Archiwa tagu: bieg

Podsumowanie – marzec 2019

Ani się człowiek nie obejrzał i już po marcu.
Tak jak spodziewałem się czas leci stanowczo za szybko. Trenuje się i owszem, ale skoro sam czuję niedosyt znaczy, że nie idzie w 100% tak jak powinno.
Spora w tym zasługa tyg.10 kiedy to rozłożyło mnie tak złośliwe choróbsko, że wypadł mi cały tydzień (brak jakichkolwiek aktywności). Osłabienie trzymało niestety i w kolejnym tygodniu. Zamiast „lecieć” do przodu mozolnie wracałem na ledwo co osiągnięty poziom.
Cóż, łącznie spowodowało to, że kilometraż, ilość treningów i reszta parametrów nie wyszła tak jak chciałem.
Widać to dobrze na wykresie:

Analizując poszczególne składowe miesiąca:

WAGA
Bez zmian. Dobrze, że chociaż w górę już nie leci 🙂

KILOMETRAŻ + ILOŚĆ/JAKOŚĆ TRENINGÓW
Poza nieszczęsnym tygodniem nr.10 dalej w miarę regularnie robię 4 treningi na tydzień. Dało to 101km, identycznie jak w lutym.

TRENING UZUPEŁNIAJĄCY
Średnio. Ćwiczenia coś nie są moim „konikiem”. Parę razy coś tam porobiłem ale dalej mocno w kratkę.
Ładnie za to ruszyłem do przodu z rowerem, co liczę okaże się dobre w ostatecznym rozrachunku. W lutym zrobiłem rowerem 16,85 km, w marcu już 151 km.

SAMOPOCZUCIE/MOTYWACJA/ZDROWIE
Nie wymyślę tu nic odkrywczego 🙂 wielkich zmian nie było. Ale… nie pogorszyło się nic więc w sumie ok.

Czyli…
Rozczarowany trochę jestem marcem. Zdaję sobie jednak sprawę, że nie do końca to co się wydarzyło zależało tylko ode mnie. Nie miałem spadku motywacji, lenistwa.
W sumie to co najważniejsze wykonałem mimo, że liczyłem iż to właśnie marzec będzie już miesiącem, w którym osiągnę stabilny poziom wyjściowy. Z tego poziomu chciałem iść w górę.
No nic trzeba pogodzić się z sytuacją i jednak „powoli do przodu, staramy się”.



City Trail Wrocław – Bieg 6

To nie był dobry bieg. A nawet to był bardzo zły bieg. Sporo złożyło się na to przyczyn, chociaż ciężko jest mi jednoznacznie wskazać najważniejszą. Było zaś tak:

Dwa tygodnie wcześniej dopadło mnie jakieś złośliwe przeziębienie (a może grypa?). Niby objawów czytelnych nie miałem, lało mi się z nosa tylko, gardło czułem, ale byłem jakiś taki połamany, że nie biegałem wcale.
Treningi (lekkie biegi) zacząłem niby w tygodniu poprzedzającym zawody ale choróbsko coś dalej mnie trzymało. Słabo szło, szybko się męczyłem.
Zastanawiałem się nawet czy z ostatniego CT nie zrezygnować ale chęć by kolejnego biegania nie odpuszczać zwyciężyła. Pomyślałem, że nawet jak pójdzie trochę słabiej to nic. Potraktujemy to treningowo. Nie spodziewałem się jednak, że pójdzie aż tak słabo 🙂

Warunki pogodowe przed biegiem były średnie. Po ostatnich opadach, na trasie było sporo błota. Jak już je zobaczyłem to zrozumiałem, że będzie się biec ciężej. Słabo też odbierałem temperaturę. Zrobiło się stosunkowo ciepło, a ja niestety ubrałem się za grubo. Gorąco mi było, pocieszałem się, że może między drzewami będzie cień i jakoś to wytrwam.

