Archiwa tagu: bieg

Podsumowanie – lipiec 2019

Ostatni miesiąc treningowy przed biegiem już za mną. Był to chyba pierwszy (i jedyny 😉 ) miesiąc, z którego jestem zadowolony.
Regularność biegów, sensowne dystanse i korzystny układ treningów zaprocentowały zmniejszeniem wagi, zwiększeniem formy i co najważniejsze brakiem kontuzji.
Detale poniżej, na końcu zaś moje przemyślenia o bieżącej sytuacji przed BUGT.

WAGA
Systematycznie leciała w dół. Na obecną chwilę zrzuciłem do około 86 kg co mnie cieszy. Spory tu był jeszcze potencjał bo wszystko odbyło się z treningów bez żadnych diet no ale.. Zrzucałem mało, wolno, nie ma przynajmniej strachu, że odbije się to na formie.
Jakbym miał jeszcze parę takich miesięcy jak lipiec to myślę, że jeszcze coś by się urwało 🙂

KILOMETRAŻ + ILOŚĆ/JAKOŚĆ TRENINGÓW
W końcu powyżej 200 km. 223 dokładnie czyli zacna ilość. W lipcu kontynuowałem systematyczne i powolne powiększanie kilometrażu. Biegi w środku tygodnia od 10-14 km, weekendowo rozbiegania 12-21 km. Parafrazując punkt z wagą – jeszcze parę miesięcy to coś by się dodało 🙂
Uzupełnieniem biegów było parę spacerów z kijkami i oczywiście rower. Tym razem ujechałem 242 km.

TRENING UZUPEŁNIAJĄCY
Tu bez zmian. Dalej nie ćwiczyłem. Słabo, przyznaję się, nie ogarnąłem. Rano nie mam jednak siły wstawać wcześniej (nawet te 30 min), a po całym dniu (zwłaszcza biegowym) z reguły mi się już nie chciało. Cóż, nie ma co wymyślać – szkoda bo byłoby to dużym ułatwieniem na biegu (silny brzuch, plecy lepiej by stabilizowały sylwetkę, a ręce dużo pomogły z kijkami).

SAMOPOCZUCIE/MOTYWACJA/ZDROWIE
Może być 🙂 Kontuzje dalej mnie omijały co bardzo mnie cieszy.

Czyli…
Co się natrenowałem to moje. Miesiąc udany, wiele więcej już nie dokonam. Do BUGT zostały około 2 tygodnie, trzeba liczyć na utrzymanie formy i uważać by coś sobie nie zrobić.
W ramach testu ostatnim weekendem zrobiłem 21,5 km pętelkę biegową z osiągnięciem szczytu Wielkiej Sowy. Trasa pół na pół czyli około 10 km pod górę a później druga połowa ciągle z góry.
Najdłuższy mój bieg w przygotowaniach i najbardziej górski jak do tej pory. W sumie jestem z niego umiarkowanie zadowolony.
Pod górkę momentami podchodziłem ale uznałem, że na ultra też tak robił będę. Nie ma sensu się zarzynać próbując ciągle biec. Samo wejście w górę dało mi trochę w kość co mnie zasmuciło. Coś tam można zrzucić na duchotę i 30 stopni, coś na rower w tym samym dniu i taneczną zabawę poprzedniej nocy, no ale liczyłem, na więcej mocy.
Zadowolony byłem za to ze zbiegu. Rower chyba mi pomógł, nogi miałem mocne, nie bolały mnie.
Cóż… uważam, że pobiegnę Bieg Ultra Granią Tatr zwyczajowo średnio-słabo przygotowany. Bardzo dużo straciłem w początku roku. Gdyby takie miesiące jak 07/2019 zdarzyłyby się z dwa, trzy wcześniej było by ok. Tu zaś pozostanie liczyć na łut szczęścia i sprzyjające warunki na trasie.
Relacja będzie już pewnie po biegu bo teraz zaczynam urlop i komputera planuję mniej 🙂

Podsumowanie – czerwiec 2019

Kolejny miesiąc odhaczony. W mojej ocenie dobry. Gdyby nie ostatnie 2 tygodnie, z mniejszą ilością biegania, w końcu pękłoby 200 km biegu. A tak wyszło 180 🙂

WAGA
88km udało się utrzymać. Przez moment na liczniku pokazało się nawet 87 ale to jeszcze pozycja przejściowa. Za wcześnie by świętować.

