pozycja 786 (na 1097).
Szkoda 🙁

RST Polmaraton Swidnica

Po biegu dawano medale, wodę. Można było na szybko zjeść banana, wypić herbatę. Posiłki (makaron z kurczakiem lub jarski) wydawano około 200 m. od linii mety (za basenem).
Zakończenie imprezy, dekoracje i losowanie nagród było z kolei w hali oddalonej o kolejne kilkadziesiąt metrów od mety. Jednym słowem, sporo chodzenia 🙂

W losowaniu szczęścia nie miał nikt z naszej grupy ale wyczekaliśmy do końca i można było wracać. Przy okazji uwaga do organizatorów albo nagłośnienie na hali (albo prowadzący) było tragiczne i naprawdę trzeba było się mocno wsłuchiwać co w ogóle mówią.

Ciężko mi podsumować ten bieg. Sportowo średnio jestem z siebie zadowolony. Organizacyjnie w sumie było ok, ale pewne sprawy trzeba by w kolejnej edycji poprawić.

Część zdjęć i nawiązań w artykule pochodzą ze stron:

http://wyniki.datasport.pl/results1632/

http://polmaraton.swidnica.pl/

Legnica Półmarton – XXVIII Bieg Lwa Legnickiego – 04/10/2015

Polmaraton Legnica 2015

Legnica Półmarton – XXVIII Bieg Lwa Legnickiego – 04/10/2015

Czyli kolejny z biegów na który zdecydowałem się w tym roku.

Ponieważ odbiór pakietów w niedzielę miał trwać do godz. 10:00 i baliśmy się kolejek to w ten dzień czekała nas wczesna pobudka i dość długa jazda autem.
Sytuacja drogowa rozwinęła się jednak aż za pomyślnie 🙂 Na miejsce biegu dotarliśmy sporo za wcześnie. Po załatwieniu wszystkich spraw było prawie 1,5 godziny czekania. No nic, lepiej w tą stronę niż się spóźnić 🙂 Ale pisząc po kolei.

Po dotarciu w pobliże Stadionu Lekkoatletycznego udaliśmy się na poszukiwanie biura zawodów. Wprawdzie na stronie Półmaratonu było napisane gdzie je wydają jednak w miejsce te nie prowadziły żadne znaczki i trochę na początku nie wiedzieliśmy gdzie iść. Spacer za tłumem pozwolił jednak dotrzeć na stadion a stamtąd po dopytaniu biegaczy udało się trafić do biur. Nie to żebym narzekał ale te parę strzałek kierunkowych można było postawić.
Obsługa biurowa błyskawiczna bo też i ludzi jeszcze za wiele nie było. Nietypowo trochę w jednym pomieszczeniu wydawano numery, a w drugim „dodatki” czyli reklamówkę z napojem i pamiątkowym ręczniczkiem. Wow, to niespodzianka bo spodziewałem się koszulki.
Z ręczniczka jestem zadowolony bardziej bo koszulek mam już od metra a i tak w nich nie chodzę.
Ciekawą sprawą były także rozstawione przy wejściu kawa i herbata. Każdy biegacz mógł się napić czegoś ciepłego z czego po dłuższej jeździe autem skwapliwie skorzystaliśmy.
Jako, że człowieka cieszą małe rzeczy 🙂 na ogromny plus dla organizatorów zaliczam zaplecze sanitarne. Były otwarte toalety w pomieszczeniach stadionu, duże kontenery na samym stadionie jak i toi toi-e. W końcu cywilizowane warunki i brak kolejek.

Po pobraniu pakietów udaliśmy się na mały spacer po Legnicy (w poszukiwaniu bananów na które miał ochotę siostrzeniec Żony). Później przebranie w ciuchy biegowe no i można było iść w stronę startu,

Pogoda była ładna, ciepło i słonecznie więc trochę w piknikowej atmosferze czekaliśmy na start. Ponieważ miał on odbyć się na stadionie lekkoatletycznym to miałem okazję pierwszy raz w życiu pobiegać po profesjonalnej bieżni. Ciekawe uczucie, inaczej to sobie wyobrażałem.
Przed startem zaproszono biegaczy do rozgrzewki, która prowadziły dziewczyny z klubu Zumby (o ile coś nie pokręciłem).  O ile popatrzyć jak tańczą było przyjemnie to powtórzyć ich ruchów się już nie dało 🙂 i tłum raczej ruszał się systemem każdy po swojemu albo biegał wkoło po stadionie. Po chwili próbowania naśladownictwa daliśmy spokój i my też poszliśmy zrobić rundkę bieżnią.

