Archiwa tagu: bieg

Półmaraton Górski Orzeł – 23/11/2019

Finał Ligi Biegów Górskich Attiq

23/11/2019 w Sokolcu odbył się nowy bieg – Półmaraton Górski Orzeł, będący przy okazji finałem Ligi Biegów Górskich ATTIQ.

Za jego przygotowanie odpowiadała ekipa od Biegu na Wielka Sowę, Górskiego Biegu Niepodległości w Świerkach więc organizacyjnie wszystko stało na wysokim poziomie. Nie będę więc rozwodził się nad tym co było w pakiecie i jak się zapisać 🙂 Kto ciekawy znajdzie stronę organizatorów i wszystko wyczyta.

Półmaraton ten był moimi ostatnimi zaplanowanymi zawodami w tym roku. Zwyczajowo już (przykre to) podchodziłem do niego z obawami jak pójdzie. Od czasu Biegu Niepodległości treningi moje w dalszym ciągu krótkie – 10 km nie przekraczałem. Rodziło to obawy czy 21 km nie będzie jakąś wybitną męką.
Cóż, za późno było na dylematy. Zrezygnować z biegu nie chciałem więc postanowiłem powtórzyć strategię z ostatnich zawodów. A więc 🙂 wolno, spokojnie i jakoś to będzie.

Poranek zawodów powitał biegaczy zimnem i mocnym wiatrem. Zwłaszcza ów wiatr był dołujący – obniżał mocno temperaturę odczuwalną, przeszywał jak to się mówi „do szpiku kości”.
Pobiec chciałem w dwóch warstwach – pod spodem lekki, długi rękaw a na to koszulka bez rękawów, ale idąc do biura zawodów czym prędzej wyciągałem z worka wiatrówkę i rękawiczki. Oj, dobrze, że je w ogóle wziąłem 🙂
Na górze, pod Schroniskiem Orzeł wiało jeszcze lepiej więc pozostało startować w całym ekwipunku.

Dmucha…

Pakiet odebrany, rozgrzeweczka zrobiona i lecimy 🙂

Wtrącę tu jeszcze jedną myśl. Półmaraton Orzeł niby nowy, ale pod względem trasy tak nie do końca. Parę lat temu ta sama ekipa organizatorów, wraz z pewną firmą też robiła tu półmaraton. Z szybkiego looku na trasę wychodziło mi, że będzie to samo, wiedziałem więc czego się spodziewać. Po biegu wiem już, że jednak zmiany były 🙂 Powiedziałbym, że trasa była trudniejsza niż kiedyś (zwłaszcza pierwsza połowa).

Zacząłem bieg od połowy stawki. Pierwszy podbieg wolno, spokojnie. Później na zbiegu planowałem luźno ale szybciej. Zbieg mi jednak poprowadzili inaczej 🙂 Był krótszy i trudniejszy technicznie. Uważać trzeba było na sowiogórskie kamienie ukryte pod warstwą liści.
Po zbiegu zaczęło się pod górę (też dalej niż kiedyś) i … w sumie tak już do końca .. góra, z góry 🙂
Żartuję trochę ale trasa ciekawa. Dla zawodowców pewnie łatwa, mi w kość dała.
Ciekawostką na niej był fakt, że zbudowana była na bazie dwóch różnych kółek. Elementem łączącym je było miejsce startu. Fajna sprawa, jak ktoś miał kibiców to mogli go zagrzewać do walki w trakcie.
Starając się powiedzieć ogólnie o trasie, drugie kółko było raczej łatwiejsze. No może poza ostatnim 1-1,5 km, który niszczył. Kto był to wie, kto nie był to polecam spróbować za rok.

Drobię w miejscu bo tu w sumie pod górkę było, ale co się nie robi dla foto 🙂

Strategię biegową zrealizowałem znów dobrze. Na podejściach oczywiście chodziłem, z górek zbiegałem lekko (nie na 100%). Zadowolony jestem z siebie bo do końca zawodów miałem siłę i biegłem. A ostatnim razem (tu) w końcówce nie miałem sił nawet by biec z górki.

Zbieg w końcówce zawodów

Dokonało się – finish. Tempo i czas oczywiście nie porażają. Na mecie stawiłem się po 02:43.41. Pozycja 415 z 526. W kategorii M40 byłem 132.

Fajnie. Po biegu nie byłem głodny więc by się nie wychładzać ruszyliśmy z Żoną w dół, do auta. Nie czekałem już na losowania nagród, dekoracje ale oczywiście były gdyby ktoś chciał wiedzieć.

Podsumowując więc – bieg ciekawy, w pięknych okolicznościach przyrody. Polecam.

8 Bieg Niepodległości – Świerki (11-11-2019)

Bieg Niepodległości w Świerkach był dla mnie zawsze taką symboliczną końcówką sezonu. Jeśli nie biegałem później w City Trailu, to tu była jeszcze ostatnia możliwość zweryfikować swoją aktualną formę.

Pamiątki biegu.

W tym roku nastawienie do w.w. biegu miałem dość zachowawcze – bardziej by wstydu przed sobą nie było niż by liczyć na życiówki . Ostre trenowanie zakończyło się po BUGT. Siadła trochę motywacja ale i mocno skupiłem się na życiu poza biegowym (realizując jakieś inne pilne sprawy).

Zmniejszone treningi (rzadziej i krócej) w sposób jasny wskazywały , że małe są szanse na genialny wynik. Z tego powodu na starcie zawodów zjawiłem się z mocnym postanowieniem pilnowanie strategii. Zacząć bardzo spokojnie, tak by jak najwięcej sił zostało na druga połowę dystansu. Pilnować się chciałem także na zbiegach bo etap w dół (po początkowym 1,5km w górę) potrafi spalić na tyle mocno nogi, że później już sił brakuje na cokolwiek. Czyli… z górki miało być w miarę szybko ale nie w przysłowiowego „trupa”.

W tym roku założenia taktyczne udało się spełnić w 100%.

Wystartowałem z połowy stawki. Wolno ciągnąłem się pod górę, starając się nie szarpać (pokusa wyprzedzania tych co idą jest spora). 1,5 km poszło dobrze, siły są więc można było na wypłaszczeniu-zbiegach trochę przyśpieszyć. Z górek leciałem mniej więcej na tempie 4:30-4:40, płaskie etapy po około 5:30. Spacery na trasie były dwa, w tych miejscach gdzie bieg wielkiego sensu nie miał. Tempo byłoby podobne.

Jeden z przyjemniejszych fragmentów trasy 🙂
Jestem i na tym zdjęciu. Oczywiście mocno zasłonięty 🙂

W końcówce (ostatnie 1,5 km) trochę się rozpędziłem, ale też z umiarem. Trasa tu mocno kamienista, momentami ostro w dół. Szkoda było sobie coś zrobić mimo, że pogoda była dość łaskawa dla biegaczy – nie było błota, śniegu na trasie.