KILOMETRAŻ + ILOŚĆ/JAKOŚĆ TRENINGÓW
Przebiegłem 180 km. Jak zapodałem we wstępie widoki były i na 200, ale „przeszkadzajki” amatorskie (a to sytuacja rodzinna, a to weekend przeznaczony na co inne) zmniejszyły mi osiągi w ostatnich 2 tygodniach. Ogólnie jest ok, bo mimo chwilowych spadków to czasy i dystans pojedynczego treningu jest dobry. Zawsze więcej niż 10 km (a bliżej 12-14 km). Brakuje mi długich wybiegań ale nietypowo uderzyłem w równomierne (a mniejsze) zwiększenie wszystkich treningów. Wydaje mi się, że da to lepszą formę i dyspozycję niż 3 mniejsze treningi i długi long w weekend. Czy miałem rację okaże się za jakieś 1,5 miesiąca 🙂

TRENING UZUPEŁNIAJĄCY
Ćwiczeń brak (żal.pl), za to kolejny udany miesiąc pod względem 2 kółek. 408 km przejechałem, co jest mega wynikiem. Liczę, że to zaprocentuje w połączeniu z bieganiem.

SAMOPOCZUCIE/MOTYWACJA/ZDROWIE
Może być 🙂 Kontuzje dalej mnie omijały co bardzo mnie cieszy.

Czyli…
„Powoli, do przodu, staramy się 🙂 Idzie w miarę w dobrą stronę wszystko, chociaż nie ukrywam trochę za późno się zebrałem. Wszystkich zaległości nie nadrobię”.
Tak napisałem w maju i jest to ciągle aktualne. Boję się, że trochę zbyt zachowawczo dokręcam śrubę, ale jak pisałem parę razy obawa, że coś w organizmie rozwalę jest silniejsza. Lepiej już małymi kroczkami iść do przodu niż po skoku upaść i nie wstać.

6 Bieg Szerszenia – Nocny Bieg Świętojański

Jak co roku, 22/06/2019 wystartowałem w Biegu Szerszenia – Nocnym Biegu Świętojańskim w Oleśnicy.

Bieg zwyczajowo rozgrywał się na dystansie 10 km, przy czym w porównaniu do poprzedniej edycji zmieniono trasę.
To już w sumie taka tradycja, że co roku prowadzi ona inaczej 🙂 Nudzić się nie da w skutek tego, chociaż utrudnia to z pewnością analizę czy tym razem pobiegło się lepiej czy gorzej.

Zawody w tym roku, co było kontynuacją procesu z ubiegłego roku, w całości przeniosły się na oleśnicki zamek. Tu były zlokalizowane biuro zawodów, szatnie, miejsce nocnej zabawy i ceremonii dekoracji zwycięzców.
Wydaje mi się to pozytywną zmianą. Przyjezdni mogą zobaczyć ładniejszy kawałek Oleśnicy (Zamek, Rynek itd).
Sama trasa też budziła moje pozytywne skojarzenia. W większości była płaska i szybka (i ciągle do przodu a nie kręcenie kółek wokół terenów wodonośnych). Szkoda trochę, że było na niej kilka ostrych zakrętów. W moim tempie to nie problem, ale Ci co lecą z dwa razy szybciej pewnie musieli mocno uważać na nogi 🙂

W tegorocznej rywalizacji wzięło udział około 276 osób. Sporo biegaczy ale limit osób dobrany odpowiednio. Poza początkiem wyścigu gdzie momentami było ciasnawo by wyprzedzać później komfort biegu był zadowalający.
Na trasie biegu zlokalizowano punkt nawadniający, który mijało się dwa razy. Dobrze, że był bo zadania biegaczom na pewno nie ułatwiała pogoda 🙂 Mimo wieczorowej pory było mocno ciepło. W sumie gorąca się spodziewałem więc przezornie wziąłem ze sobą bidonik z wodą, z którego korzystałem co 1 kilometr.