Trasa biegu była dla mnie sporym zaskoczeniem. 3 kółka wokół stadionu prowadziły w całości w otaczającym go parku i przy nabrzeżu rzeki. Nawierzchnia raczej mieszana. Biegło się po szutrze, ubitej ziemi ale i odcinki asfaltowo- kostkowe były (no i oczywiście pętla po stadionie). Profil raczej płaski, odcinki zbiegów/podbiegów były praktycznie mało zauważalne (chociaż ja je na 3 kółku w nogach już czułem).
Ponieważ było bardzo sucho tłum ludzi wznosił sporo kurzu więc trochę słabo się oddychało biegnąc z narodem. Na trasie były za to punkty nawadniające, grały zespoły. Drzewa pośród parkowych alejek dawały cień więc nie było mega patelni jaka pewnie czekałaby na asfalcie. Przyjemnie.

Wyczekana chwila startu nadeszła i poszło…

Polmaraton Legnica 2015

Ruszyłem z tłumem i z przykrością stwierdzam, że strategia to moja słaba strona. Stałem  w pierwszej połowie stawki i moi współtowarzysze narzucili tempo na 05:00 min/km. Pierwszy km to wogóle przebiegłem chyba w 4:50. Fajnie tylko to sporo za szybko jak dla mnie. Utrzymałem takie tempo przez około 10 km i później uznałem, że się zajadę. Powoli zacząłem zwalniać, chociaż i tak ciągle było sporo za szybko ~5:20, 5:30.

Zbyt gwałtowny start, wspomagany upałem spowodował, że około 18-19 km byłem już bez sił i ostatnie 2 kilometry to trochę podchodziłem. Po spacerku przez wejściem na stadion zmotywowałem się do biegu i na ostatnich metrach udało mi się nawet ze 2 osoby wyprzedzić.

Polmaraton Legnica 2015

Szaleńczy początek pozwolił mi jednak na złamanie 2 godzin, czyli pobicie swojego życiowego rekordu!

Oficjalnie wykręciłem 358 miejsce (na około 600 startujących) z czasem 1:59:05. W swojej kategorii M40 byłem 82.

Polmaraton Legnica 2015

Po biegu wręczano ładny, pamiątkowy medal, można było napić się wody, kawy, soku i zjeść makaron. Wielu sprawdzało czy na sztucznej trawie leży/siedzi się dobrze więc i my trochę się poobijaliśmy.

Ostatni punkt programu to dekoracje zwycięzców, które przebiegły sprawnie. Po nich nastąpiła loteria nagród no ale niestety szczęście znów się do mnie nie uśmiechnęło. I można było wracać do domu.

Bieg uważam za udany pod względem sportowym. Organizacyjnie było dobrze a nietypowe fragmenty (inny pakiet startowy, trasa) pozwolą go zapamiętać na dłużej. Kto w Legnicy nie był temu polecam wycieczkę w przyszłym roku.

Czasy z mojego zegarka:

Data: 04/10/2015
Dystans: 21,32 km
Czas: 01:58:34
Średnie tempo: 5:34 min/km
Średnie tętno: –
Sprzęt: SpoQ SQ100. Buty – Crivit (2015)

Część zdjęć i nawiązań w artykule pochodzą ze stron:

http://www.polmaraton.legnica.pl/

http://wyniki.datasport.pl/results1620/index.php

XVI Toyota Półmaraton Wałbrzych

 

logo

XVI Toyota Półmaraton Wałbrzych

Data: 23/08/2015
Dystans: 21,86 km
Czas: 02:06:18
Średnie tempo: 5:47 min/km
Średnie tętno: –
Sprzęt: SpoQ SQ100. Buty – Crivit (2015)

Jeden z tegorocznych biegów na którym mi szczególnie zależało. Od tego Półmaratonu 2012 roku zaczęło się moje prawdziwe bieganie i co roku lubię zobaczyć jak mi idzie. Do tej pory widać było spory postęp, w tym roku niestety poszło nieszczególnie. Coś ostatnie biegi słabo mi idą ale miejmy nadzieję,  że to „wypadki” przy pracy i forma jeszcze się odnajdzie.