Mocny zbieg z Góry Włodzickiej.

Na mecie zameldowałem się w całkiem dobrej dyspozycji (bo i siły były nawet na solidny finish) po 01:01:08. Oczywiście można było coś z tego urwać ale jestem zadowolony. Nie miałem żadnego kryzysu, podchodzenia przy końcu biegu.

Czas osiągnięty jest porównywalny z ubiegłorocznym (wtedy trochę lepiej było bo 01:00:21).
Jest to oczywiście pewnego rodzaju krok w tył – trzymając formę z BUGT mogłem pobiec dużo lepiej. Z drugiej strony wiedząc o swoich brakach, pilnując strategii osiągnąłem sukces – realizując założony cel. Głowa jednak to potęga 🙂

Suche numery mówią, iż: zająłem miejsce 197 z 390 startujących. W kategorii M40 byłem 70.

„Sukces” na mecie udało mi się dodatkowo wzmocnić wylosowaniem świetnej apteczki samochodowej co dodatkowo podniosło moje morale.

Udało się, wylosowali mnie 🙂

Jak można zauważyć przy tegorocznym opisie, odpuściłem opis zapisów, biura, organizacji. Bieg w Świerkach jest już dość dobrze zakorzeniony w swojej formule i dalej trzyma poziom. O jego klasie (jak i innych zawodów organizowanych w rejonie) świadczą liczne nagrody zdobywane corocznie oraz liczna frekwencja startujących, więc z czystym sumieniem mogę go polecić innym zawodnikom.

XXV Międzynarodowy Bieg Uliczny Twardogóra 2019 – 22/09/19

Kolejnych z moich „stałych punktów programu”. Lubię biegać w Twardogórze i także w 2019 r. nie mogło mnie tu zabraknąć.

Organizacja, trasa i inne sprawy formalne zawodów w sumie bez zmian, szkoda więc klepać w klawiaturę. Kto ciekawy sobie wyszuka w starych relacjach 🙂

Tegoroczna edycja powitała biegaczy słoneczkiem i ciepłem. Jak dla mnie mogłoby być chłodniej ale spoko, nie padałem. Bidon z wodą w ręce był, więc ok.

Na sam bieg nie miałem przygotowanej wielkiej strategii. Z jednej strony chciałem zaprezentować się jak najlepiej, z drugiej byłem pewien na 100%, że wyniku z zeszłego roku nie osiągnę. Pozostało więc nie lenić się, ale i pilnować by nie spalić za szybko po starcie.

Plany, planami a wyszło trochę jak zawsze 🙂 OK, nie poleciałem w trupa ale otwarcie miałem raczej za szybkie. Widać to na zapisie z trasy. Pierwsze 2 kółka równo, począwszy od 3, 4 okrążenia systematycznie zwalniałem. Jakoś koło 3 okrążenia zaczęła mi podpowiadać głowa, że za ciężko, może by tak parę metrów spaceru… Aż się sam przestraszyłem bo co to za taktyka iść na 10 km biegu. „Złe” głosy w głowie udało się zgasić. Troszeczkę zwolniłem i po chwili kryzys minął.

Na trasie. Żle się ustawiłem na wirażu, prawie mnie nie widać 🙂

Oficjalnie wyszło, iż metę minąłem po 00:48:26. Dało mi to miejsce 58 z 93. W swojej kategorii byłem 16. Średnie tempo na biegu – 4:51 min/km. No nieźle, wstydu nie było.

Ciekawostką może być fakt, że mimo iż rok temu wykręciłem tu kosmiczne 44:49 to byłem „tylko” 63/19. W kategorii za to tak samo – 16 lokata 🙂 Oznaczałoby to, iż tym razem poziom rywali był słabszy.

Po bieganiu przyszła pora na dekoracje zwycięzców i losowanie nagród. Muszę tu pochwalić organizatorów – poszło im to naprawdę sprawnie. Ja, trochę gorszy bieg wynagrodziłem sobie otrzymaniem wylosowanej wagi domowej. No proszę, miało się szczęście 🙂

W Twardogórze startowała również moja małżonka. Wykazała wolę walki i ładnie do mety doleciała. Chwali się, jak na niewielki okres treningowy było super. Mam wrażenie, że do biegania to ona ma większy potencjał niż ja. Może jednak z grzeczności nie chce mi robić konkurencji 🙂

Rodzinny team 🙂

Kończąc pozostaje zwyczajowo pochwalić Twardogórę za sprawną organizację, fajnego biegu. Pewnie za rok znów pojawię się na trasie.

IV Bieg Pustelnika – 01/09/2019

Pamiętając miła atmosferę zeszłorocznych zawodów postanowiłem również w 2019 zapisać się na kolejny Bieg Pustelnika.

Relacja z ubiegłorocznych zawodów zawarta jest tutaj:

Bieg Pustelnika 2018

Jako, że w aspekcie całościowym bieg wygląda podobnie nie będę tu powtarzał opisu całej otoczki – zapisów, dojazdu,trasy itp. Skupie się na interesujących szczegółach no i samej walce na trasie 🙂

  • Podobnie jak w zeszłym roku, Bieg Pustelnika był biegiem kameralnym. Na starcie/mecie stanęło 23 osoby.
  • Po opłaceniu startowego czekała mnie miła niespodzianka bo organizatorzy wręczyli mi zaległy dyplom. Słowo pisane ma jednak moc 😉 Szacunek za to, że komuś się chciało o nim pamiętać i przygotować go.
Dyplom w całej okazałości.
  • Warunki pogodowe tym razem były gorsze. Gorsze dla mnie – w znaczeniu, że już od rana mega grzało słońce i było po prostu upalnie. Nie oceniłem właściwie zagrożenia i zrobiłem tu jeden z kilku błędów, który boję się, że finalnie mocno odbił się na mojej formie (dokładniejsza analiza pomyłek na dole relacji).
  • Wyśmienitą sprawą w pakiecie startowym było drzewko, które można było sobie zasadzić. Swoje zasadziłem i w sumie czuję się spełniony. Zbudować dom, mieć syna i zasadzić drzewo 🙂
  • Organizatorzy powinni popracować nad numerami startowymi. W zeszłym roku go zgubiłem tu udało mi się wyłapać moment, że wisiał już na jednym paseczku. Ostatni kilometr niosłem go w ręku bo bałem się, że odpadnie sam. Mógłbym przypuszczać, że mam pecha ale Małżonka mówiła, że ktoś też miał swój w opłakanym stanie. Chyba powinny być wydrukowane na jakimś innym, wytrzymalszym materiale.
Oczekiwanie…

Po rozgrzewce, niedługim oczekiwaniu na start pozostało ruszyć. Znając profil trasy wystartowałem „z kopyta” wiedząc, iż tylko na początku, korzystając ze zbiegu będzie można coś ugrać. Później zacznie się góra i nastąpi oczywiste spowolnienie.

