City Trail Wrocław 2018/19 – Podsumowanie Zawodów

Tak wyglądały tegoroczne medale.

Aktualny (2018-2019) cykl City Trail we Wrocławiu oficjalnie można uznać za zakończony.
26 marca 2019 odbyła się uroczysta gala podsumowująca wydarzenie. Opisano w liczbach to co udało się dokonać ekipie organizującej jak i biegaczom, rozdano nagrody.
O samej uroczystości wiele pisał nie będę bo była udana 🙂 Czas na niej minął mi szybko, dłużyzn nie było czyli wszystko ok. Krótko za to podsumuję moje dokonania w tegorocznej edycji biegu.

W bieżącym sezonie wystartowałem w 5 biegach z łącznej liczby 6. Zanotowałem w nich takie wyniki:
Bieg 1. Czas: x Miejsce generalnie: x (nie startowałem)
Bieg 2. Czas: 23:08 Miejsce generalnie: 229/581
Bieg 3. Czas: 23:53 Miejsce generalnie: 253/519
Bieg 4. Czas: 24:02 Miejsce generalnie: 248/486
Bieg 5. Czas: 23:28 Miejsce generalnie: 255/493
Bieg 6. Czas: 27:20 Miejsce generalnie: 259/374

Poza kompletnie nieudanym biegiem nr.6 w reszcie zawodów prezentowałem dość wyrównany (chociaż oczywiście nie najlepszy) poziom. Po szybkim porównaniu z biegami z poprzednich edycji widzę, że czasy miałem podobne do biegów w 2016/2017 i lepsze trochę niż w 2017/2018. Biegałem jednak równiej i w bieżącej edycji zanotowałem swój najlepszy wynik – 23:08 Porównując do edycji jeszcze starszych poprawa czasowa jest spora bo wtedy większość rezultatów oscylowała w zakresie 25-27 min. Niby nieźle, zdaję sobie sprawę jednak, iż stać byłoby mnie na dużo więcej gdyby poparte było to solidnym treningiem.
W każdym razie bieżąca dyspozycja pozwoliła mi na osiągnięcie rezultatu finalnego:
Miejsce 196 z 301 klasyfikowanych. W kategorii M40 – 41 z 79

Kategoria M40

Jako ciekawostkę podam zajęte przeze mnie miejsca we wszystkich cyklach.
Wyliczyłem też % miejsca jaki to dało mi w całości biegaczy (100% to najgorzej)

Miejsce 196/301 2018/2019 (65% stawki)
Miejsce 192/307 2017/2018 (63% stawki)
Miejsce 177/285 2016/2017 (62%stawki)
Miejsce -/- 2015/2016 (nie startowałem)
Miejsce 172/211 2014/2015 (81% stawki)
Miejsce -/- 2013/2014 (nie startowałem)
Miejsce 75/81 2012/2013 (93% stawki)

Odrzucając stare, słabe wyniki widać, że lokuje się w drugiej połowie stawki przy czym dużą ciekawostką jest fakt, że poszedł do góry ogólny poziom biegu. Musicie mi uwierzyć na słowo ale patrzyłem na swoje czasy i o ile w 2018/2019 miałem je lepsze niż w 2 poprzednich latach to widać, że i tak % poleciałem w dół.

Cóż. Ogólnie należy cieszyć się, że udało się zaliczyć sezon. Mogło być lepiej (jak zwykle :)) niemniej jak na przygotowanie to wstydu nie ma.

City Trail Wrocław – Bieg 6

To nie był dobry bieg. A nawet to był bardzo zły bieg. Sporo złożyło się na to przyczyn, chociaż ciężko jest mi jednoznacznie wskazać najważniejszą. Było zaś tak:

Dwa tygodnie wcześniej dopadło mnie jakieś złośliwe przeziębienie (a może grypa?). Niby objawów czytelnych nie miałem, lało mi się z nosa tylko, gardło czułem, ale byłem jakiś taki połamany, że nie biegałem wcale.
Treningi (lekkie biegi) zacząłem niby w tygodniu poprzedzającym zawody ale choróbsko coś dalej mnie trzymało. Słabo szło, szybko się męczyłem.
Zastanawiałem się nawet czy z ostatniego CT nie zrezygnować ale chęć by kolejnego biegania nie odpuszczać zwyciężyła. Pomyślałem, że nawet jak pójdzie trochę słabiej to nic. Potraktujemy to treningowo. Nie spodziewałem się jednak, że pójdzie aż tak słabo 🙂

Warunki pogodowe przed biegiem były średnie. Po ostatnich opadach, na trasie było sporo błota. Jak już je zobaczyłem to zrozumiałem, że będzie się biec ciężej. Słabo też odbierałem temperaturę. Zrobiło się stosunkowo ciepło, a ja niestety ubrałem się za grubo. Gorąco mi było, pocieszałem się, że może między drzewami będzie cień i jakoś to wytrwam.