Kolejnym sygnałem ostrzegawczym, jaki zlekceważyłem, była rozgrzewka. Zacząłem ją zwyczajowo – trochę rozciągania a później biegi. Kurcze, lecę i strasznie mi coś ciężko. Zmęczyłem się jakbym nie wiadomo ile przeleciał. No nic myślę sobie, po chorobie słabszy jestem ale chyba tragedii nie będzie. Rozgrzałem się, puls się uspokoi, wytrzymam tempo chyba. Tragedia była…

Jeszcze w czołówce… swojej strefy 😉

Nie przedłużając więcej. Wystartowałem z okolicy 25 min. Pierwszy kilometr ładnie, wolniej trochę niż zwykle (przez błoto) ale trzymałem się czołówki grupy. Doszliśmy „maruderów” z poprzednich stref, parę osób jeszcze wyprzedziłem i siłą rozpędu zrobiłem 2 kilometr. Im dalej jednak to gorzej. Masakra, zaczyna mnie odcinać. Ciężko mi, bardziej tętno wysokie chyba czy oddechowo gorzej niż słabe nogi miałem. Jakoś około 3 km przeszedłem do krótkiego marszu by później chodzenie powtórzyć jeszcze z dwa razy. Masakra, żebym chodził na 5 km dystansie to już nie pamiętam kiedy to było.
Dokładne czasy kilometrów wyglądają tak:
1 – 4:52
2 – 5:33
3 – 5:58
4 – 6:29
5 – 4:31

Na mecie zameldowałem się po 27:20 min, co odbieram jako dużą osobistą porażkę. Czas ten dał mi miejsce 258 z 372.

I tu chyba skończę tą smutną historię. Nie do końca mogę wyczaić co tak najbardziej mi zaszkodziło, pocieszam się, że to pewnie mix wszystkich złych zdarzeń.
Miejmy nadzieję, że teraz (ze zdrowiem, treningami) będzie lepiej bo terminy gonią 🙂

Jestem biegaczem tragicznym

I nie chodzi tu tylko 😉 o styl i osiągane rezultaty. Bardziej widzę to w pewnej analogii do tzw. bohatera tragicznego. Kto w szkole się uczył to pewnie kojarzy, kto mniej to sobie w necie wyszuka.
A czemuż to? A temuż bo finalnie dokonały się wybory moich tegorocznych startów 🙂

Starty „poboczne” nie są żadną wielką nowością. Pobiec chcę w nocnym Biegu Szerszenia, Biegu na Wielką Sowę, Międzynarodowym Biegu w Twardogórze i pewnie na koniec roku w Biegu Niepodległości w Świerkach. To takie moje standardy. Niewiele, ale powoli przechodzi mi szał startowanie wszędzie gdzie się da.

Swoją energię i skupienie poświęcę jednak startowi, który jest spełnieniem moich biegowych marzeń – w sierpniu wezmę udział w Biegu Ultra Granią Tatr.

No właśnie. I tu zaczynają się obawy związane z moim „tragizmem”.

Biegiem już sporo lat, zawsze jednak wielkie zamierzenia, nie do końca mi się udawały.
Pokonałem kilka maratonów, ale nigdy przygotowany tak jak trzeba (maratonowi jeszcze nie odpuściłem ale chcę pobiec wtedy gdy będę sam wiedział, że zrobię czas poniżej 4 godzin albo sporo lepiej).
W 2015 roku szykowałem się do Biegu Rzeźnika. Chyba jednego z ostatnich na „klasycznej” trasie. Szczęście miałem w losowaniu, a później porażka na całego. Najpierw wymiękł mi partner, udało się znaleźć zastępstwo to …tydzień czy dwa przed biegiem ja rozwaliłem nogę, tak, że szans na bieganie nie było żadnych.
Do BUGT pierwsze podejście zrobiłem w 2017 r. Wtedy też szczęście w losowaniu się do mnie uśmiechnęło ale.. organizatorzy odrzucili jeden z moich biegów kwalifikacyjnych. Strasznie mnie to rozwaliło :/ (przy okazji to biegi były ok, nie miałem jednak wiedzy jak to udowodnić. Teraz tą wiedzę mam i przeszło).
Później to szło już raz lepiej, raz gorzej. Kto czyta bloga to mniej więcej wie, że toczę walkę z psychiką, dyspozycją fizyczną itd. Niemniej jestem raczej w dole niż na topie formy. W tej niezbyt korzystnej sytuacji zdecydowałem się jednak zawalczyć kolejny raz o bieg, który nakręca mnie od lat. I udało się.