Chwila przed startem. Już wszyscy skupieni i gotowi.

Tutaj mała dygresja. Bieżący sezon nie jest moim najlepszym. Widać to po wynikach, gdzie startując regularnie na tych samych biegach notuję gorsze czasy. Z tego powodu mimo uczciwej i trudnej w mojej ocenie walki cyferki niestety wychodzą gorsze. Tak było i tym razem.

Pierwszy zbieg odczuciowo wykonałem naprawdę mocno. Kolejne kilometry też starałem się cisnąć na 100% swoich możliwości. Tym razem nie podchodziłem, ale aż do najwyższego szczytu biegu biegłem 🙂

Z tego etapu byłem nawet zadowolony. Znalazłem swoje miejsce w stawce i biegłem praktycznie sam, bez wiszących mi na plecach przeciwnikach.

Problemy zaczęły się po osiągnięciu szczytu Krąglaka. Puściłem się szybko w dół i nagle czuję sensacje żołądkowe. Odczucia miałem, że wyjdzie albo dołem albo górą 🙂 i mimo szczerych chęci by utrzymać tempo 4.40 nie byłem w stanie. Musiałem zwolnić na około 5.10. Próbowałem po chwili znów podkręcić ale nic z tego. Czuję, że jest źle. Znów musiałem zwolnić. Doszło mnie tu chyba dwóch zawodników i wyprzedziło. Po chwili dalszej beznadziejnej walki wyprzedziło mnie kolejnych dwóch, w tym najstarszy uczestnik biegu Pan Zygmunt Witkowski, z którym to rok temu toczyłem zaciętą walkę (wtedy zakończoną moją wygraną 🙂 ).

No niestety. Ostatnia górka przed metą i spacer. Chyba trochę mi pomógł bo żołądek uspokoił się. Ostatnie metry w dół już leciałem, ale co straciłem to moje. Szczęście, że nikt już więcej nie zdążył mnie dojść 🙂

Meta w tym roku to miejsce 16/23 z czasem 1.00.36. Słabo. Rok temu było 00:55:41.

I gotowe 🙂 Na mecie.

Cóż, po dekoracji zwycięzców nastąpił najprzyjemniejszy moment biegów czyli … losowanie nagród. Tym razem los mi sprzyjał wygrałem kolejną roślinę – ładnego iglaka, który też znalazł miejsce na ogrodzie moich rodziców.

Bieg Pustelnika to naprawdę fajne zawody. Dobrze zorganizowane. Widać pasję i chęci organizatorów a nie wszechobecny pęd na kasę, liczby, rekordy. Kolejny raz polecam wszystkim przyjechać tu i zmierzyć się z wymagającą, 10 km trasą.

No to na koniec o tym jak pomóc sobie w osiągnięciu słabego wyniku. (mimo dużego słońca i generalnie słabszego sezonu).

  1. Dzień wcześniej miałem naprawdę bardzo intensywny. Stawiałem murek przy altance. Co nanosiłem się cegieł, namieszałem zaprawy (też w pełnym słońcu) to moje. Schodząc z łóżka w niedzielę rano czułem większość mięśni. Z samego tego nie mogło być już dobrze.
  2. Błędem krytycznym było nawadnianie i odżywianie. Nie wziąłem zapasu wody a tylko wlałem w domu 2 x 250 ml do bidonów. Ponieważ uszkodzone miałem jedno ze swoich aut to pojechaliśmy z Żoną moim wiekowym Mercedesem. Fajnie oczywiście, stylowo ale nie ma on klimy i po godzinnej jeździe byłem kompletnie mokry i odwodniony. Pić się chce a nie ma co (chociaż pewnie w tym momencie wlewać w siebie dużo wody też już by dużo nie pomogło). W pakiecie startowym był napój witaminowy, który niezwłocznie wypiłem. Trochę poratowała mnie wodą Żona ale to wszystko mało. Co gorsze uznałem, że warto by wrzucić w siebie jakieś cukry. Miałem (też z pakietu) wafelek w białej czekoladzie. Chyba słabo się przyjął patrząc na to co czekało mnie na trasie.

Cóż, nie ma co płakać. Wiem na co uważać w przyszłości. Miejmy nadzieję, że za rok uda się zrehabilitować.

BUGT – mój sprzęt

Strasznie coś nie mam zapału opisywać sprzęt jaki używałem podczas BUGT, bo sporo rzeczy jakie mam są już dość stare (i niedostępne), ale może komuś w przyszłości się to przyda. Przynajmniej zarys jakiś będzie co warto mieć i czy się sprawdzało.

Po prawdzie to kupiłem w związku z w.w. biegiem parę nowości więc może o nich dokładniej powiem (napiszę) w jakichś kolejnych artykułach.

Część wyposażenia podyktowana była wymogami formalnymi niemniej w 100% potwierdzam, że zasadne było je wszystkie mieć.

No to lecimy od dołu do góry 🙂

BUTY – Adidas Adistar Raven 3M. Mniejszy bieżnik, guma Continentala. Miało to dobrze trzymać na kamieniach ale szału nie było. Albo kamienie za śliskie (mimo, że sucho było raczej) albo buty już za stare (w znaczeniu podeszwa naruszona już używaniem)

SKARPETKI – chińskie skarpetki pięciopalczaste z Allegro. Wybierałem takie bardziej sportowe (z domieszką syntetyków bo są i same bawełniane). Świetna rzecz. Używam ich od jakiegoś czasu i niechętnie wracam już do zwykłych.

SPODENKI – Kalenji Elioplay. Szorty z wszytymi majtkami. Bez zastrzeżeń, latałem w nich wszystkie swoje ultra i zawsze jestem zadowolony.

KOSZULKA/BLUZKA – na biegu miałem dwie.
Na start założyłem długi rękaw NIKE PRO COMBAT. Fajna, w miarę cienka i dopasowana. W sumie da radę używać jej i w słońcu, podwijając rękawki.
Później jak już zrobiło się gorąco, to wymieniłem ją na koszulkę ADIDAS CLIMACHILL (model pod ultra z lekkim kołnierzykiem i rozpinanym zamkiem pod szyją). W tej koszulce biegałem większość swoich ultra też nie narzekałem 🙂

KURTKA – trzeba było mieć to wziąłem zieloną 🙂 wiatrówkę z Aldi (Shamp). Lubię ją, używam i fajnie.

CZAPKA – z przypadku (zapomniałem bandany Hornhill) padło na nowy, wypasiony zakup – biegową czapeczkę z daszkiem BUFFa.

