Wszystkie wpisy, których autorem jest Rafal_C

Podsumowanie – lipiec 2019

Ostatni miesiąc treningowy przed biegiem już za mną. Był to chyba pierwszy (i jedyny 😉 ) miesiąc, z którego jestem zadowolony.
Regularność biegów, sensowne dystanse i korzystny układ treningów zaprocentowały zmniejszeniem wagi, zwiększeniem formy i co najważniejsze brakiem kontuzji.
Detale poniżej, na końcu zaś moje przemyślenia o bieżącej sytuacji przed BUGT.

WAGA
Systematycznie leciała w dół. Na obecną chwilę zrzuciłem do około 86 kg co mnie cieszy. Spory tu był jeszcze potencjał bo wszystko odbyło się z treningów bez żadnych diet no ale.. Zrzucałem mało, wolno, nie ma przynajmniej strachu, że odbije się to na formie.
Jakbym miał jeszcze parę takich miesięcy jak lipiec to myślę, że jeszcze coś by się urwało 🙂

KILOMETRAŻ + ILOŚĆ/JAKOŚĆ TRENINGÓW
W końcu powyżej 200 km. 223 dokładnie czyli zacna ilość. W lipcu kontynuowałem systematyczne i powolne powiększanie kilometrażu. Biegi w środku tygodnia od 10-14 km, weekendowo rozbiegania 12-21 km. Parafrazując punkt z wagą – jeszcze parę miesięcy to coś by się dodało 🙂
Uzupełnieniem biegów było parę spacerów z kijkami i oczywiście rower. Tym razem ujechałem 242 km.

TRENING UZUPEŁNIAJĄCY
Tu bez zmian. Dalej nie ćwiczyłem. Słabo, przyznaję się, nie ogarnąłem. Rano nie mam jednak siły wstawać wcześniej (nawet te 30 min), a po całym dniu (zwłaszcza biegowym) z reguły mi się już nie chciało. Cóż, nie ma co wymyślać – szkoda bo byłoby to dużym ułatwieniem na biegu (silny brzuch, plecy lepiej by stabilizowały sylwetkę, a ręce dużo pomogły z kijkami).

SAMOPOCZUCIE/MOTYWACJA/ZDROWIE
Może być 🙂 Kontuzje dalej mnie omijały co bardzo mnie cieszy.

Czyli…
Co się natrenowałem to moje. Miesiąc udany, wiele więcej już nie dokonam. Do BUGT zostały około 2 tygodnie, trzeba liczyć na utrzymanie formy i uważać by coś sobie nie zrobić.
W ramach testu ostatnim weekendem zrobiłem 21,5 km pętelkę biegową z osiągnięciem szczytu Wielkiej Sowy. Trasa pół na pół czyli około 10 km pod górę a później druga połowa ciągle z góry.
Najdłuższy mój bieg w przygotowaniach i najbardziej górski jak do tej pory. W sumie jestem z niego umiarkowanie zadowolony.
Pod górkę momentami podchodziłem ale uznałem, że na ultra też tak robił będę. Nie ma sensu się zarzynać próbując ciągle biec. Samo wejście w górę dało mi trochę w kość co mnie zasmuciło. Coś tam można zrzucić na duchotę i 30 stopni, coś na rower w tym samym dniu i taneczną zabawę poprzedniej nocy, no ale liczyłem, na więcej mocy.
Zadowolony byłem za to ze zbiegu. Rower chyba mi pomógł, nogi miałem mocne, nie bolały mnie.
Cóż… uważam, że pobiegnę Bieg Ultra Granią Tatr zwyczajowo średnio-słabo przygotowany. Bardzo dużo straciłem w początku roku. Gdyby takie miesiące jak 07/2019 zdarzyłyby się z dwa, trzy wcześniej było by ok. Tu zaś pozostanie liczyć na łut szczęścia i sprzyjające warunki na trasie.
Relacja będzie już pewnie po biegu bo teraz zaczynam urlop i komputera planuję mniej 🙂

Podsumowanie – czerwiec 2019

Kolejny miesiąc odhaczony. W mojej ocenie dobry. Gdyby nie ostatnie 2 tygodnie, z mniejszą ilością biegania, w końcu pękłoby 200 km biegu. A tak wyszło 180 🙂

WAGA
88km udało się utrzymać. Przez moment na liczniku pokazało się nawet 87 ale to jeszcze pozycja przejściowa. Za wcześnie by świętować.