Wcale przez to nie jest łatwiej. Targają mną wątpliwości.
Czasu wcale nie ma dużo by dojść od biegania 80 km na miesiąc do pokonania 80 km w jeden dzień, w Tatrach. Powiedzmy 5 miesięcy. Trzeba będzie solidnie schudnąć (ale.. z umiarem nie zabijającym formy). Wymyślić trening, który da jak najwięcej, przy czym nie doprowadzi mnie do jakiejś kontuzji w kluczowym momencie. Ech, sytuacja bez wyjścia.

Pewnie wielu by odpuściło, poczekało na lepszy czas… pewnie sam bym tak wielu doradzał. Ale.. nie mam już czasu na czekanie. Chociażby z dwóch poniższych powodów:
– szczęścia w losowaniu po raz trzeci mogę już nie mieć,
– w sumie to… nie chce mi się biegać ultra. Nie zrozumcie mnie źle 🙂 Bieganie ultra jest fajne ale jeśli nie wystartuję teraz to przedawnią się moje biegi kwalifikacyjne i będę je musiał robić od nowa. To niełatwe, zwłaszcza gdy, z perspektywy czasu, doszedłem do wniosku, że poginanie samemu w środku nocy, w lesie i decydowanie czy skręcić w lewo czy w prawo (gdy wcale nie wiesz, która droga jest ok) już fajne nie jest 🙂 Takich biegów na ten moment już nie planuję. Góry, lasy ok ale raczej w dzień, w towarzystwie przynajmniej „wizualnym” ludzi/biegaczy.

Cóż. Wyboru wiec nie ma. Zrobię wszystko co w mojej mocy by tego nie zepsuć. Wiem, że szanse są… żadne, ale jednak walka do końca musi się odbyć przynajmniej, jeszcze ten jeden raz.

Podsumowanie – luty 2019

Kolejny miesiąc roku 2019 za mną. Pewne rzeczy ruszyły w dobrą stronę, sporo jednak jeszcze do poprawy.
Pod koniec lutego sprecyzowały mi się w końcu plany startowe więc liczę, że teraz powinno być trochę łatwiej. Wiem na co się szykuję i co powinienem zrobić by cel mógł być osiągnięty. Ten temat poruszę pewnie i w jakimś kolejnym wpisie (bo zadowolony z niego jestem bardzo 🙂 ale na ten moment szybkie podsumowanie minionego miesiąca.

WAGA
Dalej słabo. Praktycznie nie drgnęło nic w dobrą stronę, a nawet co tydzień widzę jakies gramy na +.
To mnie martwi bo chciałem co miesiąc trochę zrzucać. Spokojnie, pomału ale miało iść w dół. Optymistycznie liczyłem na chociaż 1 kg mniej a tu nic 🙁

KILOMETRAŻ + ILOŚĆ/JAKOŚĆ TRENINGÓW
Tu jest ok. Regularnie biegałem 4 x na tydzień, przy czym delikatnie zacząłem zwiększać dystanse. Druga połowa miesiąca to celowanie w biegi po około 10 km i coś dłuższego w weekend.

TRENING UZUPEŁNIAJĄCY
Bardzo źle. Nie ćwiczyłem nic, jakieś pojedyncze rolowania robiłem po bieganiu.

SAMOPOCZUCIE/MOTYWACJA/ZDROWIE
Tak ogólnie, życiowo to wielkich zmian nie było 🙂 Nic się jednak nie pogorszyło, jakieś zaległe tematy powoli zamykam więc przyjmijmy okres za udany.
Wiosna powoli idzie, dzień coraz dłuższy to i widzę możliwości/chęci lepszego biegania. Więcej też czasu na jakieś aktywności dodatkowe (oprócz biegania ruszyłem też rower, były jakieś spacery) co trochę człowieka budzi z letargu.

Czyli…
Luty w skali 100 pkt. odbieram mimo wszystko jako zakres 0-50. Ciągle jestem „na rozruchu”, dużo spraw obiecanych sobie muszę dopiero ruszyć. Światło na końcu tunelu jednak jest 🙂

Way of the …Biegacz

Korzystając z pięknych okoliczności przyrody wybraliśmy się niedawno, rodzinnie na Ślęzę. Pogoda piękna, warunki terenowe dobre, aż przyjemnie było iść i cieszyć się przyrodą.

Przy okazji tej wycieczki zauważyłem w tejże okolicy mnóstwo biegaczy i biegaczek (ale biegaczy więcej). Wszyscy w mniej lub bardziej ultrasowym ekwipunku z mozołem darli w górę świętej góry czy też rączo zbiegali w dół.