DODATKI:
Komin/buff – z biegu CITY TRAIL. Rano założyłem go na szyję, później zaplotłem na ręce (ot z lenistwa, nie chciało mi się go już wpychać do plecaka)
Rękawiczki – lekkie rękawiczki z Lidla.
Plecak – kolejna nowość. Nietypowo (bo zawsze biegałem z plecakiem Quechua MT10) chciałem wziąć Dynafit X7 Pro 20, który był deal-em życia (kupiłem go używanego, w idealnym stanie na giełdzie za jakieś 20 zł). Dzięki wsparciu sponsorów – moich rodziców kupiłem sobie jednak w Zakopanym mniejszy plecaczek Dynafit Vert 4. Super, lekki, dopasowany a sporo do niego władowałem.
Ponieważ plecak zmieniłem to zmianie uległo też nawadnianie. Zamiast 2 litrowego bukłaka z Decathlonu (nowy) wziąłem softflaski (2×250 Dynafit, Salomon, 1×235 Intersport) i sztywny bidon 500 ml.
Kijki trekkingowe – Viking Kettera. Lekkie, krótkie (na czym mi zależało) i wytrzymałe. Słabiej tylko ze składaniem ale to opiszę kiedyś.
Czołówka – Kodak HL03. Dobrze świeci.
Zegarek – Arival SpoQ SQ100. Wiadomo, bateria wystarczy na cały bieg 🙂
Komórka – Iphone 5. Bo mały jak na dzisiejsze standardy.
Kubeczek – składany kubeczek turystyczny z Allegro.
Pierdołki – reszta to w sumie mix tego co wymagane jak np. folia termiczna, bandaże, kasa, dokumenty, opatrunki jak i mojej inwencji. A były to np. żele różnych marek, żelki energetyczne (ale nie zjadłem), baton (też został), zapasowe baterie do czołówki, malutka latareczka (na baterie CRC2032), mały powerbank i kabelek do telefonu. Hmmm… chyba nic nie pominąłem.

Ze wszystkiego co zabrałem w sumie jestem zadowolony. Pewnie wydając xx PLN więcej miałbym lepsze rzeczy ale póki sprawdza się to co mam to niech będzie.
Obiecuję, że zebrawszy się w sobie dokonam jakieś opisy tego co kupiłem nowe (albo o czym w ogóle nie pisałem). Może kogoś zainspiruje do zakupów 🙂

Flexistav Bieg Ultra Granią Tatr – 17/08/2019

Zacznę od końca. Niestety 🙁 Bieg (a może góry?) nie bez powodu nazywany jednym z trudniejszych w Polsce pokonał mnie. Pierwszy raz nie udało mi się osiągnąć mety.
Nie poległem w sposób spektakularny zmieciony jakąś kontuzją, całkowitą słabością ale dogonił mnie limit czasowy i przed drugim punktem czasowym zmuszony byłem zakończyć. Oddać numer, chip i wracać do domu. Ciężkie uczucie, ciągle czuję żal i niezadowolenie. Z jednej strony spodziewałem się problemów, wiedziałem o swoich słabościach, z drugiej liczyłem jednak na jakiś łut szczęścia, zwycięstwo „upartości” nad słabością. Cóż, na takim biegu szczęścia być nie może, trzeba być przygotowanym na 100% by myśleć o sukcesie.

Zaczynając zaś od samego początku 🙂

By dostać się na BUGT trzeba zaplanować to trochę szerzej.
Jest to bieg, który obywa się co 2 lata i jako jeden z warunków koniecznych ma wymóg zdobycia 12 pkt ITRA, w trzech maksymalnie biegach. Na stronie organizatora znajdziecie listę biegów, które to umożliwiają, ale uznawane są również zawody spoza listy (o ile oczywiście są wycenione w ITRA).
Nie jest to tak proste jak przyjrzycie się ilości pkt. za dany bieg więc zadanie raczej dla osób ostrzej wkręconych w biegi ultra. Skoro biegi „kwalifikacyjne” są trudne i wymagające lepiej zaplanować ich robienie na dłuższy czas. Ot, choćby po to by była jakaś regeneracja między nimi. Dodatkowo (co przysporzyło mi trochę stresu swego czasu) jest boom na znane zawody więc zapisywać na nie trzeba się wcześnie. Na niektóre nawet z rok 🙂 Jak odłożycie wszystko na ostatni moment okaże się, że nie ma w czym wystartować = wszędzie brak miejsc.
Druga sprawa, związana z dużym zainteresowaniem Granią, to losowanie zapisanych osób. Niestety, startuje tylko 350 (50 miejsc dla organizatora) więc trzeba mieć również sporo szczęścia by się załapać.
Finalnie, jeśli uda nam się spełnić powyższe warunki pozostaje szybko zapłacić, trenować dalej no i kompletować wyposażenie wymagane 🙂

Sam bieg i jego bliższa otoczka wyglądały zaś tak:

Do Zakopanego przybyłem 2 dni wcześniej by zapewnić sobie chociaż trochę aklimatyzacji i odpoczynku po długiej drodze. Przydaje się to, bo słynne korki na Zakopiance nie są mitem a realnym faktem. Zakopane w środku sezonu też nabite ludźmi, wszędzie pełno, drogo czyli witamy w górach 🙂

Warto, organizując sobie start w BUGT, dobrze zaplanować również kwaterę. Przed samym biegiem trzeba odebrać pakiet, a później stawić się na obowiązkowej odprawie. Również start jest poza miastem, dojeżdża się do niego autobusem w środku nocy. Ciężko po prostu może być zgrać to logistycznie stacjonując daleko od „miejsca akcji”.
Ja wybrałem lokum blisko najważniejszych miejsc i wszędzie mogłem dostać się piechotą (chociaż i tak miasto zrobiło mi psikusa remontując ulicę, przez co z planowanego 1 km do przejścia zrobiło się z 3 🙂 🙂 )

Odprawa przed biegiem.

OK. Przed biegiem należy stawić się dwa razy w biurze zawodów. Po pierwsze by dokonać rejestracji. Przygotujcie się, że musicie okazać dowód osobisty, potwierdzenia zawarcia dwudniowego ubezpieczenia na rejon Słowacji. Wtedy dopiero można odebrać pakiet startowy.
Sam pakiet ok. Jest tam trochę przydatnych rzeczy. A to opaska na głowę, buff, softlask i inne różności. Nie jest źle patrząc w kategorii ceny wpisowego i porównując to do innych podobnych zawodów.
Druga, wieczorna wizyta w biurze to obowiązkowa odprawa. Zdradzę sekret, że obecności nie sprawdzają ale.. warto być. Organizatorzy opisują po trochu zasady panujące w Tatrzańskim Parku Narodowym jak i trasę, punkty żywieniowe. Co najważniejsze mówią (w nawiązaniu do planowanej pogody) czy trzeba zabrać coś z wyposażenia dodatkowego i jak wygląda sprawdzenie wyposażenie przed wejściem do strefy startowej. Nie mając tej wiedzy można się mocno zawieść przy ewentualnej kontroli 🙂

Zawody zaczynają się o 04:00. Od 2:30 autobusy organizatora zaczynają wozić ludzi na miejsce startu. Sam wybrałem się na jeden z pierwszych i dość szybko dotarłem do Siwej Polany (Dolina Chochołowska). Tutaj przygotowałem co należy do okazania, bo by wejść do strefy startowej trzeba pokazać część wyposażenia wymaganego.Ogólnie na biegu trzeba mieć sporo rzeczy (a to rękawiczki, kurtka, bandaże, plecak i bukłaki wodą itd.) niemniej wszystkie należy powiedzieć uczciwie przydatne i warto je mieć i bez wymagalności.

