Archiwa tagu: bieganie

Kalenji Run Active Grip

W końcówce zeszłego roku, trochę z konieczności (bo podczas mojego urlopu w Górach Sowich przyszła zima i śnieg) zacząłem rozglądać się za butami, które:
– z jednej strony zapewnią mi lepsze trzymanie drogi,
– z drugiej nie będą hardcorowymi terenówkami,
– da się je kupić/przymierzyć szybko i na miejscu,
– nie będą drogie (cena około 100-150 zł, lepiej jak najtaniej).

Przy takim zestawie wymagań wybór i rozwiązanie problemu z reguły jest jedno – należało udać się do Decathlonu 🙂

Jak postanowiłem, tak zrobiłem. W sklepie owym zaś zakupiłem model Kalenji Run Active Grip. Czy spełnił on moje wymagania? Zapraszam do czytania. Punkty analizujemy od tyłu 🙂

Run Active Grip w niebiesko-żółtej odsłonie.

– nie będą drogie (cena około 100-150 zł, lepiej jak najtaniej). Założenie spełnione.
Wstępną analizę co by mi się podobało dokonałem przez internet. Po prawdzie, liczyłem, iż da się takie buty kupić jeszcze taniej (bliżej 50-70 PLN) ale aż tak dobrze nie ma. „Trailowe” buty jednak kosztują trochę więcej. Wybrany przeze mnie model na tą chwilę ceniony jest na 119,99 zł. W wybranym przeze mnie kolorze buty były jednak przecenione na 99 zł (końcówka serii).

– da się je kupić/przymierzyć szybko i na miejscu. Założenie spełnione.
Tu wiele do napisania nie ma. W mojej okolicy szczęśliwie Decathlony są. Po przejechaniu 25 km mogłem już buszować między półkami. Na czasie i odbiorze osobistym zależało mi bo to jednak urlop 🙂 Buty chciałem na już, na teraz i czekanie aż ktoś wyśle nie wchodziło w grę.

– z drugiej nie będą hardcorowymi terenówkami. Założenie spełnione.
Warunek ten wydawał mi się zasadny z następujących powodów. Po pierwsze naprawdę dobre i terenowe buty za 100zł nie występują. Dać trzeba z 200-300 (lub więcej). Po drugie w trailowych butach nie biega się zbyt rewelacyjnie po asfalcie. Jeśli jednak biega się rewelacyjnie 🙂 to niestety buty takie dość szybko się zużywają. Biegać zaś zamierzam w nich najczęściej tylko po asfalcie. Dziurawym miejscami, popękanym, przede wszystkim zaś pokrytym śniegiem, chlapą pośniegową, wodą po roztopach czy piaskiem którym posypywana była droga. Jeśli skręcę w las to będzie tam zaś twarda, ubita nawierzchnia ziemna. Błotko jak się pojawi to nie takie by się w nim utopić.

Podeszwa z dwu kolorowej gumy (za producentem – 60% guma, 40 % EVA

– z jednej strony zapewnią mi lepsze trzymanie drogi. Założenie spełnione.
Ten punkt wynika z powyższego 🙂 Opisałem tam po czym chcę biegać. Niestety asfaltowe buty Adidasa jakie mam (na weekendowe bieganie po Górach Sowich) nie nadają się zupełnie na zimowe warunki. Mają zbyt śliską podeszwę by ryzykować wywrotkę. Już na mokrym asfalcie czasem czuję stresik, a w śniegu, lodzie to bym chyba nie ogarnął 🙂

Wypostki nie są wielkie (3 mm) ale robotę robią.

Cóż, jak widać z powyższego wszystkie punkty spełnione czyli but idealny 🙂 No dobra, idealnie dobrany do wymagań a sprawujący się poprawnie.

Kalenji wykonane są dobrze. Nie jest to może ekstraliga ale wyglądają ładnie i nie mają niedoróbek. Kolory stonowane, na gorszą pogodę jak znalazł. Nie widać po nich specjalnie zabrudzeń, zachlapań.
Dobrze się je ubiera, są wygodne. Rozmiarowo wziąłem tym razem 46. W sumie myślę, że i 45 dało by radę. W grubszej skarpetce jest ok, w cienkiej czuję za dużo luzu. Trzeba trochę mocniej dociągnąć sznurówki.
Active Grip to but z gatunku lżejszych, bez gigantycznej amortyzacji. Odbieram je (wiadomo nowe jeszcze) jako sztywniejsze. Podeszwa ma swoją grubość izoluje od jakichś kamieni, patyczków. Przez swoją lekkość Kalenji są jednak wygodne, nie mam tu odczucia walki z jakimiś klockami na nogach. Od razu można powiedzieć się polubiliśmy, nie trzeba było okresu na dotarcie 🙂
Najważniejszą sprawą było wiadomo trzymanie podłoża. Tu jest zgodnie z oczekiwaniami. Dobrze 🙂 But dużo lepiej trzyma się zimowej drogi niż moje asfaltówki. Świeży, nieubity śnieg nie jest im straszny. Lekka chlapa, woda też nie podnoszą włosów ze strachu. Oczywiście bądźmy realistami. Na ubitym śniegu, lodzie przejechać się można. Nie ta liga, cudów nie oczekujmy.
Lekki teren w jaki wbiegałem na treningach też nie był im straszny. Dobrze mi się biegło po piasku, rozmiękłej ziemi. Ale uwaga – w błocie po kolana pewnie można przejść w surferski ślizg.
Trwałość jest jeszcze niewiadoma. Do tej pory zrobiłem w nich jakieś 30-40 km. Uszkodzeń brak.

Widok od góry. Klasyka butów biegowych w sumie, nie ma tu jakichś udziwnień..