Chwila po starcie

Jak to u mnie skomplikowanej strategii na bieg nie miałem. Chciałem pobiec na 100% swoich możliwości 🙂 Właściwą ocenę planowanego tempa utrudniał mi fakt, że mało w tym roku miałem zawodów i nie jestem zbyt obyty z szybkimi biegami. Raczej snuję się mozolnie po piachach, lasach i górkach (bliżej 6:00min’km) – nie byłem pewien więc ile szybciej realnie wytrzymam. Zadowalające (i ambitne) wydało mi się tempo około 5 min’km i tak też uznałem, że spróbuję.
Po starcie znalazłem swój rytm i w miarę trzymałem się tych 5 min/km. Pierwszy kilometr pewnie zrobiłem szybciej, ale niestety jakoś przy 3 kilometrze moje Suunto dostało „spadku formy” i zaczęło pokazywać tempa bliżej 10 min’km. Gdzieś zagubił mi się chyba fragment trasy bo późniejsze kilometry pikało sporo później niż znaczniki organizatora.
Pozostało olać elektronikę i biec swoje. Starałem się trzymać osób biegnących przede mną (które w mojej ocenie leciały dobrze i rokowały nadzieję na zmuszenie mnie do wysiłku). Jeśli ktoś zwalniał to wyprzedzałem i szukałem następnej ofiary 🙂
Strategia ta okazała się być dobrą bo zrobiłem czas: 00:49:17 co pozwoliło zająć miejsce 102 (w kategorii M40-39).
Ładnie. Patrząc w kategorii czasu lepiej niż w 2018 i 2017, chociaż gorzej niż w rekordowym 2016 (47:55). Zadowolony jestem również z dyspozycji na trasie – wytrzymałem całość biegu a nawet zrobiłem negative split, o ile można wierzyć mojemu Ambitowi (patrząc na cyferki w Movescouncie to wyglądają realnie mimo zawiechy sprzętu na trasie, może coś sobie później przeliczył?)

I na mecie.

Cóż. W tym momencie relację można by skończyć (bo reszta podobnie jak w latach ubiegłych :)). Grill po biegu był, pokazy teatru ognia też. Szczęście miałem w losowaniu nagród (karnet rodzinny do groty solnej) czyli ok 🙂

Nawiążę jeszcze w ostatnim zdaniu do organizacji całości. Biura, impreza po biegu prowadzone sprawnie. Kłopoty były z nagłośnieniem bo szwankował mikrofon i nie wszystko dało się usłyszeć. Trasa oznaczona dobrze, wygrodzona taśmami, wolontariusze kierowali gdzie trzeba. Słyszałem jednak, że prowadzący czołówkę pomylił się gdzieś na niej, za co organizatorzy przepraszali biegaczy, Ja tym razem kłopotów z wyborem ścieżki nie miałem więc nie będę tu krzywdował.
Zwyczajowo polecam pobiec za rok 🙂

Podsumowanie – maj 2019

No i fajnie. Pierwszy w miarę dobry miesiąc za mną. Małymi kroczkami wspinam się ku lepszemu, chociaż nie ukrywam, że walka ciągle rozgrywa się w głowie. Pokus by odpuścić nie brakuje, często muszę pilnować się by nie spocząć na laurach 🙂

WAGA
Z 89 spadłem w końcu na 88. Niby słabo ale wydaje mi się, że wraz ze wzrostami kilometraży (patrz kolejny pkt 🙂 ) powinno to ruszyć trochę bardziej. Szkoda tylko, że trzymanie diety idzie mi raz lepiej, raz gorzej. Niby pewne, szkodliwe rzeczy ograniczam ale… wiadomo 🙂

KILOMETRAŻ + ILOŚĆ/JAKOŚĆ TRENINGÓW
Przebiegłem 148 km. Więcej by trochę było, ale ostatni tydzień miesiąca z datami czerwcowymi i kilometry uciekły.
Niemniej ostatnie dwa tygodnie to już ładne bieganie, ponad 40 km na tydzień porobione.

TRENING UZUPEŁNIAJĄCY
Ćwiczeń dalej brak (oj, czuję, że to się zemści), za to kolejny udany miesiąc pod względem 2 kółek. 172 km pokonane na rowerze.