Profil trasy

Trasa, o długości około 71 km (+5000/-4950) podzielona jest na 4 etapy, z 3 punktami odżywczymi. Na dwóch punktach jest bufet, napoje, na ostatnim tylko picie. Ten na którym byłem świetnie wyposażony w jedzenie i picie. Wolontariusze bardzo pomocni.
Na zawodach obowiązują limity czasowe na osiągnięcie strefy odżywczej i niestety są one przestrzegane 🙂 Limity są wyśrubowane tak jak i cały czas przeznaczony na zawody. Widać, że chcąc je spełnić niestety trzeba biec 🙂

Wschód słońca na trasie – by Piotr Dymus. Ja walczyłem tak zaciekle, że żadnego zdjęcia nie zrobiłem. Teraz żałuję bo widoki przednie 🙂

Przechodząc do tego co lubimy najbardziej – krew, pot i łzy 🙂

Około 03:40 pokazuję wymagane wyposażenie i wchodzę do strefy startowej. Ostatnie poprawki, rzeczy w plecaku, statyczna rozgrzewka i …wybija czwarta rano. Lecimy. Jest jeszcze ciemno, chociaż księżyc w pełni i tak sporo ułatwia sprawę. Pierwsze 7-8 kilometrów to dość prosty odcinek. Asfalt, leciutko pod górę. Biegnę wolno nie chcąc spalić się już tutaj. O dziwo moje marne tempo pozwala trzymać się większości grupy, a nawet wyprzedzać. Niektóre osoby przechodzą do chwilowych marszów już tu. To chyba przegięcie, ja wolno ale biegnę.
Jakoś podczas tego odcinka czuję, że warto by siknąć 😉 Wydaje mi się to słuszne bo wizja późniejszego wypróżniania się gdzieś na wąskim szlaku, między turystami jest mało zachęcająca. Wiele nie tracę, podobny pomysł ma sporo innych ludzi.
Przy 8 kilometrze wszyscy rzucili się do wyciągania kijków (od tego km można używać) więc i ja uznałem, że spróbuję biec z nimi. Chwila stresu, ludzie sprawnie startują a ja nie mogę jednego złożyć. Nie udaje mi się to do końca więc wbijam go dość chamsko i lecę. A raczej zaczynam iść pod górę. Tu zaczyna się właściwa trudność biegu – góry… Przewyższenia dużo większe niż to co znałem do tej pory. Idzie się, idzie mozolnie pod górę. W większości po skałach, stopniach ułożonych z kamieni.
Zaczynam doceniać fakt, że kijki mam. Dużo mi pomagają, sporo ciągnę w górę rekami. Kijki przydają się również w dół. Zapewniają dodatkowe podparcie. Mimo tego na pierwszym etapie wyłożyłem się chyba z dwa razy. Szczęśliwie niegroźnie, poczuł to mój tyłek, lekko zgiąłem też jeden z kijków.

Idziemy sobie. Foto by Ultra Lovers. Mnie na nim nie ma 🙁 Fotografowie zaczynają mnie denerwować, zaś nie załapałem się na żadne zdjęcie.

Masakra… Te tatrzańskie szczyty nie mają końca. Wydaje się, że już widać wierzchołek, a za nim wyłania się kolejny kawałek pod górę. Co gorsze zbiegi w mojej ocenie są bardzo trudne. Również po nierównych, kamiennych stopniach. Nawierzchnia krzywa, kruche kamienie nie zachęcają do rozpędzenia się. Zaczynam w większości z nielicznych górek schodzić a nie zbiegać. Słabo, czas leci coraz szybciej, zaczynam widzieć, że nie będę miał praktycznie żadnego zapasu czasowego na pierwszym punkcie.
Osoby, które biegną koło mnie zaczynają snuć wizję, że nikt kto nie zmieścił się z jakimś solidnym zapasem czasowym szans na osiągnięcie kolejnego punktu już nie ma. No nie pomaga to :/
Pod koniec pierwszego etapu zaczynam mieć kryzys formy. Mięśnie nóg spięte, zaczynam się obawiać czy nie będę miał znów skurczy jak na Łemkowynie. Staram się temu przeciwdziałać i oprócz żeli, wody, wziąłem sporo tabletek z elektrolitami. Regularnie brane pomagają, nie złapało mnie. Niemniej głowa coś się buntuje i końcówka etapu to już naprawdę więcej chodzenia niż biegu. Słabo. Na punkt wpadam z zapasem ledwo 20 minut. Szybko piję kolę, zjadam kawałem ciastka (słabo mi wchodzi, za suche), arbuza. Wolontariusze tankują moje softflaski wodą i wychodzę ze strefy.
W międzyczasie zrobiło się ciepło (rano za to było zimno – przydały się te rękawiczki i kurtka). Postanawiam jeszcze zdjąć bluzkę z długim rękawem i założyć krótką koszulkę, która mam. To dobra decyzja, nie grzeję się już tak jak wcześniej. Kilku zawodników, robi podobny przepak jak ja ale rusza szybciej.
Kończę się przebierać, na punkt wbiega dziewczyna. Okazuje się, że już dla niej za późno. Time out. O kurcze, źle trzeba ruszać.