KILOMETRAŻ + ILOŚĆ/JAKOŚĆ TRENINGÓW
Przebiegłem 180 km. Jak zapodałem we wstępie widoki były i na 200, ale „przeszkadzajki” amatorskie (a to sytuacja rodzinna, a to weekend przeznaczony na co inne) zmniejszyły mi osiągi w ostatnich 2 tygodniach. Ogólnie jest ok, bo mimo chwilowych spadków to czasy i dystans pojedynczego treningu jest dobry. Zawsze więcej niż 10 km (a bliżej 12-14 km). Brakuje mi długich wybiegań ale nietypowo uderzyłem w równomierne (a mniejsze) zwiększenie wszystkich treningów. Wydaje mi się, że da to lepszą formę i dyspozycję niż 3 mniejsze treningi i długi long w weekend. Czy miałem rację okaże się za jakieś 1,5 miesiąca 🙂

TRENING UZUPEŁNIAJĄCY
Ćwiczeń brak (żal.pl), za to kolejny udany miesiąc pod względem 2 kółek. 408 km przejechałem, co jest mega wynikiem. Liczę, że to zaprocentuje w połączeniu z bieganiem.

SAMOPOCZUCIE/MOTYWACJA/ZDROWIE
Może być 🙂 Kontuzje dalej mnie omijały co bardzo mnie cieszy.

Czyli…
„Powoli, do przodu, staramy się 🙂 Idzie w miarę w dobrą stronę wszystko, chociaż nie ukrywam trochę za późno się zebrałem. Wszystkich zaległości nie nadrobię”.
Tak napisałem w maju i jest to ciągle aktualne. Boję się, że trochę zbyt zachowawczo dokręcam śrubę, ale jak pisałem parę razy obawa, że coś w organizmie rozwalę jest silniejsza. Lepiej już małymi kroczkami iść do przodu niż po skoku upaść i nie wstać.

Bandana termoaktywna – Hornhill B2

Lato daje się ostatnio mocno we znaki, solidne upały wymagają od wszystkich biegających by postarać się chociaż trochę przed palącym słońcem zabezpieczyć.

Do tej pory w lecie biegałem w czapeczkach sportowych i nie powiem w miarę mi się sprawdzały. Z perspektywy czasu zauważyłem jednak dwa minusy (niezależnie od rodzaju czapki jaką brałem):
– po dłuższym biegu mocno namakał mi daszek czapki i kapała z niego woda (pot). Strasznie mnie to wkurzało, czasem nawet ściągałem czapkę by ją strzepnąć albo wycisnąć (te, w których daszek był miękki). Nie pomagało to na długo, co moment proces trzeba było powtarzać,
– owady – komary, gzy (a sporo ich tu gdzie biegam) miały ułatwione zadanie by atakować szyję, uszy. W mieście tego nie ma, ale Ci co biegają po lesie pewnie wiedzą jaka to męka gdy bzyczą, latają i próbują kąsać.

Powyższe problemy spowodowały, iż mimo zakończenia zimy/wiosny w dalszym ciągu biegałem w chuście (buff-ie niefirmowym), W pewnym momencie wymieniłem go tylko na jaśniejszy, tak by słońce raczej odbijało się od jasnego koloru, niż grzało ciemny kolor. Nie było to może tragiczne ale jednak przy +30 zaczęło mi się wydawać, że jest jednak zbyt gorąco w głowę.

Przeglądałem net, przeglądałem i nic specjalnego nie wynalazłem. Są niby buffy z materiału reklamowanego jako idealny na lato (utrzymujące skórę w suchości i chłodzie). Fajnie, tylko jakoś po 80 zł… Nie będę ukrywał za dużo jak dla mnie.

W pewnym momencie poszukiwań natrafiłem na produkt polskiego producenta – Hornhill. Wydał mi się dość ciekawy pod wszystkimi względami więc poniżej moje wrażenia z zakupu.

Woreczek z zakupioną chustą.