SAMOPOCZUCIE/MOTYWACJA/ZDROWIE
Ujdzie mówiąc po polsku 🙂 Na nic specjalnie się nie uskarżałem, nic nie odpadło, zatarło się itp. 🙂 Czasem głową podpowiada tylko by trening skrócić, odpuścić ale się nie daję. Już za późno by się obijać.

Czyli…
Powoli, do przodu, staramy się 🙂 Idzie w miarę w dobrą stronę wszystko, chociaż nie ukrywam trochę za późno się zebrałem. Wszystkich zaległości nie nadrobię.

Bieg Firmowy 2019

Nietypowo trochę jak na mnie, ale mało startuję w bieżącym roku. „Wszelkie” siły swoje wkładam w przygotowania do startu docelowego i jakoś nie po drodze mi z innymi zawodami. Wielkiego sensu nie mają one zresztą bo jakie przełożenie można wysnuć ze startu na 5 km w porównaniu do 70 🙂
No ale… jako człowiek małej odporności na perswazję dałem się przekonać w robocie bym pobiegł w charytatywnym Biegu Firmowym.
Zawody mają charakter sztafety – 5 osób po 5 km. Startowałem już w tej imprezie w zeszłym roku co przeczytać można tutaj:

Bieg Firmowy – 2018

Idea, założenia, realizacja w sumie taka sama więc nie będę od nowa tego wypisywał. Ciekawostką może być tylko fakt olbrzymiego zainteresowania tym biegiem. We Wrocławiu były 2 tury startowe – rano i po południu, w których udział wzięło około 10000 osób. Wielka liczba biegaczy. Widać niemniej, że większość osób skupia się na aspekcie pomocy, a nie sportowym.
Organizacja imprezy była na wysokim poziomie – nie występowały żadne negatywne zjawiska na trasie czy w okolicy mety, co mnie cieszyło.

Moja firma załapała się w tym roku do biegu popołudniowego – o 14:00.
Jako, że ustalono spotkanie i odbiór numerów na 13:15-13:30 pojawiłem się jakoś tak przy wejściu na Stadion Olimpijski. Pakiet startowy więcej niż ubogi – torba/plecaczek a w środku numer, agrafki, bon rabatowy na jedzenie. Ogólnie to bym skrytykował to ale… przyjmijmy, że fundusze wpisowe poszły na pomoc a nie gadżety.

Grupa moja zadeklarowała się, że oczywiście każdy walczy do końca niemniej z opowieści wynikło, że wielkich przygotowań nikt z kolegów/koleżanek nie czynił. Regularnie po około 3-5 km biega jedna osoba a reszta tak z doskoku albo wcale.
Pechowo dla mnie startowałem ostatni co przełożyło się na długie oczekiwanie na start (około 108 minut uściślając). Stałem, pogadało się, stałem i czekałem 🙂 A nogi bolą coraz bardziej. Co gorsze ciepło się zrobiło i zacząłem się martwić, że w czasie biegu będzie męka – nie miałem bowiem nic do picia. Wydawało mi się, iż w zeszłym roku w pakiecie dawali wodę. Teraz zaś nic 🙁 Piłem w domu jeszcze z 1.5 godziny wcześniej czyli nieciekawie.

Życie jest trudne, jednak biec trzeba 🙂

Mój start przebiegł dość płynnie. Kolega przekazał mi pałeczkę i ochoczo ruszyłem do przodu. Liczbowy wyglądało to tak:
1km – 4:25 min/km
2km – 4:45 min/km
3km – 5:13 min/km
4km – 4:55 min/km
5km – 4:11 min/km

Niezbyt wiedziałem jak ustawić się z tempem. Dawno nie biegałem nic szybciej, a pamiętałem z kolei, że ostatnie biegi CityTrail szły mi słabo. Coś trzeba było jednak założyć no to uznałem, że spróbuję swojego maksa – tempa około 5 min/km (lepiej trochę poniżej).

Pierwszy kilometr zwyczajowo za szybko, ale siła jakaś jest to trzymałem później te ~5 min/km.
Odwodnienie zgodnie z obawami zaczęło mnie męczyć dość szybko i jak zbawienie wypatrzyłem wodę w okolicy 3 km. Kubeczek przepity i biegniemy dalej. O dziwo udało się wytrzymać do końca dystansu.