Aż serce się raduje, że taki sportowy duch w narodzie. Z pewnym jednak zasmuceniem odnotowałem fakt, że praktycznie wszyscy sportowej sylwetki nie mieli. A nawet rzekłbym … grubi (nazywając rzecz po imieniu).

Zadumałem się nad tą sytuacją no bo… fajnie ludzie chcą coś ze swoim życiem zrobić. Walczą, ćwiczą, biegają. Umiejscawiając się jednak w takiej formie w górskich klimatach bardziej odbieram to jako oszukiwanie samego siebie. Wybieranie najmniejszej linii oporu.

Droga biegowa często idzie bowiem tak.
Po impulsie by zacząć zaczyna się mozolne klepanie treningów. Jeden, dwa, trzy w tygodniu. Pierwszy kilometr, dwa, pięć. Pęka pierwsza dycha. Wciągamy się. Super.. no to migiem pora na półmaraton. A jak półmaraton to i maraton. Wiadomo fame większy.
Szybko jednak okazuje się, że tak to biegają wszyscy, a nasze wyniki delikatnie mówiąc nie porażają. Życiówek nie ma, grzejemy stawkę w drugiej połowie x tysiąca biegnących. Na treningach nie chce się pracować zbyt ciężko, szybkość kuleje, waga stoi w miejscu. No to co… ultra. Boom na góry szaleje teraz. Zmagania herosów – 50 km, 100, a może więcej. Sława murowana 🙂
A przy tym co by nie mówić, dla amatora ultra jest całkiem przyjemne. Leci się w terenie tempem nie zabijającym, pod górki i tak idzie. Limity czasowe z reguły są sporem da się zdarzyć do mety.

Kolejnym punktem po jakimś czasie jest triathlon ale dajmy już spokój 🙂

Tak sobie myślę, że to takie oszukiwanie samego siebie. Droga na skróty bo i szacun na dzielni jest a i zmęczyć się trzeba na treningach „jakby mniej”. Szkoda, że tak wielu (nie wyłączając mnie) wybrało taką drogę. W biegowej ścieżce kariery jest miejsce na wszystko. Fajnie jednak by na kolejne szczeble wchodzić we właściwej kolejności i stosownym czasie. Czego wszystkim życzę.

BTW. Mam nadzieję, że w.w. nikt się nie obraził. Napisał to bowiem reprezentant tej samej „grupy zawodowej” z brzuszyskiem jak piłka i ciągle sporą nadwagą 🙂

City Trail Wrocław – Bieg 5

W miniony weekend (23/02/19) odbyły się kolejne zawody z serii CityTrail Wrocław.

Tym razem zawodników czekała nie lada odmiana – nowa trasa. Z powodu remontu boiska, na którym się kończy, wytyczono nowe miejsce startu, mety. Dodatkowo kawałek trasy prowadził inną drogą.
Trasa w sumie nie gorsza niż poprzednia. Nie ma na niej jakichś utrudnień, zwężeń itp. Jest za to podobne niedoszacowanie dystansu jak na poprzedniej (przynajmniej na moim zegarku wyszło 4,8 km). Myślę, że nikt jednak z tego powodu nie płakał, pozwala to mniej więcej porównywać bieżące wyniki z poprzednimi.

Między wierszami organizatorzy napominają, że w przyszłych edycjach zmiana trasy zagości na stałe. Być może będzie miała taki przebieg jak dzisiejsza. Na powrót do starej już jednak chyba nie ma co liczyć, bo boisko ładnie ogrodzone siatką, nie da się na nie już wejść taką masą ludzi. Czyli trzeba się przyzwyczajać do nowego 🙂

Mroźne warunki, twarde podłoże pozwalały sądzić, iż padnie wiele rekordów. Tak też się stało. 30 zawodników osiągnęło czasy poniżej 17 min, a zwycięzca na mecie zameldował się po 14:56 min (najszybsza kobieta – 18:00 min).