Kończąc już opis, dostałem to co potrzebowałem. But na lekkie warunki terenowe, tani a solidny. Ze swojego zakupu jestem zadowolony.

Rechargeable Led Headlamp 609-2

Mimo, że życie coraz częściej uczy mnie, że nie warto ryzykować to ciężko całkiem wygasić żyłkę hazardzisty 🙂
Nie tak dawno temu spacerując po wałbrzyskiej giełdzie zobaczyłem i zakupiłem kolejną czołówkę. Dwadzieścia kilka PLN nie majątek, a nowa zabawka może ucieszyć 🙂
Kupiłem chiński produkt, do którego ciężko nawet znaleźć jakąś konkretną nazwę. Okazuje się jednak, że tanie nie zawsze znaczy złe, co postaram się opisać poniżej.

Żeby nie było, iż jest to jakiś „biały kruk” jak dobrze poszukacie w necie to myślę, że spokojnie traficie na takie lampki.
Na jednej ze stron wynalazłem nawet nazwę kodową tego ustrojstwa – NCV-CVAIA-LT410.

Specyfikacja techniczna (po angielsku, pobrana z netu i trochę uzupełniona przeze mnie). Myślę, że nie ma jednak problemu z odczytaniem.

General
Material: ABS+PC
Lens: optical PS Shuo lens
LED: 1x 5W xpe White LED, 2x Red LEDs
Maximum range: up to 200 meters
Brightness: 160 lumens
Battery: 1200 mAh (BL-5C)
Lighting time: white led full brightness at 4 hours, economic light to be over 30 hours
charging time: 6 hours with usb port
Waterproof grade: IPx4

Dimensions
Main Product Dimensions: 65x47x35 mm (L x W x D)
Weight: 70-79g *w necie podają 70g, w instrukcji 79g. Mi z pomiaru wyszło 76g

Opakowanie zewnętrzne.

Lampka zapakowana jest w szare, kartonowe pudełeczko, na którym oprócz rysunku czołówki znajdziemy też ikonki jej najważniejszych funkcji/możliwości.
Zawartość opakowanie nie kryje nic niezwykłego – czołówka z paskiem, kabel USB i instrukcja obsługi (po angielsku).

Zawartość kartonika 🙂

Obsługa lampki jest dość intuicyjna. Nikt raczej nie powinien mieć problemu z używaniem, nawet jeśli nie zada sobie trudu czytania (ale warto do niej zajrzeć bo jest tam opisany specjalny tryb – sensitive-control mode).
Lewy przycisk (patrząc od tyłu urządzenia) służy do włączania głównej diody. Prawy to włącznik dwóch, czerwonych diód. Przez tryby przechodzi się cyklicznie. W przypadku białej diody jest to – 100% mocy – Tryb ekonomiczny – wyłączona. Czerwone diody świecą ciągle lub migają.
Oba (białe, czerwone) źródła światła mogą działać równocześnie lub osobno.

Czołówka w całej swoje okazałości

Jak wspomniałem czołówka ma jeszcze tryb – sensitive. Moim zdaniem jest to bardzo pożyteczne udogodnienie.
Uaktywniamy go trzymając wciśnięty przez 3 sekundy lewy przycisk urządzenia. Polega ono zaś na tym, że przesuwając ręką z odległości około 15 cm przed lampą gasimy światło. Kolejne przesunięcie włącza je z powrotem. Działa to dużo szybciej niż klikanie na włącznik (i przechodzenie przez wszystkie tryby), no i jest dużo wygodniejsze w czasie biegu (przyciski mają swój opór i nieraz miałem kłopot by je wymacać i wcisnąć kiedy biegłem).

Włączniki obu rodzajów diód
Front
Regulacja pochylenia

Wykonanie całości nie budzi jakichś większych zastrzeżeń. Nic nie odpadło, przyciski działają, regulacja pochylenia trzyma tam gdzie ustawimy, pasek nie odpina się. Jest więc ok.
Nie testowałem tego urządzenia w jakichś hardcorowych warunkach ale jak na bieżącą zimę – lekkie, minusowe temperatury, wilgoć, mgły to nie szkodziło jej to. Nie ma zapoceń, wilgoci w środku.
Akumulator wytrzymuje te 4 godziny świecenia (tyle podaje instrukcja). Wydaje mi się, że pociągnął by spokojnie i więcej, ale uczciwie powiem, nie próbowałem. Szkoda mi było zmarnować ewentualny trening gdyby mi się rozładowała w czasie biegu.
Co warto jeszcze zauważyć to fakt, że akumulator jest wymienialny. Gdyby stracił pojemność to po prostu otwieramy klapkę i możemy włożyć już nową baterię BL-5C.

Odczuciowo, lampa jest dobra ale nie genialna.
Przez swój kształt umieścić trzeba ją płasko na czole. U mnie wychodzi to dość nisko nad oczami i trochę mnie denerwuje. Jak przesunę ją zbyt mocno w górę to z kolei zaczyna się chwiać w czasie biegu. Trochę szkoda też, nie ma w niej dodatkowego paska, który przechodzi przez środek głowy – jest tylko standardowy, po obwodzie.

Świecimy – blisko, dalej i najdalej

Urządzenie, jak widać na zdjęciach generuje światło „dzielone” – w środku mocny, jasny, skupiony punkt i szerszy okrąg (już mniej jasny). Nie jest to mój ulubiony rodzaj ale nie powoduje to wielkiego dyskomfortu. Widać gdzie biegnę, po chwili przyzwyczajam się do takiej wiązki światła. Odpowiednio sterując pochylenie można sobie ustawić tak jak lubimy – czy bliżej pod nogi, czy oświetlanie dalszego terenu.