Jak to w Wałbrzychu bywa, pakiety startowe można odbierać już dzień wcześniej i z tej opcji skorzystaliśmy. Skorzystaliśmy bo biegliśmy w 3 osoby – ja, moja Żona i siostrzeniec Żony. Były jeszcze oczywiście inne osoby z klubu ale one wybrały się na bieg osobno.

Odbiór pakietów poszedł sprawnie, kolejek nie było, wszystko przygotowane. Pozostało jeszcze wypisać kupon loteryjny (wizja wygrania Toyoty rozpala wyobraźnię :)) i w sumie można wracać.
Z przykrością stwierdzam jednak, że tegoroczny pakiet był dość ubogi. Poza koszulką i pasta do zębów to w sumie nic w nim nie było. Ot jakieś ulotki. Słabo trochę.
Przy okazji koszulek fajną (chociaż nie do końca skuteczną) sprawą była możliwość wymiany ich rozmiaru. Okazało się bowiem, że tegoroczne były dla olbrzymów. Mi udało się z tego skorzystać – zamiast XL wziąłem L. Niestety siostrzeniec i Żona mieli pecha. Mniejszych koszulek już nie było. Ups 🙁

Dzień później po lekkim śniadanku pozostało zebrać swoje rzeczy i jechać na bieg.
Niemiłe zaskoczenie spotkało nas przy dojeździe do centum sportowego. Z reguły dojeżdzaliśmy, parkowaliśmy przy stadionie a tu wszystkie drogi pozamykane. Straż miejska twardo obstawała, że skręcić nie można i musieliśmy się sporo cofnąć. Wydaje mi się, iż czasu było jeszcze sporo – 10:00 i mogli przepuszczać.
Dodatkowe metry do przejścia można uznać za lepszą rozgrzewkę no ale jednak osoby całkiem spoza region pewnie były nieźle wkurzone krążąc i nie mogąc znaleźć drogi.

Po przyjściu w okolice rynku odnaleźliśmy miejsce startu  i zaczęliśmy się rozgrzewać, czekać na sygnał GPS. Wałbrzych okazał się coś w tym roku wyjątkowo słabym miejscem dla satelit bo oba zegarki (mój i Żony) wogóle nie chciały się odnaleźć. Dopiero po starcie, w rynku statelity się odnalazły (stresik jednak był :)).
Przed startem w strefach panowało spore zamieszanie. Pierwotnie informacje głosiły, że osoby biegnące na 7 km startują 5 min po półmaratończykach. Niektórzy biegacze mówili jednak, że start wspólny. Spiker oczywiscie mówił o wszystkim a tak ważną informację raczył podać dopiero przed samym startem. Minusik dla organizatorów.

polmaraton_wb15_01

Sam start przebiegł planowo. Ruszyłem ze strefy 2 godziny i przez 2 okrążenia trzymałem się peacemakera. Później niestety dopadł mnie kryzys i zacząłem podchodzić.
Jakoś 4 km przed metą zobaczyłem, ze nie ma szans na złamanie 2 godzin i mimo, że starałem się nadganiać metę osiągnąłem po 2:06:40 (czas organizatorów) zajmując 1122 miejsce (M40-135).

Słabiutko. Ponad 6 minut gorzej niż rok temu.  Wprawdzie startowałem po całej nocy na weselu (były tańce, niezdrowe jedzenie :)) ale to słabe wytłumaczenie. Coś nogi nie zapodawały.
Troszkę pewnie bieg utrudniała pogoda ale w tym roku aż takich upałów nie było by można powiedzieć, że to kluczowe utrudnienie.

polmaraton_wb15_02

Okres po biegu oceniam pozytywnie. Medal dali, wodę dali. Miejsca wydawania posiłków (ciasto, makraron, kawa, herbata) były czytelnie opisane i nie szło się zgubić. Na biegaczy czekały też punkty masażu, leżaki i krzesełka na rynku.

Gwoli ścisłości również punkty żywieniowe na trasie były zorganizowane dobrze. Wody, izotonika, bananów nigdzie nie zabrakło.