Początek drugiego etapu to mozolny spacerek lasem i łąkami. Niestety na tyle w górę, że o bieganiu nie mam co marzyć. Słabe mam tempo, mija mnie idąca turystka a jak niezbyt mam chęć i siłę ją gonić. Zaczyna się kryzys czy to ma sens. Zrobiłem około 4 km i ciągle pod górę. Gorąco, pusto, krzaczory jakieś. Myślę czy warto w ogóle iść dalej jeśli i tak nie zmieszczę się w limicie. Do drugiego punktu przecież z kolejne 20 km a czasu mało. Siadam na napotkanej ławeczce, wyjmuję mapę i analizuję. Może lepiej wrócić na punkt? Przynajmniej będzie z góry i bliżej do domu. Mija mnie 2 biegaczy pytają czy lecę. Odpowiadam, że myślę czy jest sens. Chwilę jeszcze posiedziałem gdy dobiegł chłopak (nie startujący w biegu) i mówi, że w sumie leci w końcówce zbierając/motywując takich nieszczęśników. Chwilę dyskutujemy, mówi by się nie poddawać bo wcale nie tak daleko i lecieć. Ok, przekonał mnie ruszam.
Oficjalny support jest na biegu zabroniony więc lecimy tak trochę obok. On z przodu, coś czasem opowie o biegu, czasem odleci sobie dalej. Ja mozolnie drę z tyłu. Obecność drugiej osoby jednak sporo daje. Sił nie ma ale człowiek się stara dorównać.
Kolega mówi, że jest stąd, startował już chyba z 3 razy w biegu ale mety też nie osiągnął. A to jakaś kontuzja, a to słabość w głowie (jak u mnie). Tym sposobem (motywacyjnym) bieg w końcu zaczyna iść. Mijam kolejne punkty trasy – w znaczeniu szczyty, rozwidlenia dróg. Przy okazji trasa opisana, oznaczona perfekcyjnie. Są chorągiewki, a co ważniejsze wszędzie tak gdzie należy skręcić jest człowiek, który pilnuje by nie pobłądzić. Tak można biegać, zero stresu że zabłądzę.
Dobiegam na kolejny szczyt – pytam ile do punktu. 8 km brzmi odpowiedź, a godzina do limitu. Adrenalinka robi swoje. O ile do tej pory raczej szedłem to tu zaczynam ostrzej drzeć do przodu, z gór o dziwo zbiegam korzystając z kijków! Tempo ładnie rośnie, przemieszczam się do przodu. Niestety to już odcinek nawiedzony przez turystów. Owszem w większości ładnie przepuszczają, pozdrawiają i kibicują ale jednak spore zwolnienie jest. Trzeba czasem poczekać na swoje miejsce na szlaku.

Finalnie limit dogonił mnie chwilę przed Kasprowym Wierchem. Chyba jestem ostatni w tym miejscu, po mnie raczej już nikogo nie ma – idą ludzie zamykający trasę, zbierający chorągiewki. Oddaję chip, numer i podchodzę na szczyt. Jest po biegu 🙁 41 kilometrów z 71 pokonane.

Szkoda. Patrząc na mapkę zrobiłem sporą część trasy. Gdybym mobilizację z końcówki miał od początku to mogłoby to wyglądać inaczej. Czy starczyłoby jednak czasu-sił na 71 km nie wiem. Boję się, że nie. Braki w przygotowaniu były jednak widoczne.
Z drugiej strony gdyby limity były luźniejsze (jak na wielu innych biegach) to pewnie metę spokojnie bym osiągnął.

Na szczycie Kasprowego mam dylemat co z sobą zrobić. Nie jestem na punkcie odżywczym iść do niego to jeszcze kawałek (a czy coś dadzą jak nie mam numeru?). Sędziowie podpowiadają, że można tu zejść szlakiem w dół albo zjechać wyciągiem.
Do wyciągu chmara narodu i okazuje się, że aż tyle pieniędzy nie mam więc napiłem się zakupionej wody i zaczynam schodzić w stronę cywilizacji – Kuźnic. Masakra. Ciągle w dół po tych kamiennych schodach. Wolno, trzeba uważać bo ślisko (moje buty coś jednak na kamieniach nie robią szału). 50 min w dół zielonym szlakiem, rozwidlenie do Kuźnic kolejne 1:40.
Zmuliło mnie co to za Kuźnice (bo to w miarę blisko od mojej kwatery) boję się kupić sobie coś do pica (a mijam jakieś schronisko) by mi nie zabrakło pieniędzy na ewentualnego busa. Idę i mam coraz bardziej dość. Szczęśliwie spotykam na trasie 2 osoby, które sędziowały. Wnioskuję to z ich rozmowy i pytam czy nie mają cokolwiek do picia. Szczęśliwie miały i trochę wody mi dały W ich towarzystwie dochodzę w okolice mety (bo własnie w Kuźnicach była ona zlokalizowana). Tu przypominam sobie, że w sumie to jakieś 20 min od mojego lokum więc idę dalej. Finalnie zanim wróciłem do domu to zrobiłem jeszcze kolejne 10 km.

Cóż wiele do dodania nie ma. Byłem, bieg widziałem i uczestniczyłem w nim. Czy chciałbym wrócić i go pokonać? Pewnie. Czy to jednak zrobię to nie wiem. Trzeba by znów robić punkty kwalifikacyjne. Zobaczymy, w tym roku odpocznę już od ultra, co będzie dalej zobaczymy.

Od strony sprzętowej napisze może coś więcej w kolejnej relacji by było wiadomo co warto mieć a co nie (no i jak się sprawdził mój sprzęt). Zdrowotnie w sumie ok. Nawet nóg mocno nie zniszczyłem. W znaczeniu stóp, bo może z 2 bąble miałem no i 1 paznokieć straciłem. Ale to bardziej przez swoją głupotę, w Zakopanem łaziłem w niezbyt wygodnych butach i już tu go naruszyłem.

Enervit 10 Bieg na Wielką Sowę – 11/08/2019

Jak to zwykle u mnie, w sierpniu należało wystartować w Biegu na Wielką Sowę.
Tym razem zawody postanowiłem potraktować rozważnie, treningowo, jako, że tydzień później miałem Bieg Ultra Granią Tatr, na którym mi bardzo zależało.
Nie znaczy to oczywiście, że chciałem emerycko truchtać 🙂 ale nie było mowy o żadnych szaleństwach. Już raz, biegnąc 5 km na Ślężę zafundowałem sobie rezygnację z Biegu Rzeźnika. Tym razem tak być nie miało, żadna kontuzja w grę nie wchodziła 🙂

Jubileuszowy Bieg na Wielką Sowę szykowany i reklamowany był w tym roku z wielką pompą. Organizatorzy liczyli na rekordową frekwencję, dawano wypasione pakiety. Jednym słowem – full wypas 🙂 i grzechem by było nie spróbować.

W tym roku w biegu nastąpiły pewne zmiany. Pakiety i start zlokalizowano nie tak jak zawsze na terenie Restauracji Harenda, ale kilkaset metrów wyżej na terenie boiska sportowego. Zmieniła się również sama trasa. Pewne fragmenty są stałe (większość) ale doszło trochę nowych kawałków i tym razem długość biegu zbliżyła się do prawie 10 km (9,8 dokładniej).

By uniknąć startowego zamieszania pakiet odebrałem dzień wcześniej. Poszło szybko, sprawnie bo i ludzi prawie wcale 🙂 Zawartość torby faktycznie zacna. Koszulka, skarpetki, sosy, napoje i jeszcze parę innych ciekawych rzeczy. Nie powiem serce kolekcjonera raduje się 🙂

Sam czas przed biegowy zoptymalizowałem tak, że na start przywiozła mnie moja Żona i później miała mnie odebrać z okolic mety (po zejściu już z Wielkiej Sowy).
Było to słuszne posunięcie bo ludzi mnóstwo, ciężko by było zaparkować autem. W dzień biegu było (zwyczajowo) upalnie to i słabo by się czekało też długo na start. A tak zostało mi jakieś 30 min, to chwilkę postałem, zrobiłem rozgrzewkę i można było lecieć.

Strefa startowa.