Metę osiągnąłem w 23:28 co z jednej strony jest rezultatem gorszym niż rok temu, z drugiej koresponduje z moją zakładaną formą (i wynikami z CT z początku roku). Jestem osobiście zadowolony z tego rezultatu. Dał mi potwierdzenie, że mogę pobiec „szybciej” i forma jest w miarę stabilna. Jeśli nawet nic nie podciągnąłem to chociaż wylazłem z dołka. Oby dobrze to rokowało na przyszłość.

Tyle w sumie. Ciężko tu podsumowywać nie wiadomo co. Impreza przyjemna, bardziej zwrócona w stronę zabawy, pomocy niż czystego biegu (aczkolwiek nie brakowało gigantów lecących po 15min/5km).
Zwyczajowo sceptyczny byłem do idei startu tu, ale wyszło całkiem dobrze. Czy pobiegnę za rok? A to zależy. Stać 2 godziny w słońcu trochę mi się nie chce kolejny raz 🙂 więc chyba musiałbym wynegocjować lepszą pozycję w sztafecie.

Podsumowanie – marzec 2019

Ani się człowiek nie obejrzał i już po marcu.
Tak jak spodziewałem się czas leci stanowczo za szybko. Trenuje się i owszem, ale skoro sam czuję niedosyt znaczy, że nie idzie w 100% tak jak powinno.
Spora w tym zasługa tyg.10 kiedy to rozłożyło mnie tak złośliwe choróbsko, że wypadł mi cały tydzień (brak jakichkolwiek aktywności). Osłabienie trzymało niestety i w kolejnym tygodniu. Zamiast „lecieć” do przodu mozolnie wracałem na ledwo co osiągnięty poziom.
Cóż, łącznie spowodowało to, że kilometraż, ilość treningów i reszta parametrów nie wyszła tak jak chciałem.
Widać to dobrze na wykresie:

Analizując poszczególne składowe miesiąca:

WAGA
Bez zmian. Dobrze, że chociaż w górę już nie leci 🙂

KILOMETRAŻ + ILOŚĆ/JAKOŚĆ TRENINGÓW
Poza nieszczęsnym tygodniem nr.10 dalej w miarę regularnie robię 4 treningi na tydzień. Dało to 101km, identycznie jak w lutym.

TRENING UZUPEŁNIAJĄCY
Średnio. Ćwiczenia coś nie są moim „konikiem”. Parę razy coś tam porobiłem ale dalej mocno w kratkę.
Ładnie za to ruszyłem do przodu z rowerem, co liczę okaże się dobre w ostatecznym rozrachunku. W lutym zrobiłem rowerem 16,85 km, w marcu już 151 km.

SAMOPOCZUCIE/MOTYWACJA/ZDROWIE
Nie wymyślę tu nic odkrywczego 🙂 wielkich zmian nie było. Ale… nie pogorszyło się nic więc w sumie ok.

Czyli…
Rozczarowany trochę jestem marcem. Zdaję sobie jednak sprawę, że nie do końca to co się wydarzyło zależało tylko ode mnie. Nie miałem spadku motywacji, lenistwa.
W sumie to co najważniejsze wykonałem mimo, że liczyłem iż to właśnie marzec będzie już miesiącem, w którym osiągnę stabilny poziom wyjściowy. Z tego poziomu chciałem iść w górę.
No nic trzeba pogodzić się z sytuacją i jednak „powoli do przodu, staramy się”.