Bandanę otrzymujemy w foliowym woreczku. W środku oprócz właściwej chusty jest papierowa metka no i … to w sumie wszystko 🙂

Bandana występuje w 4 kolorach – czarnym, niebieskim, czerwonym i białym. Wykonana jest w 100% z poliestru, w strukturze siateczki (tzn. że widać w materiale otworki w splocie). Na lato najlepsza wydała mi się biała i taką też zamówiłem.
Po czasie przyuważyłem, iż ten producent ma też w ofercie bardzo podobną bandanę, ale wykonaną z coolmaxu. Jest ona nieznacznie droższa. Coolmaxowa kosztuje około 19 zł, a normalna 17. W teorii powinien to być jeszcze lepszy wybór ale, że są dostępne tylko czarne i czarne z czerwonymi szwami uznałem, iż nie ma to wielkiego sensu. Ewentualna przewaga lepszego materiału straci się w mocniej nagrzewającym się kolorze.

Zamówiona bandana wykonana jest bardzo ładnie. Zszyta z 4 kawałków materiału. Ściegi solidne, wykonanie estetyczne. W środku jest niewielka, biała metka ze składem i nazwą, na zewnątrz zaś kolejna, czarna z logo producenta.

Bandana występuję w uniwersalnym rozmiarze. Na większą głowę da się ją założyć bez problemu i w dalszym ciągu jest luźna. Z drugiej strony wiążąc jej uszy, powodujemy, że nie będzie nam spadać ani przesuwać się. Podoba mi się to, iż wiążę ja i uszy mam pod chustą. Na tym mi zależało, by robactwo mnie nie żarło 🙂

Tak powinno się to nosić 🙂

W czasie używania chusta sprawuje się bardzo dobrze. Pierwsze wrażenie oczywiście, mamy coś na głowie, co trochę temperaturę ciała podnosi. Nie jest to jakoś dokuczliwe, daje się wytrzymać i w największe upały. Wydaje mi się, że w zwykłym buffie było w głowę cieplej. Noszą chustę przy biegu, pocimy się w niej ale pot nie zalewa nam oczu. Zostaje wyprowadzony na zewnątrz i dość szybko wysycha.
Sama chusta na głowie „siedzi” dobrze. Zawiązana w podwójny węzeł nie spada, nie rozwiązuje się. Jest miękka i przyjemna czyli nie uraża nam czaszki.
Dużym plusem dla mnie jest zakrycie uszu i „ogon” opadający na szyję. Nie mam problemów z owadami, ciężko im ugryźć wrażliwe części, a zakryta szyja chroni przed spaleniem słońcem.

Finalnie zaś (bo opis wyszedł długi :)) z zakupu jestem zadowolony i w miarę chętnie w niej biegam czy jeżdżę na rowerze.
Polecam.

6 Bieg Szerszenia – Nocny Bieg Świętojański

Jak co roku, 22/06/2019 wystartowałem w Biegu Szerszenia – Nocnym Biegu Świętojańskim w Oleśnicy.

Bieg zwyczajowo rozgrywał się na dystansie 10 km, przy czym w porównaniu do poprzedniej edycji zmieniono trasę.
To już w sumie taka tradycja, że co roku prowadzi ona inaczej 🙂 Nudzić się nie da w skutek tego, chociaż utrudnia to z pewnością analizę czy tym razem pobiegło się lepiej czy gorzej.

Zawody w tym roku, co było kontynuacją procesu z ubiegłego roku, w całości przeniosły się na oleśnicki zamek. Tu były zlokalizowane biuro zawodów, szatnie, miejsce nocnej zabawy i ceremonii dekoracji zwycięzców.
Wydaje mi się to pozytywną zmianą. Przyjezdni mogą zobaczyć ładniejszy kawałek Oleśnicy (Zamek, Rynek itd).
Sama trasa też budziła moje pozytywne skojarzenia. W większości była płaska i szybka (i ciągle do przodu a nie kręcenie kółek wokół terenów wodonośnych). Szkoda trochę, że było na niej kilka ostrych zakrętów. W moim tempie to nie problem, ale Ci co lecą z dwa razy szybciej pewnie musieli mocno uważać na nogi 🙂

W tegorocznej rywalizacji wzięło udział około 276 osób. Sporo biegaczy ale limit osób dobrany odpowiednio. Poza początkiem wyścigu gdzie momentami było ciasnawo by wyprzedzać później komfort biegu był zadowalający.
Na trasie biegu zlokalizowano punkt nawadniający, który mijało się dwa razy. Dobrze, że był bo zadania biegaczom na pewno nie ułatwiała pogoda 🙂 Mimo wieczorowej pory było mocno ciepło. W sumie gorąca się spodziewałem więc przezornie wziąłem ze sobą bidonik z wodą, z którego korzystałem co 1 kilometr.