Kolejnym sygnałem ostrzegawczym, jaki zlekceważyłem, była rozgrzewka. Zacząłem ją zwyczajowo – trochę rozciągania a później biegi. Kurcze, lecę i strasznie mi coś ciężko. Zmęczyłem się jakbym nie wiadomo ile przeleciał. No nic myślę sobie, po chorobie słabszy jestem ale chyba tragedii nie będzie. Rozgrzałem się, puls się uspokoi, wytrzymam tempo chyba. Tragedia była…

Jeszcze w czołówce… swojej strefy 😉

Nie przedłużając więcej. Wystartowałem z okolicy 25 min. Pierwszy kilometr ładnie, wolniej trochę niż zwykle (przez błoto) ale trzymałem się czołówki grupy. Doszliśmy „maruderów” z poprzednich stref, parę osób jeszcze wyprzedziłem i siłą rozpędu zrobiłem 2 kilometr. Im dalej jednak to gorzej. Masakra, zaczyna mnie odcinać. Ciężko mi, bardziej tętno wysokie chyba czy oddechowo gorzej niż słabe nogi miałem. Jakoś około 3 km przeszedłem do krótkiego marszu by później chodzenie powtórzyć jeszcze z dwa razy. Masakra, żebym chodził na 5 km dystansie to już nie pamiętam kiedy to było.
Dokładne czasy kilometrów wyglądają tak:
1 – 4:52
2 – 5:33
3 – 5:58
4 – 6:29
5 – 4:31

Na mecie zameldowałem się po 27:20 min, co odbieram jako dużą osobistą porażkę. Czas ten dał mi miejsce 258 z 372.

I tu chyba skończę tą smutną historię. Nie do końca mogę wyczaić co tak najbardziej mi zaszkodziło, pocieszam się, że to pewnie mix wszystkich złych zdarzeń.
Miejmy nadzieję, że teraz (ze zdrowiem, treningami) będzie lepiej bo terminy gonią 🙂

ZEblaze Thor 4 Pro

Natura nie lubi pustki. Po sprzedaży Huawei Watch GT zarzekałem się, że na ten moment „smartwatchy” mam dość i nie zamierzam iść w stronę kolejnego. Zegarki jednak uwielbiam i nie wytrzymałem w swoim postanowieniu zbyt długo 🙂
Jako, że doświadczenie nauczyło mnie już, iż kolejny smartwatch pewnie nie sprawdzi się jako zegarek stricte sportowy to warunki zakupowe określiłem dość sztywno – wydać na zabawkę w miarę mało, a eksport danych wymagany.
Przy tak postawionych wymaganiach wiadomym musi być, że sprzęt będzie z Chin i nie będzie to produkt mocno znanego producenta.
W ciemno założyłem, iż zegarki, które mają tylko soft wgrany przez wytwórcę, eksportu mieć nie będą, dlatego też postanowiłem spróbować kolejnej nowości dla mnie czyli smartwatcha posiadającego na pokładzie „pełny” system Android.
Jest tego mnóstwo. Niektóre marki całkiem egzotyczne, inne już w miarę znane (a przynajmniej da się znaleźć o nich testy, opisy). Pierwotnie myślałem o sprzęcie firmy Lemfo. Kosztowo jednak ciekawsze ich modele wchodzą bliżej 150$ i więcej, a to nie składało się z budżetem. Tym sposobem wybór mój padł na firmę Zeblaze.
Zeblaze dość mocno rozwija swoją linię Thor i jest w niej naprawdę sporo modeli. Dociekliwi pewnie spędzą mnóstwo czasu szukając, który z nich jest najlepszy. Jak dla mnie większość jest podobna, z zaawansowanych opcji GSM korzystał nie będę, więc mój wybór padł właśnie na Thor 4 Pro.

Po odliczeniu dwóch promocyjnych kuponów jakimi obdarowało mnie AliE udało mi się go utrafić poniżej 100$ więc i cena i potencjalne możliwości wydały mi się zadowalające.
Zapraszam więc do krótkiego opisu.

Przy okazji wszystkim zainteresowanym testami chińskich smartwatchy polecam kanał na YouTube – SmartWatch Ticks.
Dużo modeli jest pokazanych, porównanych. Testy raczej skupione na wyglądzie, możliwościach „smart” niż sporcie ale myślę, że pierwsze wrażenie co warto nabyć można sobie wyrobić.


Przed ewentualnymi zakupami warto też poczytać forum (anglojęzyczne):
Forum o chińskich zegarkach
Polecam to z takiego powodu, iż niektóre modele mają jednak słaby soft albo ograniczenia w instalacji apek. Szkoda wydać kasę i nie skorzystać z najważniejszych możliwości watcha.

Pozwolę sobie w opisie tym pominąć techniczne specyfikacje sprzętu. Większość da się wynaleźć na stronie producenta:
Zeblaze Thor4 Pro

Thor przybył do mnie spakowany w gustowne, niewielkie, czarne pudełeczko, posiadające na jednej ze ścianek wizualizację zegarka a na kilku innych nazwę producenta i zegarka.

Jeszcze w pudełeczku

Zawartość pudełka zwyczajowo (jak to teraz przyjęte) skromna. Zegarek zapakowany w ochronny woreczek, kabel USB do ładowania i malutka, skrócona instrukcja obsługi (po angielsku).

Instrukcja o dziwo dość dobra. Opisano w niej wszystko co najważniejsze, wiadomo jak włączyć watcha, jak wgrać apkę i jak to wszystko sparować.

Sam zegarek po wzięciu do ręki sprawia całkiem solidne wrażenie. Jest spory, ładnie sportowo cięty. Wszystko wygląda na spasowane dobrze, nie widzę niedoróbek. Koperta zegarka wykonana z tworzywa (nie jest to niestety klasa Huaweia GT). Bezel wokół ekranu za to już z jakiegoś stopu. Szkło ekranu zabezpieczone folią ochronną, na minus trzeba jednak uznać fakt, że ekran wystaje ponad pierścień. Rodzi to obawy o możliwość powstawania rys w przyszłości.

Tak sprzęt prezentuje się na żywo. Przód.
Tył zegarka.
Zeblaze Thor 4 Pro
Zeblaze Thor 4 Pro . Skóra na pasku.