Pierwsze metry to obiegnięcie boiska i skręt w prawo na drogę. Tu było małe przyblokowanie ludzi, jednak około 900 biegaczy to sporo. Początek biegu tym razem prowadził w dół Ludwikowic, w stronę Harendy. Wiele osób leciało tu spokojnie, ja jako, że znam ten odcinek wyśmienicie (zawsze na nim trenuję :)) trochę przyspieszyłem. Później jest już w sumie ciągle pod górę więc należało zyskać tyle czasu ile się dało. Przy Harendzie skręciliśmy w prawo na szutrowo-polne drogi (ten kawałek trasy chyba identyczny/bardzo podobny jak rok temu) i biegliśmy nimi aż do powrotu na asfalt powyżej kościoła w Sokolcu. Zaczął się zwyczajowy marsz 🙂 pod górę aż do Sowiogórskiej Karczmy, gdzie po przekroczeniu drogi znów szło się (jeszcze wolniej bo dużo stromiej) do Schroniska Orzeł. Ten odcinek to prawdziwy killer dla nieszczęśników startujących na Sowę 🙂
Dopiero od Schroniska trochę się wypłaszczyło, wyrównało, chwilkę nawet jest w dół. Przy Schronisku Sowa, skręt w prawo i zakosami biegło się na szczyt Wielkiej Sowy. Ten odcinek jest dość przyjemny. Trochę po płaskim, później pod górkę ale na tyle spokojniej, że da się biec a nie trzeba iść. Więcej też tu drzew, nie ma takiej patelni jak na początkowych kilometrach.
Finalnie pojawia się meta i można odpocząć. Tym razem metę osiągnąłem po czasie 1:10:53 co uważam za dobry wynik w świetle faktów, że było więcej kilometrów i biegłem spokojniej (zwłaszcza na zbiegach nie szalałem). Dało to miejsce 409 na 817 sklasyfikowanych. W kategorii M40 – 73.

Okolice mety.

Cóż, pozostało wypić izotonik, zjeść banana i arbuza i można było schodzić w dół.
Żonka odebrała mnie tak skąd miała czyli bieg zaliczony 🙂 Odpuściłem posiłek bo blisko mam do domu, ale w sumie trochę żałuję. Kto wie może coś by się udało wygrać w losowaniu nagród. Zwłaszcza zagraniczna wycieczka wydawała mi się interesująca 🙂

Tyle. Bieg jak zwykle dobrze zorganizowany, nie widziałem jakichś problemów, niedociągnięć. Trochę dużo ludzi startowało, co widać było zwłaszcza na początku trasy. Organizatorzy ciągle mają zakusy na więcej, oby kiedyś nie skończyło się to spadkiem atrakcyjności jak będzie za ciasno na szlaku.

Podsumowanie – lipiec 2019

Ostatni miesiąc treningowy przed biegiem już za mną. Był to chyba pierwszy (i jedyny 😉 ) miesiąc, z którego jestem zadowolony.
Regularność biegów, sensowne dystanse i korzystny układ treningów zaprocentowały zmniejszeniem wagi, zwiększeniem formy i co najważniejsze brakiem kontuzji.
Detale poniżej, na końcu zaś moje przemyślenia o bieżącej sytuacji przed BUGT.

WAGA
Systematycznie leciała w dół. Na obecną chwilę zrzuciłem do około 86 kg co mnie cieszy. Spory tu był jeszcze potencjał bo wszystko odbyło się z treningów bez żadnych diet no ale.. Zrzucałem mało, wolno, nie ma przynajmniej strachu, że odbije się to na formie.
Jakbym miał jeszcze parę takich miesięcy jak lipiec to myślę, że jeszcze coś by się urwało 🙂

KILOMETRAŻ + ILOŚĆ/JAKOŚĆ TRENINGÓW
W końcu powyżej 200 km. 223 dokładnie czyli zacna ilość. W lipcu kontynuowałem systematyczne i powolne powiększanie kilometrażu. Biegi w środku tygodnia od 10-14 km, weekendowo rozbiegania 12-21 km. Parafrazując punkt z wagą – jeszcze parę miesięcy to coś by się dodało 🙂
Uzupełnieniem biegów było parę spacerów z kijkami i oczywiście rower. Tym razem ujechałem 242 km.

TRENING UZUPEŁNIAJĄCY
Tu bez zmian. Dalej nie ćwiczyłem. Słabo, przyznaję się, nie ogarnąłem. Rano nie mam jednak siły wstawać wcześniej (nawet te 30 min), a po całym dniu (zwłaszcza biegowym) z reguły mi się już nie chciało. Cóż, nie ma co wymyślać – szkoda bo byłoby to dużym ułatwieniem na biegu (silny brzuch, plecy lepiej by stabilizowały sylwetkę, a ręce dużo pomogły z kijkami).

SAMOPOCZUCIE/MOTYWACJA/ZDROWIE
Może być 🙂 Kontuzje dalej mnie omijały co bardzo mnie cieszy.

Czyli…
Co się natrenowałem to moje. Miesiąc udany, wiele więcej już nie dokonam. Do BUGT zostały około 2 tygodnie, trzeba liczyć na utrzymanie formy i uważać by coś sobie nie zrobić.
W ramach testu ostatnim weekendem zrobiłem 21,5 km pętelkę biegową z osiągnięciem szczytu Wielkiej Sowy. Trasa pół na pół czyli około 10 km pod górę a później druga połowa ciągle z góry.
Najdłuższy mój bieg w przygotowaniach i najbardziej górski jak do tej pory. W sumie jestem z niego umiarkowanie zadowolony.
Pod górkę momentami podchodziłem ale uznałem, że na ultra też tak robił będę. Nie ma sensu się zarzynać próbując ciągle biec. Samo wejście w górę dało mi trochę w kość co mnie zasmuciło. Coś tam można zrzucić na duchotę i 30 stopni, coś na rower w tym samym dniu i taneczną zabawę poprzedniej nocy, no ale liczyłem, na więcej mocy.
Zadowolony byłem za to ze zbiegu. Rower chyba mi pomógł, nogi miałem mocne, nie bolały mnie.
Cóż… uważam, że pobiegnę Bieg Ultra Granią Tatr zwyczajowo średnio-słabo przygotowany. Bardzo dużo straciłem w początku roku. Gdyby takie miesiące jak 07/2019 zdarzyłyby się z dwa, trzy wcześniej było by ok. Tu zaś pozostanie liczyć na łut szczęścia i sprzyjające warunki na trasie.
Relacja będzie już pewnie po biegu bo teraz zaczynam urlop i komputera planuję mniej 🙂

Podsumowanie – czerwiec 2019

Kolejny miesiąc odhaczony. W mojej ocenie dobry. Gdyby nie ostatnie 2 tygodnie, z mniejszą ilością biegania, w końcu pękłoby 200 km biegu. A tak wyszło 180 🙂

WAGA
88km udało się utrzymać. Przez moment na liczniku pokazało się nawet 87 ale to jeszcze pozycja przejściowa. Za wcześnie by świętować.