Chwila po starcie

Jak to u mnie skomplikowanej strategii na bieg nie miałem. Chciałem pobiec na 100% swoich możliwości 🙂 Właściwą ocenę planowanego tempa utrudniał mi fakt, że mało w tym roku miałem zawodów i nie jestem zbyt obyty z szybkimi biegami. Raczej snuję się mozolnie po piachach, lasach i górkach (bliżej 6:00min’km) – nie byłem pewien więc ile szybciej realnie wytrzymam. Zadowalające (i ambitne) wydało mi się tempo około 5 min’km i tak też uznałem, że spróbuję.
Po starcie znalazłem swój rytm i w miarę trzymałem się tych 5 min/km. Pierwszy kilometr pewnie zrobiłem szybciej, ale niestety jakoś przy 3 kilometrze moje Suunto dostało „spadku formy” i zaczęło pokazywać tempa bliżej 10 min’km. Gdzieś zagubił mi się chyba fragment trasy bo późniejsze kilometry pikało sporo później niż znaczniki organizatora.
Pozostało olać elektronikę i biec swoje. Starałem się trzymać osób biegnących przede mną (które w mojej ocenie leciały dobrze i rokowały nadzieję na zmuszenie mnie do wysiłku). Jeśli ktoś zwalniał to wyprzedzałem i szukałem następnej ofiary 🙂
Strategia ta okazała się być dobrą bo zrobiłem czas: 00:49:17 co pozwoliło zająć miejsce 102 (w kategorii M40-39).
Ładnie. Patrząc w kategorii czasu lepiej niż w 2018 i 2017, chociaż gorzej niż w rekordowym 2016 (47:55). Zadowolony jestem również z dyspozycji na trasie – wytrzymałem całość biegu a nawet zrobiłem negative split, o ile można wierzyć mojemu Ambitowi (patrząc na cyferki w Movescouncie to wyglądają realnie mimo zawiechy sprzętu na trasie, może coś sobie później przeliczył?)

I na mecie.

Cóż. W tym momencie relację można by skończyć (bo reszta podobnie jak w latach ubiegłych :)). Grill po biegu był, pokazy teatru ognia też. Szczęście miałem w losowaniu nagród (karnet rodzinny do groty solnej) czyli ok 🙂

Nawiążę jeszcze w ostatnim zdaniu do organizacji całości. Biura, impreza po biegu prowadzone sprawnie. Kłopoty były z nagłośnieniem bo szwankował mikrofon i nie wszystko dało się usłyszeć. Trasa oznaczona dobrze, wygrodzona taśmami, wolontariusze kierowali gdzie trzeba. Słyszałem jednak, że prowadzący czołówkę pomylił się gdzieś na niej, za co organizatorzy przepraszali biegaczy, Ja tym razem kłopotów z wyborem ścieżki nie miałem więc nie będę tu krzywdował.
Zwyczajowo polecam pobiec za rok 🙂

Podsumowanie – maj 2019

No i fajnie. Pierwszy w miarę dobry miesiąc za mną. Małymi kroczkami wspinam się ku lepszemu, chociaż nie ukrywam, że walka ciągle rozgrywa się w głowie. Pokus by odpuścić nie brakuje, często muszę pilnować się by nie spocząć na laurach 🙂

WAGA
Z 89 spadłem w końcu na 88. Niby słabo ale wydaje mi się, że wraz ze wzrostami kilometraży (patrz kolejny pkt 🙂 ) powinno to ruszyć trochę bardziej. Szkoda tylko, że trzymanie diety idzie mi raz lepiej, raz gorzej. Niby pewne, szkodliwe rzeczy ograniczam ale… wiadomo 🙂

KILOMETRAŻ + ILOŚĆ/JAKOŚĆ TRENINGÓW
Przebiegłem 148 km. Więcej by trochę było, ale ostatni tydzień miesiąca z datami czerwcowymi i kilometry uciekły.
Niemniej ostatnie dwa tygodnie to już ładne bieganie, ponad 40 km na tydzień porobione.

TRENING UZUPEŁNIAJĄCY
Ćwiczeń dalej brak (oj, czuję, że to się zemści), za to kolejny udany miesiąc pod względem 2 kółek. 172 km pokonane na rowerze.

SAMOPOCZUCIE/MOTYWACJA/ZDROWIE
Ujdzie mówiąc po polsku 🙂 Na nic specjalnie się nie uskarżałem, nic nie odpadło, zatarło się itp. 🙂 Czasem głową podpowiada tylko by trening skrócić, odpuścić ale się nie daję. Już za późno by się obijać.