Ciekawy jest pasek. Od strony ręki wykonany z tworzywa, zewnętrznie zaś pokryty warstwą skóry. To w mojej ocenie plus bo nie zniszczy się tak szybko. Warto jednak wiedzieć, że pasek ten jest nieodpinany. W środku z tego co wyczytałem są np. anteny więc uważajcie by nie wpaść na pomysł go wymienić 🙂
Sporym minusem paska jest uboga ilość dziurek do zapinania. Są rozmieszczone dość rzadko i niektórym ciężko może być trafić we właściwe „opięcie”. Mi w sumie brakuje takiego punktu po środku właśnie. Zegarek przez to albo jest na ręce ciut za luźno albo za ciasno.

Od strony wizualno-obsługowej Zeblaze ma 2 przyciski funkcyjne. Przycisk wyboru, przycisk cofania. Po środku między nimi umieszczono obiektyw aparatu. Na spodzie zegarka mamy czujnik tętna, klapkę pod która można umieścić kartę SIM oraz gniazdo ładowania. Po bokach znajdzie się jeszcze wycięcia mieszczące mikrofon i głośniczek no i to w sumie wszystko 🙂
Ładowarka podłącza się magnetycznie, nie ma oczywiście opcji złego podłączenia. Samo połączenie jest jednak dość słabe – w znaczeniu, iż ładuje się oczywiście ok, ale pociągając za kabelek da się to łatwo rozłączyć.

Ładowarka i gniazdo ładowania.

Pierwsze odpalenie wymaga szybciutkiej konfiguracji sprzętu. Wybiera się m.in. język (polski oczywiście jest, tłumaczenie też ujdzie aczkolwiek sporo tekstów i tak pozostaje po angielsku), łączy zegarek z aplikacją. Standardowo dla androida trzeba też stworzyć albo wybrać konto na jakie będziemy się logować.
Po tym można już sprzęt normalnie używać.

Ekran wyświetla ładnie kolory, obraz jest ostry. Przynajmniej w pomieszczeniach/cieniu. W pełnym słońcu niestety już tak fajnie nie jest ale coś tam da się zobaczyć. Mały minusik screenu to fakt, iż w jego dole jest małe nieaktywne pole. Fajniej jednak prezentowałoby się pełne koło (niektóre zegarki z tej klasy takie ekrany mają).
Głośniczek działa solidnie. Słychać dobrze dźwięki (np. w Endomondo :))
Dotyk ekranu określiłbym jako średni. W większości działa znośnie, parę razy jednak zdarzyło mi się, że nie reagował. Trzeba było naciskać parę razy zanim załapał.

Mnóstwo tarcz zegarka do wyboru. W końcu znalazłem takie jakie mi się podobają.
Zmiana tarczy
I już mamy ustawioną kolejną.

Smartwach jak napisałem posiada na pokładzie „pełny” system android. Ma on z tego co wyczytałem pewne uproszczenia ale da się na nim normalnie instalować apki z google play (programy, gry). Obsługa systemu znana z komórek, nikt raczej problemów mieć nie będzie.

Menu zegarka.

Aplikacje, internet w sprzęcie pobiera się przez Wi-Fi (no chyba, że ktoś włoży kartę SIM). Połączenie z komórką w celu synchronizacji danych zaś przez bluetooth.

Aparat szału nie robi ale zdjęcie, film da się zrobić.
Apka do pogody.

No a jak z używalnością? Wgrane fabrycznie w sprzęt programy wg. mnie są słabej jakości.
Działają oczywiście stabilnie, nie zawieszają się ale ilość opcji/danych jakie zawierają jest delikatnie mówiąc mizerna.
Widać to np. w miarę dobrze przeglądając opcje fitness.
Po wybraniu rodzaju aktywności(bieg, rower, chodzenie itp) możemy wybrać jeszcze czy robimy bieg swobodny czy np. challenge z czasem, dystansem itp ale już plansza z wyświetlanymi danymi nie poraża. Jeden ekran tylko dostępny. Co gorsze, nie ma żadnych autolapów, podsumowań co kilometr. Słabo.
Po biegu specjalnie dużo danych też nie dostajemy. Ot czas, tętno, dystans, tempo średnie, kalorie. O rozbudowanych statystykach jak w Watch GT można zapomnieć.

Menu fitness.
Zanim wystartujemy można określić czy biegniemy swobodnie czy w określonym celu.
Lista dokonanych już aktywności sportowych.
Ekranik z danymi po aktywności.

Nie ma co ukrywać sytuację ratuje możliwość instalacji dedykowanych np. do sportu apek.
Tu mała dygresja. Nie wszystkie aplikacje dobrze wyglądają na okrągłym ekranie. Jeśli brakuje nam jakiegoś guzika, menu można przełączać widok – kwadrat lub koło. Sporo to ułatwia.

Strava. Widok okrągły i prostokąt.

Jako, że wiadomo będę biegał :), na pierwszy ogień rzuciłem Endomondo i Stravę.
Oba programy ładnie się zainstalowały, odpalały. Skonfigurowałem co trzeba no i …kurcze nie łapią mi w ogóle sygnału GPS. Czekam, czekam i nic. Zwątpiłem w końcu czy zegarek nie jest zepsuty. Zanim jednak rozpocząłem procedurę reklamacji spróbowałem zainstalować aplikację do testu GPS (inViu GPS). Aplikacja pokazała, że zegarek ładnie łapie satelity (sporo ich łapie) i wszystko powinno być ok.
Faktycznie przy następnym odpaleniu Stravy GPS łapie i da się nawet coś nagrać 🙂 Sprzęt kapryśny jest jednak na jakość sygnału, im gorsza pogoda tym dłużej fixa łapie 🙁
Z perspektywy paru użyć stwierdzam, że jakość zapisywanego sygnału nie poraża. Widać to np. na załączonych zdjęciach kiedy tor biegu jest mocno pofalowany i często prowadzi poza ścieżką.