Być może z załączonych zdjęć nie wygląda to rewelacyjnie ale ilość światła wystarcza. W „moim” lesie nie mam kłopotu z wyczajeniem przeszkód, gałęzi czy dołków.
Ja wolę świecić sobie bliżej pod nogi ale i fani doświetlenia dali (by z wyprzedzeniem zobaczyć ewentualne przeszkody) będą zadowoleni.

10 metrów przed nami

Powyższa fotka pokazuje oświetlenie szlabanu z odległości 10 metrów. Jest on oświetlony ostrym środkiem, słabszy okrąg zaś doświetla nam otoczenie bliżej nas. Da się świecić i dalej (pewnie deklarowane przez producenta wartości w warunkach laboratoryjnych są osiągalne) ale na dobrą widoczność na 200 m to już bym nie liczył.

Jak na wydane pieniądze to powiem krótko, że warto. Nie jest to mistrzostwo świata ale świeci, nie popsuło się i to co ważne jest ekonomicznie (zwłaszcza w kontekście kupowania baterii alkalicznych, potrzebnych np. do opisywanego jakiś czas temu Kodaka).

Po okręgu

Moje bieganie prowadzi po sinusoidzie. A może po okręgu? A najlepiej po sinusoidowanym okręgu 🙂

Statystyka 2019. Kilometraż tygodniowy, tygodniowa ilość treningów biegowych i waga

Wspinam się mozolnie na kolejną górkę, widać szczyt, już na nim jestem by za chwilę zacząć opadać w dół. Droga w dół dobija, zniechęca ale uparty jestem więc dalej prę w przód. Kolejna górka, kolejny krok w przód…. Finalnie zaś ląduję w punkcie wyjścia. Jak zawsze w dole by mozolnie zacząć kolejną drogę. Każdy kolejny szczyt jest jednak trudniejszy, coraz słabiej drze się do przodu…

Taki był ten rok. Wiem dlaczego (a może i nie?) ale niewiele robię by to zmienić. Tyle lat te same błędy, tyle razy niefartowne sytuacje… Ciężko mieć do kogoś pretensje skoro sam tak decyduję.

Pobiegałem już co chciałem, byłem na zawodach, na których być chciałem. Dalsza turystyka mnie nie kręci – jechanie w inny kraj by pobiec to nie dla mnie. I kasy szkoda (nie ma) i czasu.
W głuchą noc przemierzać górskie ścieżki to już też nie. Cóż to da, skoro meta daleko, a limit czasu ku końcowi zmierza.
Szybszy niż wiatr nie będę 🙂 Lata lecą, kilogramy stoją. Od lat biegam źle. Trenuję? Nie, biegam tylko, lecz ciągle nie tak jak należy. Strach mi towarzyszy na starcie, że znów zabrakło czasu, kilometrów, za gorąco, za zimno. I znów nie tak będzie na mecie…

Cóż widać tak musi być. Chciałbym, by 2020 był jakimś przełomem ale chyba nie stanie się nic niezwykłego. Stoję na starcie a widzę już metę. Niestety bez zadowolenia z pokonanego wyścigu.
Oby chociaż w ten kolejny, 8 już rok tej wytrwałości nie zabrakło by mozolnie piąć się pod górę…

XIAOMI AMAZFIT STRATOS 3 – CZĘŚĆ 3

Tym razem krótki wpis ale w mojej ocenie ważny bo komfort sportowego używania smartwatcha znacząco wzrósł w ostatnim miesiącu.

Xiaomi Amazfit Stratos3

Producent na ten moment ogarnął dobrze kwestię synchronizacji danych.
Nie ma żadnych problemów z połączeniem i transmisją. Wszystko ładnie idzie w aplikację i do Stravy. W skutek tego należy przypuszczać, że i w drugą stronę (czyli np. aktualizacje A-GPS) systematycznie pojawiają się w zegarku.

Spowodowało to finalnie, że mój zegarek łapie fix w bardzo dobrym czasie. Praktycznie każde wyjście na trening to około 10 sekund (albo mniej) oczekiwania na fix.

Drugą rzeczą jaką zanotowałem to fakt, że nie psuje mi już miejsca startu (sygnalizowałem to w drugiej części testu). Wszystkie biegi z grudnia ładnie wskazują miejsce startu i mety.
Oglądając też zapis treningów odbytych w innych miejscówkach i tu jest ok. Nie widzę drastycznych przekłamań.

Przyglądając się całemu zapisowi ścieżki, ślad owszem trochę „krąży” wokół drogi ale przesunięcie jest akceptowalne. Nie ma tu dziwnych ścięć, skrótów.

W grudniu nie robiłem już porównań dystansu z Xiaomi do Suunto. Patrząc sobie jednak na identyczne biegi jakie zrobiłem, za każdym razem Stratos podaje podobny dystans. Są to np.
1. 6.62 km
2. 6.68 km
3. 6.67 km
Nieźle, to praktycznie żadne różnice jak na bieg po lesie.

Pod względem używalności codziennej zegarek jest bezproblemowy. Nie wariuje, nie zawiesza się. Baterię ładuję co 7 dni. Strona wizualna bez zastrzeżeń.
W przebytym okresie testowym była aktualizacja apki, soft w zegarku nie aktualizował się, jak pamiętam.

Cóż. Niewiele więcej mam do dodania. Zegarek stał się bardziej „dokładny”, zapisane trasy wyglądają realnie a to rzeczy ważne dla biegacza.
Ilość treningów bezproblemowych w grudniu – 11 więc nie może tu być mowy o przypadku. Dobrze to rokuje na przyszłość.
O ile w drugiej części testu trochę miałem obawy o przekłamania GPS teraz uważam, że jest bardzo dobrze. Jeśli producent nic tu nie popsuje produkt uważam za godny polecenia.