KILOMETRAŻ + ILOŚĆ/JAKOŚĆ TRENINGÓW
Przebiegłem 180 km. Jak zapodałem we wstępie widoki były i na 200, ale „przeszkadzajki” amatorskie (a to sytuacja rodzinna, a to weekend przeznaczony na co inne) zmniejszyły mi osiągi w ostatnich 2 tygodniach. Ogólnie jest ok, bo mimo chwilowych spadków to czasy i dystans pojedynczego treningu jest dobry. Zawsze więcej niż 10 km (a bliżej 12-14 km). Brakuje mi długich wybiegań ale nietypowo uderzyłem w równomierne (a mniejsze) zwiększenie wszystkich treningów. Wydaje mi się, że da to lepszą formę i dyspozycję niż 3 mniejsze treningi i długi long w weekend. Czy miałem rację okaże się za jakieś 1,5 miesiąca 🙂

TRENING UZUPEŁNIAJĄCY
Ćwiczeń brak (żal.pl), za to kolejny udany miesiąc pod względem 2 kółek. 408 km przejechałem, co jest mega wynikiem. Liczę, że to zaprocentuje w połączeniu z bieganiem.

SAMOPOCZUCIE/MOTYWACJA/ZDROWIE
Może być 🙂 Kontuzje dalej mnie omijały co bardzo mnie cieszy.

Czyli…
„Powoli, do przodu, staramy się 🙂 Idzie w miarę w dobrą stronę wszystko, chociaż nie ukrywam trochę za późno się zebrałem. Wszystkich zaległości nie nadrobię”.
Tak napisałem w maju i jest to ciągle aktualne. Boję się, że trochę zbyt zachowawczo dokręcam śrubę, ale jak pisałem parę razy obawa, że coś w organizmie rozwalę jest silniejsza. Lepiej już małymi kroczkami iść do przodu niż po skoku upaść i nie wstać.

6 Bieg Szerszenia – Nocny Bieg Świętojański

Jak co roku, 22/06/2019 wystartowałem w Biegu Szerszenia – Nocnym Biegu Świętojańskim w Oleśnicy.

Bieg zwyczajowo rozgrywał się na dystansie 10 km, przy czym w porównaniu do poprzedniej edycji zmieniono trasę.
To już w sumie taka tradycja, że co roku prowadzi ona inaczej 🙂 Nudzić się nie da w skutek tego, chociaż utrudnia to z pewnością analizę czy tym razem pobiegło się lepiej czy gorzej.

Zawody w tym roku, co było kontynuacją procesu z ubiegłego roku, w całości przeniosły się na oleśnicki zamek. Tu były zlokalizowane biuro zawodów, szatnie, miejsce nocnej zabawy i ceremonii dekoracji zwycięzców.
Wydaje mi się to pozytywną zmianą. Przyjezdni mogą zobaczyć ładniejszy kawałek Oleśnicy (Zamek, Rynek itd).
Sama trasa też budziła moje pozytywne skojarzenia. W większości była płaska i szybka (i ciągle do przodu a nie kręcenie kółek wokół terenów wodonośnych). Szkoda trochę, że było na niej kilka ostrych zakrętów. W moim tempie to nie problem, ale Ci co lecą z dwa razy szybciej pewnie musieli mocno uważać na nogi 🙂

W tegorocznej rywalizacji wzięło udział około 276 osób. Sporo biegaczy ale limit osób dobrany odpowiednio. Poza początkiem wyścigu gdzie momentami było ciasnawo by wyprzedzać później komfort biegu był zadowalający.
Na trasie biegu zlokalizowano punkt nawadniający, który mijało się dwa razy. Dobrze, że był bo zadania biegaczom na pewno nie ułatwiała pogoda 🙂 Mimo wieczorowej pory było mocno ciepło. W sumie gorąca się spodziewałem więc przezornie wziąłem ze sobą bidonik z wodą, z którego korzystałem co 1 kilometr.

Chwila po starcie

Jak to u mnie skomplikowanej strategii na bieg nie miałem. Chciałem pobiec na 100% swoich możliwości 🙂 Właściwą ocenę planowanego tempa utrudniał mi fakt, że mało w tym roku miałem zawodów i nie jestem zbyt obyty z szybkimi biegami. Raczej snuję się mozolnie po piachach, lasach i górkach (bliżej 6:00min’km) – nie byłem pewien więc ile szybciej realnie wytrzymam. Zadowalające (i ambitne) wydało mi się tempo około 5 min’km i tak też uznałem, że spróbuję.
Po starcie znalazłem swój rytm i w miarę trzymałem się tych 5 min/km. Pierwszy kilometr pewnie zrobiłem szybciej, ale niestety jakoś przy 3 kilometrze moje Suunto dostało „spadku formy” i zaczęło pokazywać tempa bliżej 10 min’km. Gdzieś zagubił mi się chyba fragment trasy bo późniejsze kilometry pikało sporo później niż znaczniki organizatora.
Pozostało olać elektronikę i biec swoje. Starałem się trzymać osób biegnących przede mną (które w mojej ocenie leciały dobrze i rokowały nadzieję na zmuszenie mnie do wysiłku). Jeśli ktoś zwalniał to wyprzedzałem i szukałem następnej ofiary 🙂
Strategia ta okazała się być dobrą bo zrobiłem czas: 00:49:17 co pozwoliło zająć miejsce 102 (w kategorii M40-39).
Ładnie. Patrząc w kategorii czasu lepiej niż w 2018 i 2017, chociaż gorzej niż w rekordowym 2016 (47:55). Zadowolony jestem również z dyspozycji na trasie – wytrzymałem całość biegu a nawet zrobiłem negative split, o ile można wierzyć mojemu Ambitowi (patrząc na cyferki w Movescouncie to wyglądają realnie mimo zawiechy sprzętu na trasie, może coś sobie później przeliczył?)

I na mecie.

Cóż. W tym momencie relację można by skończyć (bo reszta podobnie jak w latach ubiegłych :)). Grill po biegu był, pokazy teatru ognia też. Szczęście miałem w losowaniu nagród (karnet rodzinny do groty solnej) czyli ok 🙂

Nawiążę jeszcze w ostatnim zdaniu do organizacji całości. Biura, impreza po biegu prowadzone sprawnie. Kłopoty były z nagłośnieniem bo szwankował mikrofon i nie wszystko dało się usłyszeć. Trasa oznaczona dobrze, wygrodzona taśmami, wolontariusze kierowali gdzie trzeba. Słyszałem jednak, że prowadzący czołówkę pomylił się gdzieś na niej, za co organizatorzy przepraszali biegaczy, Ja tym razem kłopotów z wyborem ścieżki nie miałem więc nie będę tu krzywdował.
Zwyczajowo polecam pobiec za rok 🙂