Ten sam kawałek trasy zapisany w Suunto i w Zeblaze.

W Endomondo sygnał GPS też mi czasem rwie (ostatnio na biegu w lesie zgubił go po 3 km i aż do końca czyli około 7 km nie znalazł). Strava jakoś lepiej sobie z tym radzi, bo jak już ma to nie gubiła (jak do tej pory).
Zainstalowałem jeszcze jakieś inne programy do rejestracji trasy ale, że jeszcze nie testowałem ich to nie wypowiem się czy coś pomagają.

Porównanie odległości na tych samych trasach zarejestrowanych Thorem a np. Suunto nie wypada jakoś tragicznie ale jednak nie oczekujcie cudu. Rozbieżność jest. Dla przeciętnego użytkownika pewnie nie będzie miało to znaczenia, sprzętowi wariaci pewnie uznają to za wielką wadę.

Ten sam bieg. Wyniki trochę różne ale w sumie ujdzie.

„Lichość” sprzętu widać też np. przy odczycie pulsu. Na ręce dane wyglądają realistycznie można jednak zrobić myk jaki widzicie poniżej. Zegarek sobie leży a cały czas pokazuje jakieś tętno. Oj 🙁

Mierzymy tętno…

Skoro już o używaniu (zwłaszcza w kontekście GPS) to zegarek wytrzymuje około 1-3 dni. Wszystko zależy od tego oczywiście czy lecimy ciągle na BT, WiFi, GPS. Przy moim najbardziej umiarkowanym użyciu, czyli ładowałem na 100% około 08:00, w ciągu dnia tylko jako zegarek + aktywność z GPS na około 40 min to wieczorem o 21:00 miałem 77%. Przy jakichś dłuższych aktywnościach około 1 godzina = ~10% baterii.

Skoro coś tam dokonaliśmy to oczywiście synchronizujemy. Synchronizacja z aplikację WiiWatch2 działa ok. Po połączeniu wczytuje sobie ilość kroków, pokazuje stan baterii. Świetną opcją jest możliwość wczytywania do zegarka tarcz. W końcu mam takie jakie mi się podobają. Za to wielki plus 🙂
Na minus zaś fakt, że za każdym razem kiedy próbuje kliknąć na ikonki fitnessowe to apka się wywala i restaruje (na telefonie LG). Z tego powodu niezbyt mogę kategorycznie stwierdzić czy w programie są jakieś statystyki, ocen naszej formy. Patrząc na to co dostępne dla mnie to raczej nie.

Trzy ekrany z WiiWatch 2. Więcej chyba nie ma…

Hmm… no dobra, nie ma co się więcej nad sprzętem pastwić. Podsumujmy.
Wizualnie jest nieźle. Thor ładnie wygląda, nie razi „chińszczyzną”.
Technicznie/softowo? Gorzej. Nie oczekiwałem po nim cudów więc pod tym względem jakoś srodze się nie zawiodłem, ale odbiór mój jest jednak bardziej „na minus” Z suchej specyfiki sprzętowej urządzenie niby ma prawie wszystko i wszystko umożliwia. W użyciu te opcje są jednak takie „siermiężne”, ubogie. Wymagają wg, mnie dopracowania. Dla mnie personalnie, Thor najwięcej traci na słabej jakości rysowania tras z GPS i faktu, że fixa nie łapie super szybko i nie trzyma bardzo stabilnie. Szkoda.
Teza, iż smartwatche do sportu się nie nadają jest więc dalej aktualna 🙂

Jestem biegaczem tragicznym

I nie chodzi tu tylko 😉 o styl i osiągane rezultaty. Bardziej widzę to w pewnej analogii do tzw. bohatera tragicznego. Kto w szkole się uczył to pewnie kojarzy, kto mniej to sobie w necie wyszuka.
A czemuż to? A temuż bo finalnie dokonały się wybory moich tegorocznych startów 🙂

Starty „poboczne” nie są żadną wielką nowością. Pobiec chcę w nocnym Biegu Szerszenia, Biegu na Wielką Sowę, Międzynarodowym Biegu w Twardogórze i pewnie na koniec roku w Biegu Niepodległości w Świerkach. To takie moje standardy. Niewiele, ale powoli przechodzi mi szał startowanie wszędzie gdzie się da.

Swoją energię i skupienie poświęcę jednak startowi, który jest spełnieniem moich biegowych marzeń – w sierpniu wezmę udział w Biegu Ultra Granią Tatr.

No właśnie. I tu zaczynają się obawy związane z moim „tragizmem”.

Biegiem już sporo lat, zawsze jednak wielkie zamierzenia, nie do końca mi się udawały.
Pokonałem kilka maratonów, ale nigdy przygotowany tak jak trzeba (maratonowi jeszcze nie odpuściłem ale chcę pobiec wtedy gdy będę sam wiedział, że zrobię czas poniżej 4 godzin albo sporo lepiej).
W 2015 roku szykowałem się do Biegu Rzeźnika. Chyba jednego z ostatnich na „klasycznej” trasie. Szczęście miałem w losowaniu, a później porażka na całego. Najpierw wymiękł mi partner, udało się znaleźć zastępstwo to …tydzień czy dwa przed biegiem ja rozwaliłem nogę, tak, że szans na bieganie nie było żadnych.
Do BUGT pierwsze podejście zrobiłem w 2017 r. Wtedy też szczęście w losowaniu się do mnie uśmiechnęło ale.. organizatorzy odrzucili jeden z moich biegów kwalifikacyjnych. Strasznie mnie to rozwaliło :/ (przy okazji to biegi były ok, nie miałem jednak wiedzy jak to udowodnić. Teraz tą wiedzę mam i przeszło).
Później to szło już raz lepiej, raz gorzej. Kto czyta bloga to mniej więcej wie, że toczę walkę z psychiką, dyspozycją fizyczną itd. Niemniej jestem raczej w dole niż na topie formy. W tej niezbyt korzystnej sytuacji zdecydowałem się jednak zawalczyć kolejny raz o bieg, który nakręca mnie od lat. I udało się.