U mnie wiadomo, szału nie było. Niby ostatnie 2 tygodnie to regularny trening (coś tam powoli wracam do lepszych dystansów) ale waga dalej stoi w miejscu. Obawy miałem co do strategii więc mało oryginalnie znów stanąłem w okolicy 25 min. Tym razem wybrałem pierwszy rząd bo wdziałem oczodajny strój i miałem chęć na jakieś zdjęcie z sobą w roli głównej 🙂

Pierwsza fotka jest, liczę na kolejne 🙂

Wiem, że narzekam na to co miesiąc, ale rozwaliły mnie jakieś dziewczyny, które wepchały się jeszcze bliżej przede mnie i debatowały ze sobą jak to one nie pobiegną. Przy czym szacowały swoje tempo na 6 kmin/km najlepiej. Ludzie, po co wy takie rzeczy robicie 🙁 Chyba dla przyjemności przeszkadzania innym.
Czym prędzej jak moja fala ruszyła spacerkiem do przodu, w stronę startu, je ominąłem bokiem. Po co się później przepychać, męczyć.

Odliczanie no i start. Liczby wyglądały tak:
1- 4.38 min
2- 4.55 min
3- 5.06 min
4- 5.04 min
5- 4.00 min

W sumie podobnie jak zawsze. Pierwszy kilometr za szybko, później powolne opadanie z sił. Zwłaszcza ostatni km, pod koniec to zwolniłem fest. Ale, ale.. aż tak tragicznie jednak nie było. Wg. czasów organizatora na metę wbiegłem po 23:38 min, zajmując miejsce 255/493.
W porównaniu do poprzedniego biegu jest postęp, bieżący rezultat był moim drugim najlepszym czasem w tegorocznej edycji. Można być więc z siebie zadowolonym 🙂



Podsumowanie – styczeń 2019

Mimo wielkiej 😉 chęci długo się zbierałem by napisać podsumowanie moich dokonań w styczniu 2019 r. Niestety odwlekanie tego smutnego momentu nie ma sensu, trzeba coś jednak z siebie wyskrobać.

Zacznę od wykresu, który będę uzupełniał w kolejnych tygodniach. Zawiera on aktualną wagę, pokonany w danym tygodniu kilometraż i ilość odbytych treningów (biegowych).
Ciężko oczywiście wysnuć na jego bazie jakieś bezpośrednie wnioski o formie (bo dużo może być innych zmiennych na nim nie ujętych) ale myślę, że mimo wszystko pewne wnioski da się wyciągnąć.
Na ten moment startuję z tak słabego poziomy, że w ciemno mogę założyć, że trend wzrostowy na wykresie (oprócz wagi oczywiście 🙂 :)) przełoży się na lepsze wyniki.

Analiza biegowa 2019

Moja ocena dokonań wygląda zaś następująco:

WAGA
Niestety słabo. Koniec roku przyniósł mi lekki wzrost wagi (święta i urlop to zawsze zły czas). Przez styczeń niestety nic nie udało się z tym zrobić. Co gorsze mam wrażenie, że waga ciągle leci w górę! Martwi mnie to, bo o dziwo zrobiłem pewien krok w celu poprawy diety – zrezygnowałem z picia coli (którą pochłaniałem w strasznych ilościach) i sporo ograniczyłem słodycze.
Wygląda, że to co zostało w jadłospisie + ilości jedzone, podjadanie wieczorami dalej są złe jak na moją aktualną sytuację.

KILOMETRAŻ + ILOŚĆ/JAKOŚĆ TRENINGÓW
Ilościowo (szt treningów na tydzień) źle nie jest. Biegam w dalszym ciągu systematycznie. Poza pierwszym tygodniem, kiedy byłem chory, zawsze są to 3-4 treningi.
Niestety, popsuło się dużo z kilometrami i jakością treningu. Wyjścia na biegi w sumie tylko po to by pobiegać. Żadnych specjalnych jednostek treningowych, dystanse max. pod 10 km.