Xiaomi Amazfit Stratos 3 – część 2

Skoro już opowiedziałem trochę o stronie wizualnej Stratosa, to należałoby przyjrzeć się temu co potrafi on od strony sportowej.

Z wiadomych względów najbardziej interesowało mnie bieganie i z dedykowanych mu pozycji w menu korzystałem. Zestaw opcji sportowych jest oczywiście szerszy – producent dał nam możliwość uprawiania 19 dyscyplin 🙂

Odpalenie sportu (biegania) w Stratosie jest banalne. Wystarczy kliknąć 3 razy górnym przyciskiem (Potwierdzenia/Startu) i już. No, oczywiście między kliknięciami wypadałoby poczekać aż zegarek złapie fix.

Łapanie fixa nie jest procesem problematycznym. Wiadomo, zależy ono od warunków terenowych/meteorologicznych jak i regularnego aktualizowania urządzenia. Jeśli nie zaniedbujemy aktualizowania, to odczuciowo średni czas nie przekracza 30 sekund (nieraz jest to i szybciej). Co ważne, nie było też sytuacji by Stratos fixa kiedyś złapać nie mógł. To lubię, bo wcześniejsze chińskie wynalazki potrafiły jednak nic nie wyszukać.

Oczciwym będzie powiedzenie jednocześnie, iż moje wiekowe Suunto łapie GPS jednak trochę szybciej. Na dokonane do tej pory biegi Stratos tylko raz go wyprzedził, pozostałe próby należały do Ambita.

Korzystanie z Amazfita w czasie biegu jest zadowalające. Tętno mierzy. Jak ustawimy alerty o jego przekraczanie, sygnalizuje to. Zestaw wyświetlanych danych jest duży. Jest kilka ekranów, na których (w apce) ustawiamy co chcemy widzieć. Ja w czasie treningów nie analizuję zbyt wiele i w sumie korzystam tylko z pierwszego ekranu. Mam tam czas biegu, przebyty dystans, tętno, tempo chwilowe.
Czytelność cyfr/pól jest bardzo dobra. Nie mam kłopotu z odczytam ani w dzień ani w nocy. Uwaga, nocą biegam w czołówce i jej światło skierowane na ekran świetnie gwarantuje widoczność. Nie muszę odpalać podświetlenia w zegarku.
Zaliczenie ustalonego dystansu (autolap co 1 km, albo nasza wartość) sygnalizowane jest wibracją i ekranem na którym jest podany numer „kilometra” i średnie tempo. Tu cyfry mogłyby być większe ale i je da się odczytać.
W czasie sportu GPS w zegarku zachowuje się stabilnie. Sygnału jak do tej pory jeszcze ani razu mi nie stracił. Raz „czasomierz” pomylił się sporo na pierwszym kilometrze, w innych przypadkach wyglądało to dobrze. No, przynajmniej na pierwszy rzut oka, ale o tym będzie niżej.

Dokładność GPS – porównywane z Suunto Ambit 1.

W Stratosie mam ustawione GPS + Glonass. Tak na oko wielkiej różnicy między zegarkami nie ma. Oba pikały podobnie. Raz szybciej Stratos, raz Ambit.
Wyniki notują „akceptowalnie różne” dla amatora. Wychodziło mi np. tak:

Suunto1: 6.7 km / Stratos3: 6.67 km
Suunto1: 5,03 km / Stratos3: 5,13 km
Suunto1: 7,36 km / Stratos3: 7,45 km
Suunto1: 8,38 km / Stratos3: 8,83 km (to ten najbardziej nieudany bieg)
Suunto1: 10,27 km / Stratos3: 10,20 km

Gorzej jednak zaczyna się robić jak zaczniemy porównywać detale. Z historii w.w. biegów wyszło mi, że Stratos prawie zawsze jakiś problem miał. Najczęściej rozjeżdża mu się miejsce startu (widać przykład na obrazku poniżej). To później rzutuje na wynik.

Rozjazd startu w Stratosie 3

Patrząc też na ślad generowany na mapie, Stratos nie do końca trafia w drogę. Z reguły jest gdzieś w pobliżu. Tu Suunto jest lepsze.

Suunto lepiej trafia w drogę.

Ale cóż… Do takiego „dreptania” jak ja robię da się to przeżyć. Nie jest to jakaś wada krytyczna. Oczywiście jeśli ktoś potrzebuje bardziej dokładnego urządzenia może być rozczarowany.
Dużo wad jakie ma jeszcze Xiaomi są jednak szybko poprawiane, miejmy nadzieję, że poprawią i to w kolejnych aktualizacjach.

Po treningu.

Bezpośrednio po zakończeniu i zapisaniu aktywności, już w zegarku dostajemy spory zestaw danych potreningowych. Są słupki, wykresy, ślad trasy, analiza formy i czas regeneracji 🙂 To wszystko (a nawet i więcej) możemy też zobaczyć w aplikacji na komórce, kiedy zsynchronizujemy nasze dokonania.
Synchronizacja w sumie idzie dość dobrze. Szybko (w miarę) i stabilnie (na ten moment). W którejś poprzedniej wersji softu był problem. Proces się zapętlał i w kółko wczytywało, potwierdzało, że już i od nowa 🙂 Różnie ludzie sobie z tym radzili – mi pomagało kliknięcie ręcznego synchronizowania w zegarku, a nie w aplikacji.
Jak już nasze dane wylądują w apce, to za chwilkę pojawiają się też w Stravie. Oczywiście wcześniej oba programy trzeba powiązać.
Do Stravy idzie chyba pełny zestaw danych. Jest np. tętno, a to nie zawsze standard.