Wcale przez to nie jest łatwiej. Targają mną wątpliwości.
Czasu wcale nie ma dużo by dojść od biegania 80 km na miesiąc do pokonania 80 km w jeden dzień, w Tatrach. Powiedzmy 5 miesięcy. Trzeba będzie solidnie schudnąć (ale.. z umiarem nie zabijającym formy). Wymyślić trening, który da jak najwięcej, przy czym nie doprowadzi mnie do jakiejś kontuzji w kluczowym momencie. Ech, sytuacja bez wyjścia.

Pewnie wielu by odpuściło, poczekało na lepszy czas… pewnie sam bym tak wielu doradzał. Ale.. nie mam już czasu na czekanie. Chociażby z dwóch poniższych powodów:
– szczęścia w losowaniu po raz trzeci mogę już nie mieć,
– w sumie to… nie chce mi się biegać ultra. Nie zrozumcie mnie źle 🙂 Bieganie ultra jest fajne ale jeśli nie wystartuję teraz to przedawnią się moje biegi kwalifikacyjne i będę je musiał robić od nowa. To niełatwe, zwłaszcza gdy, z perspektywy czasu, doszedłem do wniosku, że poginanie samemu w środku nocy, w lesie i decydowanie czy skręcić w lewo czy w prawo (gdy wcale nie wiesz, która droga jest ok) już fajne nie jest 🙂 Takich biegów na ten moment już nie planuję. Góry, lasy ok ale raczej w dzień, w towarzystwie przynajmniej „wizualnym” ludzi/biegaczy.

Cóż. Wyboru wiec nie ma. Zrobię wszystko co w mojej mocy by tego nie zepsuć. Wiem, że szanse są… żadne, ale jednak walka do końca musi się odbyć przynajmniej, jeszcze ten jeden raz.

Podsumowanie – luty 2019

Kolejny miesiąc roku 2019 za mną. Pewne rzeczy ruszyły w dobrą stronę, sporo jednak jeszcze do poprawy.
Pod koniec lutego sprecyzowały mi się w końcu plany startowe więc liczę, że teraz powinno być trochę łatwiej. Wiem na co się szykuję i co powinienem zrobić by cel mógł być osiągnięty. Ten temat poruszę pewnie i w jakimś kolejnym wpisie (bo zadowolony z niego jestem bardzo 🙂 ale na ten moment szybkie podsumowanie minionego miesiąca.

WAGA
Dalej słabo. Praktycznie nie drgnęło nic w dobrą stronę, a nawet co tydzień widzę jakies gramy na +.
To mnie martwi bo chciałem co miesiąc trochę zrzucać. Spokojnie, pomału ale miało iść w dół. Optymistycznie liczyłem na chociaż 1 kg mniej a tu nic 🙁

KILOMETRAŻ + ILOŚĆ/JAKOŚĆ TRENINGÓW
Tu jest ok. Regularnie biegałem 4 x na tydzień, przy czym delikatnie zacząłem zwiększać dystanse. Druga połowa miesiąca to celowanie w biegi po około 10 km i coś dłuższego w weekend.

TRENING UZUPEŁNIAJĄCY
Bardzo źle. Nie ćwiczyłem nic, jakieś pojedyncze rolowania robiłem po bieganiu.

SAMOPOCZUCIE/MOTYWACJA/ZDROWIE
Tak ogólnie, życiowo to wielkich zmian nie było 🙂 Nic się jednak nie pogorszyło, jakieś zaległe tematy powoli zamykam więc przyjmijmy okres za udany.
Wiosna powoli idzie, dzień coraz dłuższy to i widzę możliwości/chęci lepszego biegania. Więcej też czasu na jakieś aktywności dodatkowe (oprócz biegania ruszyłem też rower, były jakieś spacery) co trochę człowieka budzi z letargu.

Czyli…
Luty w skali 100 pkt. odbieram mimo wszystko jako zakres 0-50. Ciągle jestem „na rozruchu”, dużo spraw obiecanych sobie muszę dopiero ruszyć. Światło na końcu tunelu jednak jest 🙂

Way of the …Biegacz

Korzystając z pięknych okoliczności przyrody wybraliśmy się niedawno, rodzinnie na Ślęzę. Pogoda piękna, warunki terenowe dobre, aż przyjemnie było iść i cieszyć się przyrodą.

Przy okazji tej wycieczki zauważyłem w tejże okolicy mnóstwo biegaczy i biegaczek (ale biegaczy więcej). Wszyscy w mniej lub bardziej ultrasowym ekwipunku z mozołem darli w górę świętej góry czy też rączo zbiegali w dół.

Aż serce się raduje, że taki sportowy duch w narodzie. Z pewnym jednak zasmuceniem odnotowałem fakt, że praktycznie wszyscy sportowej sylwetki nie mieli. A nawet rzekłbym … grubi (nazywając rzecz po imieniu).

Zadumałem się nad tą sytuacją no bo… fajnie ludzie chcą coś ze swoim życiem zrobić. Walczą, ćwiczą, biegają. Umiejscawiając się jednak w takiej formie w górskich klimatach bardziej odbieram to jako oszukiwanie samego siebie. Wybieranie najmniejszej linii oporu.