City Trail Wrocław – Bieg 6

To nie był dobry bieg. A nawet to był bardzo zły bieg. Sporo złożyło się na to przyczyn, chociaż ciężko jest mi jednoznacznie wskazać najważniejszą. Było zaś tak:

Dwa tygodnie wcześniej dopadło mnie jakieś złośliwe przeziębienie (a może grypa?). Niby objawów czytelnych nie miałem, lało mi się z nosa tylko, gardło czułem, ale byłem jakiś taki połamany, że nie biegałem wcale.
Treningi (lekkie biegi) zacząłem niby w tygodniu poprzedzającym zawody ale choróbsko coś dalej mnie trzymało. Słabo szło, szybko się męczyłem.
Zastanawiałem się nawet czy z ostatniego CT nie zrezygnować ale chęć by kolejnego biegania nie odpuszczać zwyciężyła. Pomyślałem, że nawet jak pójdzie trochę słabiej to nic. Potraktujemy to treningowo. Nie spodziewałem się jednak, że pójdzie aż tak słabo 🙂

Warunki pogodowe przed biegiem były średnie. Po ostatnich opadach, na trasie było sporo błota. Jak już je zobaczyłem to zrozumiałem, że będzie się biec ciężej. Słabo też odbierałem temperaturę. Zrobiło się stosunkowo ciepło, a ja niestety ubrałem się za grubo. Gorąco mi było, pocieszałem się, że może między drzewami będzie cień i jakoś to wytrwam.

Kolejnym sygnałem ostrzegawczym, jaki zlekceważyłem, była rozgrzewka. Zacząłem ją zwyczajowo – trochę rozciągania a później biegi. Kurcze, lecę i strasznie mi coś ciężko. Zmęczyłem się jakbym nie wiadomo ile przeleciał. No nic myślę sobie, po chorobie słabszy jestem ale chyba tragedii nie będzie. Rozgrzałem się, puls się uspokoi, wytrzymam tempo chyba. Tragedia była…

Jeszcze w czołówce… swojej strefy 😉

Nie przedłużając więcej. Wystartowałem z okolicy 25 min. Pierwszy kilometr ładnie, wolniej trochę niż zwykle (przez błoto) ale trzymałem się czołówki grupy. Doszliśmy „maruderów” z poprzednich stref, parę osób jeszcze wyprzedziłem i siłą rozpędu zrobiłem 2 kilometr. Im dalej jednak to gorzej. Masakra, zaczyna mnie odcinać. Ciężko mi, bardziej tętno wysokie chyba czy oddechowo gorzej niż słabe nogi miałem. Jakoś około 3 km przeszedłem do krótkiego marszu by później chodzenie powtórzyć jeszcze z dwa razy. Masakra, żebym chodził na 5 km dystansie to już nie pamiętam kiedy to było.
Dokładne czasy kilometrów wyglądają tak:
1 – 4:52
2 – 5:33
3 – 5:58
4 – 6:29
5 – 4:31

Na mecie zameldowałem się po 27:20 min, co odbieram jako dużą osobistą porażkę. Czas ten dał mi miejsce 258 z 372.

I tu chyba skończę tą smutną historię. Nie do końca mogę wyczaić co tak najbardziej mi zaszkodziło, pocieszam się, że to pewnie mix wszystkich złych zdarzeń.
Miejmy nadzieję, że teraz (ze zdrowiem, treningami) będzie lepiej bo terminy gonią 🙂

Jestem biegaczem tragicznym

I nie chodzi tu tylko 😉 o styl i osiągane rezultaty. Bardziej widzę to w pewnej analogii do tzw. bohatera tragicznego. Kto w szkole się uczył to pewnie kojarzy, kto mniej to sobie w necie wyszuka.
A czemuż to? A temuż bo finalnie dokonały się wybory moich tegorocznych startów 🙂

Starty „poboczne” nie są żadną wielką nowością. Pobiec chcę w nocnym Biegu Szerszenia, Biegu na Wielką Sowę, Międzynarodowym Biegu w Twardogórze i pewnie na koniec roku w Biegu Niepodległości w Świerkach. To takie moje standardy. Niewiele, ale powoli przechodzi mi szał startowanie wszędzie gdzie się da.

Swoją energię i skupienie poświęcę jednak startowi, który jest spełnieniem moich biegowych marzeń – w sierpniu wezmę udział w Biegu Ultra Granią Tatr.

No właśnie. I tu zaczynają się obawy związane z moim „tragizmem”.