W sytuacji awaryjnej jest też ciekawa opcja rezerwowa. W zegarku naciskamy przycisk Eksportuj trening. W urządzeniu zostaje zapisany plik *.gpx. Podłączając później zegarek do komputera możemy go sobie skopiować i robić z nim co chcemy. Super 🙂

Bajery

Zasygnalizuję tylko, bo jeszcze zbytnio nie analizowałem i używałem 🙂
Oprócz prostego biegnięcia można także potrenować 🙂 Są do wyboru opcje celów (np. czas, dystans itp). Można też stworzyć (w aplikacji) swoje treningi interwałowe i je wysyłać do zegarka. Da się ustawić kilka różnych interwałów (personalizowanych np. względem czasu, dystansu).
Fani muzyki maja w Stratosie 2 GB miejsca na mp3. Można sobie wgrać swoje utwory i oczywiście słuchać w czasie aktywności.

Podsumowanie

Stratos 3 w świetle powyższych informacji jest zegarkiem na którym mi właśnie zależało.
Stylowo wygląda, da się go nosić na co dzień. Jakość wykonania, spasowanie, działanie i możliwości są bardzo dobre. Nie widać tu taniości i bylejakości, system chodzi płynnie, stabilnie. Bateria pozwala na długie używanie (wiadomo zależy kto i co, ale codziennie ładować go nie trzeba 🙂 )
Smartwatch w akceptowalny sposób wspiera też sport. Zestaw danych treningowych, dokładność dla większości będą więcej niż wystarczające. Trochę bardziej zaawansowani z pewnością docenią możliwość eksportu danych w celu dalszych porównań, analiz.

Oczywiście okres jaki go mam jest jeszcze zbyt krótki by wypowiedzieć się o trwałości ale pierwsze wrażenie jest więcej niż dobre 🙂

Xiaomi Amazfit Stratos 3 – część 1.

Jako, że niedawno miała miejsce premiera nowego (nowej wersji dokładniej bo to raczej rozwinięcie wersji 2) sportowego smartwatcha od Xiaomi myślę, że warto przyjrzeć mu się bliżej.

Suche parametry sprzętu można wyszukać w necie. Ot chociażby tu:
Stratos 3

Wstępne recenzje, filmy na youtubie już są, ale w żadnym chyba za bardzo nie skupiano się na przydatności sportowej tego sprzętu. Myślę, że poniżej uda się to i owo przybliżyć. Proszę mieć jednak na uwadze, że nie będzie to opis rozkładający urządzenie „na czynniki pierwsze” Opisuję to co sam używam, co mi potrzebne.
Artykuł ten jest kompilacją moich odczuć umieszczonych na forum Bieganie.pl więc proszę wybaczyć jeśli wyszło mniej składnie – tam podzielone było to na większą ilość wpisów.

ZAKUP
Sprzęt zamówiłem przy okazji chińskiego Dnia Singla (jak to się chyba fachowo nazywa) – 11/11. Aby zminimalizować ryzyko długiego czekania na paczkę i ewentualnych opłat celnych wybrałem opcję z wysyłką z Hiszpanii. Szybko wysłali i już 14/11 kurier przybył do mnie z paczką.

UNBOXING
W środku przesyłki otrzymujemy czarne eleganckie pudełeczko. W czarnym pudełeczku zaś jest białe pudłeczko 🙂

Pudełeczka dwa

Gdy już otworzymy w.w. pudełeczka w środku znajduje się to co na obrazku:

Zawartość pudełeczek

Dokładniej zaś mamy zegarek, podstawkę ładującą, instrukcję obsługi (biała, gruba książeczka) oraz małą czarną książeczkę, która przybliża nam sztukę biegania „Beginners Guide to Running”.
Ciekawostka, pokazująca chyba, kto jest najczęstszym odbiorcą tego urządzenia 🙂

WIZUALNIE
Nie książki i instrukcje są jednak tym na co czekaliśmy więc zerknijmy na Stratosa. Urządzenie wykonane jest wg mnie solidnie. Wszystko spasowane, nie ma tu mowy o żadnych szczelinach, niedokładnościach. Koperta to mix tworzywa w stylu karbonu, stali. Producent pisze jeszcze o ceramicznym bezelu.
Na środku spodu mamy okienko z diodami do pomiaru pulsu, przy boku 4 styki do ładowania. Styki nie są niczym osłonięte, ale to w sumie standard i u innych producentów.

Stratos3 – diody pulsometru i styki ładowania.

Stratos z prawej swojej strony ma 4 przyciski. 2 większe, osobne i na środku mniejszy, podwójny. Wszystkie pracują z wyczuwalnym oporem, czuć delikatne „kliknięcie” potwierdzające, że coś nacisnęliśmy.

Stratos 3. Przyciski

Patrząc na górę sprzętu mamy metalowy pierścień (delikatny, nie jest jakoś mocno masywny) no i ekran. Ekran umieszczony jest trochę głębiej niż pierścień więc jest szansa, że rysował się mega nie będzie.
Zegarek ma odłączany, silikonowy pasek z systemem quick fit. Pasek przyjemny w dotyku, miękki. Dobrze dopasowuje się do ręki. Jego dużym plusem jest fakt, że ma sporo dziurek i nie ma problemu z dopasowaniem zegarka do nadgarstka.

Pierwsze odczucia po założeniu Stratosa są dobre. Przyjemnie leży na nadgarstku. Nie przesuwa się, nie podrażnia niczym. Wagowo sprzęt jest raczej lekki. Dokładniej to waży 60 gr. Mojego starutkie Suunto 1 zaś 77 gr. Różnica nie porażająca ale zawsze to parę gram mniej.

Żeby nie było, iż same plusy widzę nie podobają mi się uszy koperty. W swojej zewnętrznej części są one puste (dokładniej to wgłębione). Nie wiem co ma to na celu, wg. mnie pełne wyglądałyby ładniej. Tu mam wrażenie, że może się zbierać syf, brud i fajne to nie będzie.