TRENING UZUPEŁNIAJĄCY
Leży całkowicie. Może z raz czy dwa coś się w domu poruszałem 🙁

SAMOPOCZUCIE/MOTYWACJA/ZDROWIE
Słaby okres. Znużenie wykonywaną pracą zawodową, zimowa depresja (słońca nie ma ciągle) strasznie jakoś negatywnie rzutują na mnie w początku tego roku.
Psychicznie jestem zmęczony, robota mnie nudzi, siedzi się w domu dużo i bezcelowo przy komputerze. A jak się nudzi/siedzi to się je. I śpi zbyt mało…czyli regeneracji brak.
Do tego wyjścia na bieganie ciągle po ciemku (w lesie pod Oleśnicą) jakoś nie zachęcają do wartościowego biegania. Nie mogę powiedzieć, że strach mnie szybko goni do domu 🙂 ale jednak leśne warunki trochę utrudniają. Tu krzywo, tu jakieś kamienie. Niby czołówka świeci ale uważać trzeba i psychika podpowiada: dobra 5 km wystarczy wracamy 🙂 Kółko się więc zamyka. Mało km robię to każdy dodatkowy ciężej pokonać.
Mała dygresja tutaj. Nie chcę jednak na ten moment wracać z bieganiem do Oleśnicy, bo boję się trochę o stopę. Skarżyłem się chyba kiedyś w opisach, ze po mocnym treningu w zeszłym roku coś mnie bolała. Niby nie przy bieganiu, ale przy chodzeniu, wchodzeniu po schodach. W lesie jednak lepiej bo bardziej miękko.
Zdrowotnie szału nie było. Przyplątało się do mnie jakieś przeziębienie ostatnio (katar, gardło, zatoki) co dodatkowo zmniejszyło ilość biegów.

CZYLI….
Styczeń na minus. Wszystko w.w. mocno obniżyło moją aktualną formę. Więcej już nie chcę narzekać ale ewidentnie brakuje mi zapału do działań i jakiegoś biegowego celu (co w przeszłości mi dużo ułatwiało). Coś trzeba będzie podziałać w tym względzie bo jeszcze z drugi taki słaby miesiąc i totalnie będę w d…


City Trail Wrocław – Bieg 4

19/01/2019. Tym razem Wrocław przywitał biegaczy mrozem i delikatną warstewką śniegu leżącego gdzie nie gdzie na trasie. Mimo niemiłego zimna 🙂 warunki na bieganie były bardzo dobre. Ziemia twarda, zamarznięta ale raczej bez śliskich fragmentów. Kto mógł to pewnie zanotował świetne czasy 🙂

Zwyczajowo przybyliśmy na bieg wcześnie, bo synu leci w kategorii D1. Słabo się przygotowaliśmy jednak, bo Żona nie wzięła mu butów do biegania, a ja zabrałem numer z zeszłego roku. Goniłem do biura zawodów wyjaśnić tą pomyłkę, żeby chłopakowi później bieg zaliczyli.
Pozostając w temacie gapiostwa to sobie nie wziąłem paska na numery i musiałem skorzystać z agrafek. W starym stylu zupełnie 🙂

No ale ok, nie ma co przeżywać. Biegi dzieci poszły sprawnie, to później w aucie pozostało czekać na swoją kolej. Z ciekawostek to załapałem się nawet na fotkę. Poza biegową 🙂

Fotoreporteży w gotowości 🙂

Wracając do biegów 🙂 Sporo narzekam ostatnio na swoją dyspozycję więc tym razem stresik był większy niż zawsze. Chciałoby się wypaść jak najlepiej ale wiadomo z drugiej strony, że niewiele z tego będzie 🙂
Najbardziej bałem się, że zacznę dużo za mocno i za szybko mnie odetnie. Stracę wtedy dużo na ostatnich kilometrach (jak to brzmi przy 5 km :)) i finalnie będzie lipa. Często mam z tym kłopot. O ile na treningach spokojnie lecę swoje to zawody zawsze gdzieś mnie podpali i później tragedia.
Rozwiązanie jakie przyszło mi do głowy to ustawić się w późniejszej strefie startowej. Liczyłem, że biegacze z niej zaczną wolniej, więc uda mi się nie szarżować na początku. Później jakoś tylko utrzymać znośne tempo, a ostatni niepełny kilometr będzie takim bonusem czasowym (bo mniej wyjdzie w nim niż w 2-3-4 km 🙂 )
W każdym razie plan minimum więc zakładał by nie było dużo gorzej niż ostatnio a warunek konieczny – mniej niż 25 min.

Stanąłem więc grzecznie w strefie 25 min. Tym razem trochę biegaczy było przede mną, nie pchałem się na pierwszą linię. Poszczególne km po starcie wyszły tak:
1 – 4:28
2 – 5:12
3 – 5:16
4 – 5″15
5 – 4:02

Założenia udało się spełnić. Oficjalnie 24:02. Miejsce 247 z 486.