Droga biegowa często idzie bowiem tak.
Po impulsie by zacząć zaczyna się mozolne klepanie treningów. Jeden, dwa, trzy w tygodniu. Pierwszy kilometr, dwa, pięć. Pęka pierwsza dycha. Wciągamy się. Super.. no to migiem pora na półmaraton. A jak półmaraton to i maraton. Wiadomo fame większy.
Szybko jednak okazuje się, że tak to biegają wszyscy, a nasze wyniki delikatnie mówiąc nie porażają. Życiówek nie ma, grzejemy stawkę w drugiej połowie x tysiąca biegnących. Na treningach nie chce się pracować zbyt ciężko, szybkość kuleje, waga stoi w miejscu. No to co… ultra. Boom na góry szaleje teraz. Zmagania herosów – 50 km, 100, a może więcej. Sława murowana 🙂
A przy tym co by nie mówić, dla amatora ultra jest całkiem przyjemne. Leci się w terenie tempem nie zabijającym, pod górki i tak idzie. Limity czasowe z reguły są sporem da się zdarzyć do mety.

Kolejnym punktem po jakimś czasie jest triathlon ale dajmy już spokój 🙂

Tak sobie myślę, że to takie oszukiwanie samego siebie. Droga na skróty bo i szacun na dzielni jest a i zmęczyć się trzeba na treningach „jakby mniej”. Szkoda, że tak wielu (nie wyłączając mnie) wybrało taką drogę. W biegowej ścieżce kariery jest miejsce na wszystko. Fajnie jednak by na kolejne szczeble wchodzić we właściwej kolejności i stosownym czasie. Czego wszystkim życzę.

BTW. Mam nadzieję, że w.w. nikt się nie obraził. Napisał to bowiem reprezentant tej samej „grupy zawodowej” z brzuszyskiem jak piłka i ciągle sporą nadwagą 🙂

City Trail Wrocław – Bieg 5

W miniony weekend (23/02/19) odbyły się kolejne zawody z serii CityTrail Wrocław.

Tym razem zawodników czekała nie lada odmiana – nowa trasa. Z powodu remontu boiska, na którym się kończy, wytyczono nowe miejsce startu, mety. Dodatkowo kawałek trasy prowadził inną drogą.
Trasa w sumie nie gorsza niż poprzednia. Nie ma na niej jakichś utrudnień, zwężeń itp. Jest za to podobne niedoszacowanie dystansu jak na poprzedniej (przynajmniej na moim zegarku wyszło 4,8 km). Myślę, że nikt jednak z tego powodu nie płakał, pozwala to mniej więcej porównywać bieżące wyniki z poprzednimi.

Między wierszami organizatorzy napominają, że w przyszłych edycjach zmiana trasy zagości na stałe. Być może będzie miała taki przebieg jak dzisiejsza. Na powrót do starej już jednak chyba nie ma co liczyć, bo boisko ładnie ogrodzone siatką, nie da się na nie już wejść taką masą ludzi. Czyli trzeba się przyzwyczajać do nowego 🙂

Mroźne warunki, twarde podłoże pozwalały sądzić, iż padnie wiele rekordów. Tak też się stało. 30 zawodników osiągnęło czasy poniżej 17 min, a zwycięzca na mecie zameldował się po 14:56 min (najszybsza kobieta – 18:00 min).

U mnie wiadomo, szału nie było. Niby ostatnie 2 tygodnie to regularny trening (coś tam powoli wracam do lepszych dystansów) ale waga dalej stoi w miejscu. Obawy miałem co do strategii więc mało oryginalnie znów stanąłem w okolicy 25 min. Tym razem wybrałem pierwszy rząd bo wdziałem oczodajny strój i miałem chęć na jakieś zdjęcie z sobą w roli głównej 🙂

Pierwsza fotka jest, liczę na kolejne 🙂

Wiem, że narzekam na to co miesiąc, ale rozwaliły mnie jakieś dziewczyny, które wepchały się jeszcze bliżej przede mnie i debatowały ze sobą jak to one nie pobiegną. Przy czym szacowały swoje tempo na 6 kmin/km najlepiej. Ludzie, po co wy takie rzeczy robicie 🙁 Chyba dla przyjemności przeszkadzania innym.
Czym prędzej jak moja fala ruszyła spacerkiem do przodu, w stronę startu, je ominąłem bokiem. Po co się później przepychać, męczyć.

Odliczanie no i start. Liczby wyglądały tak:
1- 4.38 min
2- 4.55 min
3- 5.06 min
4- 5.04 min
5- 4.00 min

W sumie podobnie jak zawsze. Pierwszy kilometr za szybko, później powolne opadanie z sił. Zwłaszcza ostatni km, pod koniec to zwolniłem fest. Ale, ale.. aż tak tragicznie jednak nie było. Wg. czasów organizatora na metę wbiegłem po 23:38 min, zajmując miejsce 255/493.
W porównaniu do poprzedniego biegu jest postęp, bieżący rezultat był moim drugim najlepszym czasem w tegorocznej edycji. Można być więc z siebie zadowolonym 🙂



Kodak HL03 Headlamp – krótki opis czołówki

Swego czasu popełniłem mały test tanich czołówek, który można znaleźć tutaj:
TEST TANICH CZOŁÓWEK
W sumie te, które opisywałem działają do tej pory ale czemu nie spróbować coś nowego 🙂 Przy okazji wycieczki do supermarketu zauważyłem przecenioną lampkę KODAK HL03 i co.. i zanabyłem 🙂

Kodak HL03, po wyjęciu z opakowania.