UŻYWANIE – OGÓLNIE
Startując pierwszy raz, należy rozpocząć od zainstalowania apki na komórce, a później odpalać zegarek i synchronizować go z telefonem. Skanujemy kod QR z zegarka i sprzęty są połączone.
Odpalenie zegarka trochę trwa, no ale nie robi się tego co chwilę (no chyba, że ktoś lubi gasić i włączać 🙂 )

Co rzuciło mi się w oczy gdy już sprzęt działa i wyświetla. Ekran jest specyficzny. Wyświetla on (w stonowany sposób) dane cały czas. W ciemnym pomieszczeniu widoczność jest słaba. Trzeba posiłkować się podświetleniem (brzydkim, po jego włączeniu kolory ekranu robią się niebieskawe/fioletowe). Jeśli jednak na ekran pada światło albo jest jasno (np. na zewnątrz, w dzień) widoczność jest bardzo dobra. Nie miałem problemów z odczytem nawet przy mocnym słońcu. Biegając w nocy i świecąc na tarczę czołówką też spokojnie możemy wszystko odczytać.
Trzeba się do tego przyzwyczaić. Ogólnie wyświetlacz jest czytelny, napisy, ikonki ok, widoczne. Zakres jasności/podświetlenia wystarczający. Dotykowy ekran pracuje dobrze, reaguje na dotyk raczej problemów nie miałem, że dotykam i nic. W chińskim Zeblaze jaki miałem wcześniej działało to oporniej.

Producent urządzenia jako jedną z jego największych zalet podaje długie czasy działania – czy to w normalnym użyciu, czy z GPS.
Faktycznie jest dobrze.
Sprzęt odpaliłem pierwszy raz w czwartek wieczorem. Miał na starcie około 85 % baterii. W kolejną środę wieczór zostało mi 10%. Przez ten czas wykonałem 2 biegi z GPS (około 1:50 łącznie), instalował się update, synchronizowałem go codziennie przynajmniej raz z tel. no i jak to przy nowościach trochę się nim pobawiłem, poklikałem. Nieźle, prawie tydzień wytrwał 🙂 W mojej ocenie, oszczędnie go używałem, jakbym leciał cały dzień na BT, pewnie dużo szybciej by się rozładował.
Ten „tydzień” przy moim używaniu (podobnym jak wyżej) to taki standard. Tyle mi wytrzymuje.

Menu zegarka zawiera standardowy zestaw smartwatchowo-sportowy. Są opcje do muzyki, stopery, alarmy, budziki, tętno, kompas itp. itd. Sporo opcji związanych ze sportem – od historii aktywności przez wybór tego co chcemy uprawiać. Jest też analiza snu.
Nawigacja po menu nie jest problemowa. Nic się nie zacina, przymula. Przyjemnie to działa.
Nawigować można albo używając dotykowego ekranu albo posiłkując się przyciskami. Dwa, te najważniejsze, pełnią funkcję Startu (górny) i Powrotu/Wyjścia (dolny).

Personalizację menu/ustawień zegarka dokonujemy z poziomu aplikacji instalowanej na smartfonie.

APLIKACJA
Nieodłącznym elementem smartwatcha jest apka. W przypadku Stratosa zwie się ona Amazfit 🙂

Na pierwszy rzut oka nie wygląda ona okazale ale zyskuje przy dłuższym używaniu. Co ważne, działa stabilnie – do tej pory mi się nigdy nie zawiesiła, wysypała. Były oczywiście momenty, że szwankowała synchronizacja ale producent w miarę szybko poprawia błędy. Teraz np. wszystko działa już ok.

Za pomocą programu możemy dodawać do zegarka nowe funkcjonalności (np. tarcze, wgrywać utworzone treningi), konfigurować co ma wyświetlać na ekranie (np. przy danym typie sportu), jak i przeglądać to co w zegarku powstało. Czyli zapis naszych treningów, kroków, snu, tętna itp. Jeśli będą update-y systemu tu też możecie to sprawdzić. Ale… zegarek można aktualizować i bez włączania apki. Wystarczy mieć wifi i sam sobie sprawdzi czy są nowości 🙂

Danych „aktywnościowych” jest mnóstwo. Jest co oglądać i analizować. Są wykresy, są liczby 🙂 I to duży plus dla maniaków statystyk.

Nasze konto da się też zsynchronizować z aplikacjami zewnętrznymi. Mi najbardziej zależało na Stravie (bo z niej przerzucałem dane do Endomondo). Powiem, że działa i jestem z tego bardzo zadowolony 🙂

Pierwsze moje wrażenia z używania Stratosa 3 są pozytywne. Podoba mi się, noszę go codziennie i używam też do biegania. Mam już trochę treningów zapisanych więc w kolejnej części podam jak sprawuje się właśnie przy sporcie.

Rękawiczki do biegania Active Touch Aldi

Nie będzie to dokładny opis, a raczej szybka informacja dla zainteresowanych 🙂 Spośród marketowych różności sporo rzeczy mam z Aldi i uważam, że trzymają poziom na tyle by warto to i owo kupić.
Będąc tam, teraz przyuważyłem wysyp biegowych ciuchów (rękawiczki, opaski, chusty).
Wziąłem rękawiczki za około 16zł.
Usytuowałbym je pomiędzy takimi najtańszymi a narciarskimi. Materiał wygląda na solidniejszy, przeciwwiatrowy. Mają odblaskowe wstawki co przyda się w nocnych bieganiach.
Dzisiaj na treningu było około 7 stopni i były dla mnie za ciepłe. Ręce się pociły. Uważam, że sprawdzą się więc przy bardziej zimowych temperaturach – okolice 0, większy wiatr. A, że zima niedługo to warto kupić 🙂

Rękawiczki Active Touch
Wierzch,warstwa wiatroodporna
No i środek 🙂


Półmaraton Górski Orzeł – 23/11/2019

Finał Ligi Biegów Górskich Attiq

23/11/2019 w Sokolcu odbył się nowy bieg – Półmaraton Górski Orzeł, będący przy okazji finałem Ligi Biegów Górskich ATTIQ.