Biegiem już sporo lat, zawsze jednak wielkie zamierzenia, nie do końca mi się udawały.
Pokonałem kilka maratonów, ale nigdy przygotowany tak jak trzeba (maratonowi jeszcze nie odpuściłem ale chcę pobiec wtedy gdy będę sam wiedział, że zrobię czas poniżej 4 godzin albo sporo lepiej).
W 2015 roku szykowałem się do Biegu Rzeźnika. Chyba jednego z ostatnich na „klasycznej” trasie. Szczęście miałem w losowaniu, a później porażka na całego. Najpierw wymiękł mi partner, udało się znaleźć zastępstwo to …tydzień czy dwa przed biegiem ja rozwaliłem nogę, tak, że szans na bieganie nie było żadnych.
Do BUGT pierwsze podejście zrobiłem w 2017 r. Wtedy też szczęście w losowaniu się do mnie uśmiechnęło ale.. organizatorzy odrzucili jeden z moich biegów kwalifikacyjnych. Strasznie mnie to rozwaliło :/ (przy okazji to biegi były ok, nie miałem jednak wiedzy jak to udowodnić. Teraz tą wiedzę mam i przeszło).
Później to szło już raz lepiej, raz gorzej. Kto czyta bloga to mniej więcej wie, że toczę walkę z psychiką, dyspozycją fizyczną itd. Niemniej jestem raczej w dole niż na topie formy. W tej niezbyt korzystnej sytuacji zdecydowałem się jednak zawalczyć kolejny raz o bieg, który nakręca mnie od lat. I udało się.

Wcale przez to nie jest łatwiej. Targają mną wątpliwości.
Czasu wcale nie ma dużo by dojść od biegania 80 km na miesiąc do pokonania 80 km w jeden dzień, w Tatrach. Powiedzmy 5 miesięcy. Trzeba będzie solidnie schudnąć (ale.. z umiarem nie zabijającym formy). Wymyślić trening, który da jak najwięcej, przy czym nie doprowadzi mnie do jakiejś kontuzji w kluczowym momencie. Ech, sytuacja bez wyjścia.

Pewnie wielu by odpuściło, poczekało na lepszy czas… pewnie sam bym tak wielu doradzał. Ale.. nie mam już czasu na czekanie. Chociażby z dwóch poniższych powodów:
– szczęścia w losowaniu po raz trzeci mogę już nie mieć,
– w sumie to… nie chce mi się biegać ultra. Nie zrozumcie mnie źle 🙂 Bieganie ultra jest fajne ale jeśli nie wystartuję teraz to przedawnią się moje biegi kwalifikacyjne i będę je musiał robić od nowa. To niełatwe, zwłaszcza gdy, z perspektywy czasu, doszedłem do wniosku, że poginanie samemu w środku nocy, w lesie i decydowanie czy skręcić w lewo czy w prawo (gdy wcale nie wiesz, która droga jest ok) już fajne nie jest 🙂 Takich biegów na ten moment już nie planuję. Góry, lasy ok ale raczej w dzień, w towarzystwie przynajmniej „wizualnym” ludzi/biegaczy.

Cóż. Wyboru wiec nie ma. Zrobię wszystko co w mojej mocy by tego nie zepsuć. Wiem, że szanse są… żadne, ale jednak walka do końca musi się odbyć przynajmniej, jeszcze ten jeden raz.

Podsumowanie – luty 2019

Kolejny miesiąc roku 2019 za mną. Pewne rzeczy ruszyły w dobrą stronę, sporo jednak jeszcze do poprawy.
Pod koniec lutego sprecyzowały mi się w końcu plany startowe więc liczę, że teraz powinno być trochę łatwiej. Wiem na co się szykuję i co powinienem zrobić by cel mógł być osiągnięty. Ten temat poruszę pewnie i w jakimś kolejnym wpisie (bo zadowolony z niego jestem bardzo 🙂 ale na ten moment szybkie podsumowanie minionego miesiąca.

WAGA
Dalej słabo. Praktycznie nie drgnęło nic w dobrą stronę, a nawet co tydzień widzę jakies gramy na +.
To mnie martwi bo chciałem co miesiąc trochę zrzucać. Spokojnie, pomału ale miało iść w dół. Optymistycznie liczyłem na chociaż 1 kg mniej a tu nic 🙁

KILOMETRAŻ + ILOŚĆ/JAKOŚĆ TRENINGÓW
Tu jest ok. Regularnie biegałem 4 x na tydzień, przy czym delikatnie zacząłem zwiększać dystanse. Druga połowa miesiąca to celowanie w biegi po około 10 km i coś dłuższego w weekend.