Producent podaje takie dane techniczne:
Moc: 5 Watt
Strumień świetlny: 300 Lumens
Zasięg: 50m
Czas pracy: 5 godzin
Wodoszczelność: Waterproof to IP44
Gwarancja: 3 lata
Zasilanie: 3xAAA
Waga: (z bateriami, mój pomiar) 107g

Czołówka zapakowana jest w plastikowy blister, w którym oprócz tekturki z opisem mieści się lampa + 3 baterie AAA (niestety nie alkaliczne).

Pierwsze wrażenie po wyjęciu czołówki z opakowania jest korzystne. „Szkiełko” plastikowe ale solidne, w środku spory odbłyśnik i duża dioda. Spasowanie plastików dobre, paski mocujące na głowę solidne, dobrze się trzymają.
Baterie wkładamy uchylając klapkę z boku urządzenia (uwaga, ściąga się ją całkiem, trzeba uważać by w terenie nie zgubić).
Lampka ma 3 tryby świecenie. Pełna moc, światło o mniejszej intensywności i miganie. Przełącza się je cyklicznie przyciskiem umieszczonym u góry lampy.
Regulacja kąta świecenia odbywa się przez odchylanie całości w dół. Początek idzie dość płynnie (spory zakres) aż do pierwszego „kliknięcia” – zapadka wchodzi w ząbki. Późniejsze kliknięcia są już częstsze.

Logo Kodaka, otwór na baterie po przeciwnej stronie.

A jak wygląda to w używaniu?
Po ustawieniu pasków na rozmiar czaszki 🙂 nic nie luzuje się, nie spada. Na głowie całość trzyma się solidnie, nie przemieszcza.
Regulacja góra-dół ma spory zakres. Da się dopasować ją do siebie. Po kilku biegach lampa zaczęła mnie denerwować bo jednak pod wpływam wstrząsów opadała w dół, oślepiając mnie. Rozwiązanie problemu okazało się proste, wystarczyło solidniej dokręcić śrubę na ośce regulacji (polecam z umiarem bo jednak śruba siedzi w plastiku i można przegiąć). Od tej pory czołówka utrzymuje się w pasującej mi pozycji i jest ok.
Światło to coś, co zaskoczyło mnie mega na plus. Strumień jest szeroki i jednolity. Naprawdę fest! Widać dobrze nie tylko drogę przed nami ale i sporo pobocza. Przydaje się to, mogę łatwo zauważyć np. gdzie są skręty z leśnych ścieżek, po których teraz biegam.
W porównaniu do starych czołówek ta, to prawdziwy kosmos 🙂 Zabrałem dla porównania starą z Lidla na leśne ścieżki i … niestety nie widziałem prawie nic 🙁 W Kodaku świetnie widać po czym biegnę, jak prowadzi droga.
Pasowałoby porównać ją jeszcze z Lenserem ale myślę, że i tu mógłbym się zdziwić. W końcu ta ma 300Lm, a tamta 25 🙂
Długość pracy Kodaka jest zadowalająca. Mimo mrozów jakie mamy teraz, deklarowany czas pracy osiąga. Przy czym oczywiście nie na dołączonych darmowych bateriach 🙂 Tamte były beznadziejne.
Koniec pracy lampy jest w miarę przewidywalny (ale nie ma żadnej sygnalizacji końca baterii). Kiedy zauważycie, że świeci gorzej niż na nowych to znak, że bezwzględnie należy pomyśleć o ich wymianie. Wytrzymuje wtedy jeszcze kilkanaście minut i momentalnie gaśnie. Pozostaje jakieś szczątkowe świecenie diody, które nie oświetla nic. A wracanie po ciemku do domu to nic przyjemnego. Wiem bo raz się tak wybrałem i baterie padły 🙂

Finalnie – wg mnie warto kupić. Za te 30-40 zł dostaje się lampę może nie najlżejszą, ale o mocnym i równomiernym świetle. Mi bieganie z nią bardzo pasuje.

Czas na ultra – biegi górskie metodą Marcina Świerca

„Czas na ultra – Biegi górskie metodą Marcina Świerca”
Wydawnictwo Helion 2019
Stron – 237

Niedawno na rynku wydawniczym pojawiła się naprawdę ciekawa pozycja książkowa. Jako, że uwielbiam górskie biegi, wiadomo należało zakupić 🙂
Nie będę tu opisywał autora i jego doświadczenia w materii ultra. Myślę, że wszyscy chociaż trochę interesujący się tematem wiedza kim jest Marcin Świerc.
Rola pisarza jest dla niego raczej nową, ale myślę, że wywiązał się z niej znakomicie.

Książkę co bardzo mi się podoba uznać można za spójne i treściwe kompendium wiedzy o biegach górskich. Znajdziemy w niej takie rozdziały:
Wstęp
Kilka słów o mnie
1.Historia Biegów Górskich
2.Przygotowania do Biegów Górskich
3.Środki Treningowe
4.Roczna struktura treningu
5.Plany Treningowe
6.Ubrania i sprzęt
7.Ćwiczenia sprawności i stabilizacji
8.Monitorowania treningu za pomocą zegarka
9.Dieta dla biegacza
10.Przygotowania do zawodów
11.Najciekawsze biegi górskie