Za jego przygotowanie odpowiadała ekipa od Biegu na Wielka Sowę, Górskiego Biegu Niepodległości w Świerkach więc organizacyjnie wszystko stało na wysokim poziomie. Nie będę więc rozwodził się nad tym co było w pakiecie i jak się zapisać 🙂 Kto ciekawy znajdzie stronę organizatorów i wszystko wyczyta.

Półmaraton ten był moimi ostatnimi zaplanowanymi zawodami w tym roku. Zwyczajowo już (przykre to) podchodziłem do niego z obawami jak pójdzie. Od czasu Biegu Niepodległości treningi moje w dalszym ciągu krótkie – 10 km nie przekraczałem. Rodziło to obawy czy 21 km nie będzie jakąś wybitną męką.
Cóż, za późno było na dylematy. Zrezygnować z biegu nie chciałem więc postanowiłem powtórzyć strategię z ostatnich zawodów. A więc 🙂 wolno, spokojnie i jakoś to będzie.

Poranek zawodów powitał biegaczy zimnem i mocnym wiatrem. Zwłaszcza ów wiatr był dołujący – obniżał mocno temperaturę odczuwalną, przeszywał jak to się mówi „do szpiku kości”.
Pobiec chciałem w dwóch warstwach – pod spodem lekki, długi rękaw a na to koszulka bez rękawów, ale idąc do biura zawodów czym prędzej wyciągałem z worka wiatrówkę i rękawiczki. Oj, dobrze, że je w ogóle wziąłem 🙂
Na górze, pod Schroniskiem Orzeł wiało jeszcze lepiej więc pozostało startować w całym ekwipunku.

Dmucha…

Pakiet odebrany, rozgrzeweczka zrobiona i lecimy 🙂

Wtrącę tu jeszcze jedną myśl. Półmaraton Orzeł niby nowy, ale pod względem trasy tak nie do końca. Parę lat temu ta sama ekipa organizatorów, wraz z pewną firmą też robiła tu półmaraton. Z szybkiego looku na trasę wychodziło mi, że będzie to samo, wiedziałem więc czego się spodziewać. Po biegu wiem już, że jednak zmiany były 🙂 Powiedziałbym, że trasa była trudniejsza niż kiedyś (zwłaszcza pierwsza połowa).

Zacząłem bieg od połowy stawki. Pierwszy podbieg wolno, spokojnie. Później na zbiegu planowałem luźno ale szybciej. Zbieg mi jednak poprowadzili inaczej 🙂 Był krótszy i trudniejszy technicznie. Uważać trzeba było na sowiogórskie kamienie ukryte pod warstwą liści.
Po zbiegu zaczęło się pod górę (też dalej niż kiedyś) i … w sumie tak już do końca .. góra, z góry 🙂
Żartuję trochę ale trasa ciekawa. Dla zawodowców pewnie łatwa, mi w kość dała.
Ciekawostką na niej był fakt, że zbudowana była na bazie dwóch różnych kółek. Elementem łączącym je było miejsce startu. Fajna sprawa, jak ktoś miał kibiców to mogli go zagrzewać do walki w trakcie.
Starając się powiedzieć ogólnie o trasie, drugie kółko było raczej łatwiejsze. No może poza ostatnim 1-1,5 km, który niszczył. Kto był to wie, kto nie był to polecam spróbować za rok.

Drobię w miejscu bo tu w sumie pod górkę było, ale co się nie robi dla foto 🙂

Strategię biegową zrealizowałem znów dobrze. Na podejściach oczywiście chodziłem, z górek zbiegałem lekko (nie na 100%). Zadowolony jestem z siebie bo do końca zawodów miałem siłę i biegłem. A ostatnim razem (tu) w końcówce nie miałem sił nawet by biec z górki.

Zbieg w końcówce zawodów

Dokonało się – finish. Tempo i czas oczywiście nie porażają. Na mecie stawiłem się po 02:43.41. Pozycja 415 z 526. W kategorii M40 byłem 132.

Fajnie. Po biegu nie byłem głodny więc by się nie wychładzać ruszyliśmy z Żoną w dół, do auta. Nie czekałem już na losowania nagród, dekoracje ale oczywiście były gdyby ktoś chciał wiedzieć.

Podsumowując więc – bieg ciekawy, w pięknych okolicznościach przyrody. Polecam.

8 Bieg Niepodległości – Świerki (11-11-2019)

Bieg Niepodległości w Świerkach był dla mnie zawsze taką symboliczną końcówką sezonu. Jeśli nie biegałem później w City Trailu, to tu była jeszcze ostatnia możliwość zweryfikować swoją aktualną formę.

Pamiątki biegu.

W tym roku nastawienie do w.w. biegu miałem dość zachowawcze – bardziej by wstydu przed sobą nie było niż by liczyć na życiówki . Ostre trenowanie zakończyło się po BUGT. Siadła trochę motywacja ale i mocno skupiłem się na życiu poza biegowym (realizując jakieś inne pilne sprawy).

Zmniejszone treningi (rzadziej i krócej) w sposób jasny wskazywały , że małe są szanse na genialny wynik. Z tego powodu na starcie zawodów zjawiłem się z mocnym postanowieniem pilnowanie strategii. Zacząć bardzo spokojnie, tak by jak najwięcej sił zostało na druga połowę dystansu. Pilnować się chciałem także na zbiegach bo etap w dół (po początkowym 1,5km w górę) potrafi spalić na tyle mocno nogi, że później już sił brakuje na cokolwiek. Czyli… z górki miało być w miarę szybko ale nie w przysłowiowego „trupa”.