Czyli…
Powoli, do przodu, staramy się 🙂 Idzie w miarę w dobrą stronę wszystko, chociaż nie ukrywam trochę za późno się zebrałem. Wszystkich zaległości nie nadrobię.

Klasyka dla początkujących – Buty Kalenji

Kalenji Run Cushion – buty do biegania.

Od zawsze, na różnego rodzaju forach sportowych, pojawiają się pytania początkujących biegaczy jakie buty kupić. Jedną z najpopularniejszych (a przy tym bardzo mądrych odpowiedzi) jest – Kup sobie Kalenji za 50 zł, a jak polubisz/poznasz bieganie później będziesz już sam wiedział co potrzebujesz.

W moim przypadku na ten „klasyczny” but 🙂 zdecydowałem się po około 7 latach biegania. Czy należało go kupić wcześniej postaram się opisać poniżej.

Tytułem wstępu zwrócę uwagę tylko na fakt, że podstawowe buty Kalenji występują w 3 grupach cenowych. 49,99zł (Ekiden One) – 79,99zł (Run Cussion) – 99,99zł (Run Active). Na moje amatorskie oko największe różnice w nich to podeszwa. Im droższy tym solidniejsza, z dodatkiem gumy odpornej na ścieranie. Góra wygląda prawie identycznie (a przynajmniej bardzo podobnie). Ja wybrałem model ze środka stawki – Run Cussion, gdyż obawiałem się zbyt szybkiego wytarcia podeszwy w tych najtańszych (nie mają żadnych wstawek gumowych, tylko samą piankę).

Kalenji Run Cussion w kolorze blue 🙂

No to zaczynamy 🙂

Wygląd zewnętrzny buta to kwestia gustu. Według mnie wyglądają ładnie, sportowo. Skrojone dość zgrabnie ale bez żadnych dodatków upiększających, wzmocnień. Góra to sporo siateczki i tylko małe wstawki tworzywa z przodu, tyły i boku. Wybrać można kilka kolorów (męskie to szare, czarne, niebieskie) więc da się dobrać coś dla siebie.

Run Cussion przez swoją prostotę są bardzo lekkie. Rozmiar 46 jaki wybrałem waży 248 gram. Buty są dość elastyczne. Przód ładnie się ugina, zapiętek tylny mimo, że usztywniany to kamienny nie jest.
Krój buta jest dość wąski. Ja czuję to zwłaszcza przy zakładaniu. Albo trzeba mocno luzować sznurowadła albo ciągnąć by na nogę wlazł 🙂 Po włożeniu jest akceptowalnie – raczej wygodnie, mi nie przeszkadzają.

Całkiem zgrabnie patrząc z boku.

Lekkość, „minimalistyczność” przekłada się na całkiem przyjemne bieganie. Nie przeszkadzają na stopie, nie czuć zbędnej masy. Oddychalność raczej na dobrym poziomie. Noga nie gotowała się w środku.
Jak na ten moment (raczej początek ich używania) zauważyć trzeba, iż pianka całkiem dobrze amortyzuje nierówności jakie napotkamy na trasie. Mimo mojej prawie 90 kg masy, dystanse 5-10 km nie masakrowały mi kończyn dolnych 🙂 A to było jednym z powodu ich zakupów – po powrocie na asfalt starsze buty (innej marki jaką mam) ostro dały popalić moim nogom.
Jakościowo wszystko jest ok, strat w sprzęcie nie zanotowałem 🙂

Ciężko tu wymyślić coś jeszcze. But poprawny, przeznaczony raczej dla początkujących. Dla początkujących, bo wydaje mi się, że przez swoją „delikatność” i prostotę przy dłuższych dystansach całościowych po prostu szybko może stracić właściwości amortyzacyjne. W tych najtańszych pewnie też wytrze się podeszwa.
Niemniej, o ile dobierzemy dobrze jego rozmiar krzywdy nam nie zrobi, a pozwoli poznać co możemy potrzebować w przyszłości biegowej kariery. Polecam spróbować.