Cóż można rzec więcej? Niewiele gorzej poszło niż ostatnio, ale wiadomo – jednak gorzej. Plan ratunkowy mojego biegania jeszcze kuleje, aż boję się pomyśleć co będzie za miesiąc.
No nic, trochę czasu mam, powoli, małymi kroczkami powinno się coś dokonać.

Podsumowanie roku 2018 / Plany 2019

Pasowałoby zacząć w amerykańskim stylu przedstawiajać szereg sukcesów i wizji jeszcze lepszych prognoz w przyszłości… jako polski pesymista zacznę jednak narzekać 🙂

wykres rodzajów aktywności
Statystki 2018

Bieg: 1787km
Rower: 662km

Miniony rok niestety nie należał do najbardziej udanych biegowo. Szereg różnych przeciwności do których zaliczyłbym:

  • lenistwo (swoje)
  • zdarzenia życiowe (zabierające czas na bieganie)
  • zdrowie (mam wrażenie, że niedomaga to i owo, trzeba by się zainteresować tym tematem)
  • motywacja (brak w początku roku)

Spowodowały, że biegałem mało, słabo i bez zapału.

Dla każdego z w.w. podpunktów można by rozpisać długą listę usprawiedliwień i wyjaśnień tylko czy ma to sens. Siebie raczej nie ma co przekonywać, że było świetnie skoro nie było. Było nijako.

Z jednej strony rok ten był lepszy niż 2017. Zwiększyłem trochę kilometraż, żadnej wielkiej kontuzji nie złapałem, jakieś zawody się do mety dociągnęło. Z drugiej jednak wynikowo kręcę się ciągle w tym samym miejscu od 6 lat. Najlepsze co ubiegałem to ledwie ocierało się o stare rekordy życiowe.
Nie ma co ściemniać obniża to morale, zniechęca i koło się zamyka.

Taka byle jakość męczyła mnie większość roku. Dopiero pod koniec coś drgęło. Światełkiem w tunelu dla mnie było trochę zmienienie podejścia do trenowania (szybciej, krócej, intensywniej), sporo roweru (co widać w słupkach). Będę kontynuował te wizje w 2019 (ale oczywiście kilometraż też musi się poprawić)

No nic, starczy smucenia. Co w 2019r? Ambitnie 🙂

Początek roku będzie wychodzeniem z zapaści. Po świetach złapało się dużo za dużo kg, więc zajmie trochę powrót do normalności.

Dodatkowo planuję w końcu solidnie schudnąć. Ciężkie to będzie, oj ciężkie ale widzę w tym swoją ostatnią szansę na wartościowe bieganie.

By waga zleciała, chcę w końcu zacząć ćwiczyć ogólnorozwojowo (dodatkowo oprócz biegania). Latka lecą, czuć jaki człowiek jest zastany. Lepszy brzuch, grzbiet, ręce by się przydały. Życiowo i biegowo.

Pod względem startowym zaś, to mam pewien zamysł, który niestety ujawnię dopiero jak wejdzie w fazę realizacji. Szkoda robić szum jak się nie uda ogarnąć, a ryzyko porażki wielkie 🙂
Gdyby jednak nie wyszło to tragedii nie będzie. Chcę skupić się na bieganiu 10-21 km w górach. Lokalne biegi z klimatem, bez tłoku, szaleństwa przy zapisach i kosztach $$$.
To mnie kręci ciągle i widzę tu swoją szanse na podtrzymanie pasji biegowej.
Czego i Wam życzę w 2019.

City trail wrocław -bieg 3

W telegraficznym skrócie podam, że biegło się w 3 City Trail we Wrocławiu 🙂 Tym razem pogoda trochę gorsza, lekki śnieg na poboczach a na trasie trochę więcej błota.

Szacując swoje siły na średnie postanowiłem tym razem wystartować z czołówki grupy na 25 min.

Mimo w.w. przeciwności losu (i zwyczajowego kiepskiego przygotowania) osiągnąłem czas 23:53 min co pozwoliło na zajęcie miejsca 253/519.

Cóż więcej rzecz. Gorzej trochę niż ostatnio ale czas ciągle akceptowalny.

Na trasie biegu
Chwilę po starcie mojej grupy czasowej.