Po dość długim oczekiwaniu (ceremonię przerwały mocne opady deszczu) zaczęły się dekoracje i losowanie nagród. Tutaj mnie i pewnie wielu innych zawiodła pula nagród. Było ich słownie – pięć.
Jak na prawie 2 tysiące startujących lipnie. Nie oczekuję tu nie wiadomo czego ale nawet małe biegi potrafią sobie zorganizować jakieś gadżety od władz to nie sądzę by Wałbrzych nie mógł (darmowe wpisowe na przyszłoroczny bieg, jakieś kubeczki, pendrive-y itp). Grosze to kosztuje a ludzie by się cieszyli.

Cóż, szczęścia w losowaniu auta nie mieliśmy to pozostało wracać do domu. Może za rok będzie lepiej.

Podsumowując – wyszło słabiej niż poprzednich latach. Określiłbym to „poprawnie ale na odwałkę”. Nie wiem czy miasto nie miało pomysłu na bieg czy co. Zachwycali się frekwencją (rekord ilości uczestników padł), reklama była dobra (i przed biegiem i po mówiono o nim np, w radiu) a te minusy jakie widziałem jakoś tak psuły ogólny odbiór imprezy.
No zobaczymy jak będzie w 2016. Miejmy nadzieję, iź po zbudowaniu pewnej renomy organizatorzy nie zaczynają odcinać kuponów od sławy i przycinać to tu, to tam koszty chcąc na biegu zarobić/nie napracować się.

Szczęśliwi biegają ultra – krótka recenzja

Test_sprzetu

Szczęśliwi biegają ultra – krótka recenzja

„Szczęśliwi Biegają Ultra” M. Ostrowska-Dołęgowska, K. Dołęgowski

szczesliwi-biegaja-ultra1

Ciężko jest być odkrywcą nowego 🙂 Internetowi bloggerzy z reguły opisują to samo, tyle, że jedni trochę szybciej a inni trochę później. Cóź, nie będę się wyłamywał (no bo skoro i ja kupiłem tą książkę) i skrobnę coś na jej temat.

Nie jestem przesadnym pasjonatem książek o bieganiu. W swojej kolekcji mam tylko jeszcze jedną pozycję (Gallowaya o marszobiegu) jednak skuszony pozytywnymi recenzjami Szczęśliwych… jak i tematyką, która mnie kręci (biegi ultra) skusiłem się na zakup.

Nie da się ukryć, że książkę czyta się bardzo dobrze. Pochłonąłem ją szybciutko, z żalem robiąc przerwy na inne życiowe czynności 🙂
Ciężko w sumie wskazać powód tej „dobroci” bo książka jest troszkę o wszystkim i niczym 🙂 Pokazuje ona życiową drogę biegową Dołęgowskich, rozwój ich pasji i stopniowe przechodzenie od amatorów do zawodowstwa :). Są tu opisy ich biegów (jak i ich przyjaciół), anegdoty. Trochę o treningu, diecie.
Nie ma wskazania jedynej słusznej drogi biegacza ale sugestie, które mogą być pomocne początkującym.
Autorzy opisując swoje biegowe życie wspominają nie tylko o pozytywach biegów ultra. Mówią wprost, że często boli, sporo się traci (pod wszystkimi względami). Ogólny przekaz jest jednak pozytywny i tak też należy odbierać długie biegi 🙂

Odnośnie minusów. Hmm… w sumie wielkich nie ma. Mnie troszkę nuźyły fragmenty o zawodach przygodowych (adventure racing), którym autorzy poświęcili sporo miejsca. Trzeba uczciwie powiedzieć również, że amatorzy liczący na podaną tu solidnie wiedzę co jeść, jak biegać, ile trenować nie będą usatysfakcjonowani. Tego w tej pozycji nie ma. Przydatne rady są dość ogólnikowe i w dobie internetu wszystko to (dokładniej rozpisane) można znaleźć na forumach czy innych serwisach o bieganiu.

Podsumowując – pozycja ta to zgrabny miks tematów powodujący, że czyta się ją łatwo i przyjemnie. Skierowałbym ją raczej do biegaczy jeszcze nieprzekonanych do biegów górskich, ultra – tu z pierwszej ręki dowiedzą się co to jest i jak smakuje.
A jak już się przekonają to detale (treningi, diety, sprzęt) wyszukają gdzie indziej.

Książkę wydało wydawnictwo Galaktyka w 2015r. Ma ona 309 stron (+reklamy itd) i okładkowo kosztuje 39,90.