W tym roku założenia taktyczne udało się spełnić w 100%.

Wystartowałem z połowy stawki. Wolno ciągnąłem się pod górę, starając się nie szarpać (pokusa wyprzedzania tych co idą jest spora). 1,5 km poszło dobrze, siły są więc można było na wypłaszczeniu-zbiegach trochę przyśpieszyć. Z górek leciałem mniej więcej na tempie 4:30-4:40, płaskie etapy po około 5:30. Spacery na trasie były dwa, w tych miejscach gdzie bieg wielkiego sensu nie miał. Tempo byłoby podobne.

Jeden z przyjemniejszych fragmentów trasy 🙂
Jestem i na tym zdjęciu. Oczywiście mocno zasłonięty 🙂

W końcówce (ostatnie 1,5 km) trochę się rozpędziłem, ale też z umiarem. Trasa tu mocno kamienista, momentami ostro w dół. Szkoda było sobie coś zrobić mimo, że pogoda była dość łaskawa dla biegaczy – nie było błota, śniegu na trasie.

Mocny zbieg z Góry Włodzickiej.

Na mecie zameldowałem się w całkiem dobrej dyspozycji (bo i siły były nawet na solidny finish) po 01:01:08. Oczywiście można było coś z tego urwać ale jestem zadowolony. Nie miałem żadnego kryzysu, podchodzenia przy końcu biegu.

Czas osiągnięty jest porównywalny z ubiegłorocznym (wtedy trochę lepiej było bo 01:00:21).
Jest to oczywiście pewnego rodzaju krok w tył – trzymając formę z BUGT mogłem pobiec dużo lepiej. Z drugiej strony wiedząc o swoich brakach, pilnując strategii osiągnąłem sukces – realizując założony cel. Głowa jednak to potęga 🙂

Suche numery mówią, iż: zająłem miejsce 197 z 390 startujących. W kategorii M40 byłem 70.

„Sukces” na mecie udało mi się dodatkowo wzmocnić wylosowaniem świetnej apteczki samochodowej co dodatkowo podniosło moje morale.

Udało się, wylosowali mnie 🙂

Jak można zauważyć przy tegorocznym opisie, odpuściłem opis zapisów, biura, organizacji. Bieg w Świerkach jest już dość dobrze zakorzeniony w swojej formule i dalej trzyma poziom. O jego klasie (jak i innych zawodów organizowanych w rejonie) świadczą liczne nagrody zdobywane corocznie oraz liczna frekwencja startujących, więc z czystym sumieniem mogę go polecić innym zawodnikom.

XXV Międzynarodowy Bieg Uliczny Twardogóra 2019 – 22/09/19

Kolejnych z moich „stałych punktów programu”. Lubię biegać w Twardogórze i także w 2019 r. nie mogło mnie tu zabraknąć.

Organizacja, trasa i inne sprawy formalne zawodów w sumie bez zmian, szkoda więc klepać w klawiaturę. Kto ciekawy sobie wyszuka w starych relacjach 🙂

Tegoroczna edycja powitała biegaczy słoneczkiem i ciepłem. Jak dla mnie mogłoby być chłodniej ale spoko, nie padałem. Bidon z wodą w ręce był, więc ok.

Na sam bieg nie miałem przygotowanej wielkiej strategii. Z jednej strony chciałem zaprezentować się jak najlepiej, z drugiej byłem pewien na 100%, że wyniku z zeszłego roku nie osiągnę. Pozostało więc nie lenić się, ale i pilnować by nie spalić za szybko po starcie.

Plany, planami a wyszło trochę jak zawsze 🙂 OK, nie poleciałem w trupa ale otwarcie miałem raczej za szybkie. Widać to na zapisie z trasy. Pierwsze 2 kółka równo, począwszy od 3, 4 okrążenia systematycznie zwalniałem. Jakoś koło 3 okrążenia zaczęła mi podpowiadać głowa, że za ciężko, może by tak parę metrów spaceru… Aż się sam przestraszyłem bo co to za taktyka iść na 10 km biegu. „Złe” głosy w głowie udało się zgasić. Troszeczkę zwolniłem i po chwili kryzys minął.

Na trasie. Żle się ustawiłem na wirażu, prawie mnie nie widać 🙂

Oficjalnie wyszło, iż metę minąłem po 00:48:26. Dało mi to miejsce 58 z 93. W swojej kategorii byłem 16. Średnie tempo na biegu – 4:51 min/km. No nieźle, wstydu nie było.

Ciekawostką może być fakt, że mimo iż rok temu wykręciłem tu kosmiczne 44:49 to byłem „tylko” 63/19. W kategorii za to tak samo – 16 lokata 🙂 Oznaczałoby to, iż tym razem poziom rywali był słabszy.

Po bieganiu przyszła pora na dekoracje zwycięzców i losowanie nagród. Muszę tu pochwalić organizatorów – poszło im to naprawdę sprawnie. Ja, trochę gorszy bieg wynagrodziłem sobie otrzymaniem wylosowanej wagi domowej. No proszę, miało się szczęście 🙂

W Twardogórze startowała również moja małżonka. Wykazała wolę walki i ładnie do mety doleciała. Chwali się, jak na niewielki okres treningowy było super. Mam wrażenie, że do biegania to ona ma większy potencjał niż ja. Może jednak z grzeczności nie chce mi robić konkurencji 🙂

Rodzinny team 🙂

Kończąc pozostaje zwyczajowo pochwalić Twardogórę za sprawną organizację, fajnego biegu. Pewnie za rok znów pojawię się na trasie.