Układ książki jest czytelny i logiczny. Autor zgrabnie przechodzi od wiedzy ogólnej przez podstawy (wstępna ocena formy, opis jednostek treningowych) aż po dokładne, gotowe plany treningowe. Podane propozycje treningów można zastosować przy konkretnym rodzaju biegu (np, bieg alpejski, maraton górski czy ultra) co czyni tą pozycję szczególnie wartościową.
Osobne rozdziały poświęcone są kompletacji wyposażenia na każdą porę roku, ćwiczeniom uzupełniającym, diecie czy przygotowaniom (logistycznym) do startu. Bonusowo Marcin opisuje kilka biegów (Polskich i zagranicznych), w których brał udział. Opisy te ciekawe o tyle, że autor oprócz suchych faktów zawarł w nich również swoje odczucia o tychże zawodach.
„Czas na ultra…” czyta się przyjemnie i lekko. Jednocześnie nie jest to książka „o niczym” (wiele jest na rynku takich, których autorzy popularnie mówiąc leją wodę albo podają banały znane chyba wszystkim). Tu jest inaczej. Wszystko podane prosto i zrozumiale (duży plus) przy czym wiedza jest treściwa i pełna. Każdy znajdzie tu coś dla siebie, przy czym uważam, iż naprawdę cenna jest dla osób zaczynających interesować się tematem ultra. Dla nich będzie to taki alfabet biegów ultra od A do Z. Bardziej zaawansowanie pewnie niektóre zagadnienia znają ale i oni wiele skorzystają mogąc podpatrywać mistrza i jego środki treningowe.
W skutek wszystkich w.w. uważam, iż pozycja ta jest wartościowa i każdy kto interesuje się tematem biegów górskich/ultra powinien się z nią zapoznać. Polecam.

Podsumowanie – styczeń 2019

Mimo wielkiej 😉 chęci długo się zbierałem by napisać podsumowanie moich dokonań w styczniu 2019 r. Niestety odwlekanie tego smutnego momentu nie ma sensu, trzeba coś jednak z siebie wyskrobać.

Zacznę od wykresu, który będę uzupełniał w kolejnych tygodniach. Zawiera on aktualną wagę, pokonany w danym tygodniu kilometraż i ilość odbytych treningów (biegowych).
Ciężko oczywiście wysnuć na jego bazie jakieś bezpośrednie wnioski o formie (bo dużo może być innych zmiennych na nim nie ujętych) ale myślę, że mimo wszystko pewne wnioski da się wyciągnąć.
Na ten moment startuję z tak słabego poziomy, że w ciemno mogę założyć, że trend wzrostowy na wykresie (oprócz wagi oczywiście 🙂 :)) przełoży się na lepsze wyniki.

Analiza biegowa 2019

Moja ocena dokonań wygląda zaś następująco:

WAGA
Niestety słabo. Koniec roku przyniósł mi lekki wzrost wagi (święta i urlop to zawsze zły czas). Przez styczeń niestety nic nie udało się z tym zrobić. Co gorsze mam wrażenie, że waga ciągle leci w górę! Martwi mnie to, bo o dziwo zrobiłem pewien krok w celu poprawy diety – zrezygnowałem z picia coli (którą pochłaniałem w strasznych ilościach) i sporo ograniczyłem słodycze.
Wygląda, że to co zostało w jadłospisie + ilości jedzone, podjadanie wieczorami dalej są złe jak na moją aktualną sytuację.

KILOMETRAŻ + ILOŚĆ/JAKOŚĆ TRENINGÓW
Ilościowo (szt treningów na tydzień) źle nie jest. Biegam w dalszym ciągu systematycznie. Poza pierwszym tygodniem, kiedy byłem chory, zawsze są to 3-4 treningi.
Niestety, popsuło się dużo z kilometrami i jakością treningu. Wyjścia na biegi w sumie tylko po to by pobiegać. Żadnych specjalnych jednostek treningowych, dystanse max. pod 10 km.

TRENING UZUPEŁNIAJĄCY
Leży całkowicie. Może z raz czy dwa coś się w domu poruszałem 🙁

SAMOPOCZUCIE/MOTYWACJA/ZDROWIE
Słaby okres. Znużenie wykonywaną pracą zawodową, zimowa depresja (słońca nie ma ciągle) strasznie jakoś negatywnie rzutują na mnie w początku tego roku.
Psychicznie jestem zmęczony, robota mnie nudzi, siedzi się w domu dużo i bezcelowo przy komputerze. A jak się nudzi/siedzi to się je. I śpi zbyt mało…czyli regeneracji brak.
Do tego wyjścia na bieganie ciągle po ciemku (w lesie pod Oleśnicą) jakoś nie zachęcają do wartościowego biegania. Nie mogę powiedzieć, że strach mnie szybko goni do domu 🙂 ale jednak leśne warunki trochę utrudniają. Tu krzywo, tu jakieś kamienie. Niby czołówka świeci ale uważać trzeba i psychika podpowiada: dobra 5 km wystarczy wracamy 🙂 Kółko się więc zamyka. Mało km robię to każdy dodatkowy ciężej pokonać.
Mała dygresja tutaj. Nie chcę jednak na ten moment wracać z bieganiem do Oleśnicy, bo boję się trochę o stopę. Skarżyłem się chyba kiedyś w opisach, ze po mocnym treningu w zeszłym roku coś mnie bolała. Niby nie przy bieganiu, ale przy chodzeniu, wchodzeniu po schodach. W lesie jednak lepiej bo bardziej miękko.
Zdrowotnie szału nie było. Przyplątało się do mnie jakieś przeziębienie ostatnio (katar, gardło, zatoki) co dodatkowo zmniejszyło ilość biegów.

CZYLI….
Styczeń na minus. Wszystko w.w. mocno obniżyło moją aktualną formę. Więcej już nie chcę narzekać ale ewidentnie brakuje mi zapału do działań i jakiegoś biegowego celu (co w przeszłości mi dużo ułatwiało). Coś trzeba będzie podziałać w tym względzie bo jeszcze z drugi taki słaby miesiąc i totalnie będę w d…