TRENING UZUPEŁNIAJĄCY
Bardzo źle. Nie ćwiczyłem nic, jakieś pojedyncze rolowania robiłem po bieganiu.

SAMOPOCZUCIE/MOTYWACJA/ZDROWIE
Tak ogólnie, życiowo to wielkich zmian nie było 🙂 Nic się jednak nie pogorszyło, jakieś zaległe tematy powoli zamykam więc przyjmijmy okres za udany.
Wiosna powoli idzie, dzień coraz dłuższy to i widzę możliwości/chęci lepszego biegania. Więcej też czasu na jakieś aktywności dodatkowe (oprócz biegania ruszyłem też rower, były jakieś spacery) co trochę człowieka budzi z letargu.

Czyli…
Luty w skali 100 pkt. odbieram mimo wszystko jako zakres 0-50. Ciągle jestem „na rozruchu”, dużo spraw obiecanych sobie muszę dopiero ruszyć. Światło na końcu tunelu jednak jest 🙂

Way of the …Biegacz

Korzystając z pięknych okoliczności przyrody wybraliśmy się niedawno, rodzinnie na Ślęzę. Pogoda piękna, warunki terenowe dobre, aż przyjemnie było iść i cieszyć się przyrodą.

Przy okazji tej wycieczki zauważyłem w tejże okolicy mnóstwo biegaczy i biegaczek (ale biegaczy więcej). Wszyscy w mniej lub bardziej ultrasowym ekwipunku z mozołem darli w górę świętej góry czy też rączo zbiegali w dół.

Aż serce się raduje, że taki sportowy duch w narodzie. Z pewnym jednak zasmuceniem odnotowałem fakt, że praktycznie wszyscy sportowej sylwetki nie mieli. A nawet rzekłbym … grubi (nazywając rzecz po imieniu).

Zadumałem się nad tą sytuacją no bo… fajnie ludzie chcą coś ze swoim życiem zrobić. Walczą, ćwiczą, biegają. Umiejscawiając się jednak w takiej formie w górskich klimatach bardziej odbieram to jako oszukiwanie samego siebie. Wybieranie najmniejszej linii oporu.

Droga biegowa często idzie bowiem tak.
Po impulsie by zacząć zaczyna się mozolne klepanie treningów. Jeden, dwa, trzy w tygodniu. Pierwszy kilometr, dwa, pięć. Pęka pierwsza dycha. Wciągamy się. Super.. no to migiem pora na półmaraton. A jak półmaraton to i maraton. Wiadomo fame większy.
Szybko jednak okazuje się, że tak to biegają wszyscy, a nasze wyniki delikatnie mówiąc nie porażają. Życiówek nie ma, grzejemy stawkę w drugiej połowie x tysiąca biegnących. Na treningach nie chce się pracować zbyt ciężko, szybkość kuleje, waga stoi w miejscu. No to co… ultra. Boom na góry szaleje teraz. Zmagania herosów – 50 km, 100, a może więcej. Sława murowana 🙂
A przy tym co by nie mówić, dla amatora ultra jest całkiem przyjemne. Leci się w terenie tempem nie zabijającym, pod górki i tak idzie. Limity czasowe z reguły są sporem da się zdarzyć do mety.

Kolejnym punktem po jakimś czasie jest triathlon ale dajmy już spokój 🙂

Tak sobie myślę, że to takie oszukiwanie samego siebie. Droga na skróty bo i szacun na dzielni jest a i zmęczyć się trzeba na treningach „jakby mniej”. Szkoda, że tak wielu (nie wyłączając mnie) wybrało taką drogę. W biegowej ścieżce kariery jest miejsce na wszystko. Fajnie jednak by na kolejne szczeble wchodzić we właściwej kolejności i stosownym czasie. Czego wszystkim życzę.

BTW. Mam nadzieję, że w.w. nikt się nie obraził. Napisał to bowiem reprezentant tej samej „grupy zawodowej” z brzuszyskiem jak piłka i ciągle sporą nadwagą 🙂