Bieg Firmowy 2019

Nietypowo trochę jak na mnie, ale mało startuję w bieżącym roku. „Wszelkie” siły swoje wkładam w przygotowania do startu docelowego i jakoś nie po drodze mi z innymi zawodami. Wielkiego sensu nie mają one zresztą bo jakie przełożenie można wysnuć ze startu na 5 km w porównaniu do 70 🙂
No ale… jako człowiek małej odporności na perswazję dałem się przekonać w robocie bym pobiegł w charytatywnym Biegu Firmowym.
Zawody mają charakter sztafety – 5 osób po 5 km. Startowałem już w tej imprezie w zeszłym roku co przeczytać można tutaj:

Bieg Firmowy – 2018

Idea, założenia, realizacja w sumie taka sama więc nie będę od nowa tego wypisywał. Ciekawostką może być tylko fakt olbrzymiego zainteresowania tym biegiem. We Wrocławiu były 2 tury startowe – rano i po południu, w których udział wzięło około 10000 osób. Wielka liczba biegaczy. Widać niemniej, że większość osób skupia się na aspekcie pomocy, a nie sportowym.
Organizacja imprezy była na wysokim poziomie – nie występowały żadne negatywne zjawiska na trasie czy w okolicy mety, co mnie cieszyło.

Moja firma załapała się w tym roku do biegu popołudniowego – o 14:00.
Jako, że ustalono spotkanie i odbiór numerów na 13:15-13:30 pojawiłem się jakoś tak przy wejściu na Stadion Olimpijski. Pakiet startowy więcej niż ubogi – torba/plecaczek a w środku numer, agrafki, bon rabatowy na jedzenie. Ogólnie to bym skrytykował to ale… przyjmijmy, że fundusze wpisowe poszły na pomoc a nie gadżety.

Grupa moja zadeklarowała się, że oczywiście każdy walczy do końca niemniej z opowieści wynikło, że wielkich przygotowań nikt z kolegów/koleżanek nie czynił. Regularnie po około 3-5 km biega jedna osoba a reszta tak z doskoku albo wcale.
Pechowo dla mnie startowałem ostatni co przełożyło się na długie oczekiwanie na start (około 108 minut uściślając). Stałem, pogadało się, stałem i czekałem 🙂 A nogi bolą coraz bardziej. Co gorsze ciepło się zrobiło i zacząłem się martwić, że w czasie biegu będzie męka – nie miałem bowiem nic do picia. Wydawało mi się, iż w zeszłym roku w pakiecie dawali wodę. Teraz zaś nic 🙁 Piłem w domu jeszcze z 1.5 godziny wcześniej czyli nieciekawie.

Życie jest trudne, jednak biec trzeba 🙂

Mój start przebiegł dość płynnie. Kolega przekazał mi pałeczkę i ochoczo ruszyłem do przodu. Liczbowy wyglądało to tak:
1km – 4:25 min/km
2km – 4:45 min/km
3km – 5:13 min/km
4km – 4:55 min/km
5km – 4:11 min/km

Niezbyt wiedziałem jak ustawić się z tempem. Dawno nie biegałem nic szybciej, a pamiętałem z kolei, że ostatnie biegi CityTrail szły mi słabo. Coś trzeba było jednak założyć no to uznałem, że spróbuję swojego maksa – tempa około 5 min/km (lepiej trochę poniżej).

Pierwszy kilometr zwyczajowo za szybko, ale siła jakaś jest to trzymałem później te ~5 min/km.
Odwodnienie zgodnie z obawami zaczęło mnie męczyć dość szybko i jak zbawienie wypatrzyłem wodę w okolicy 3 km. Kubeczek przepity i biegniemy dalej. O dziwo udało się wytrzymać do końca dystansu.

Metę osiągnąłem w 23:28 co z jednej strony jest rezultatem gorszym niż rok temu, z drugiej koresponduje z moją zakładaną formą (i wynikami z CT z początku roku). Jestem osobiście zadowolony z tego rezultatu. Dał mi potwierdzenie, że mogę pobiec „szybciej” i forma jest w miarę stabilna. Jeśli nawet nic nie podciągnąłem to chociaż wylazłem z dołka. Oby dobrze to rokowało na przyszłość.

Tyle w sumie. Ciężko tu podsumowywać nie wiadomo co. Impreza przyjemna, bardziej zwrócona w stronę zabawy, pomocy niż czystego biegu (aczkolwiek nie brakowało gigantów lecących po 15min/5km).
Zwyczajowo sceptyczny byłem do idei startu tu, ale wyszło całkiem dobrze. Czy pobiegnę za rok? A to zależy. Stać 2 godziny w słońcu trochę mi się nie chce kolejny raz 🙂 więc chyba musiałbym wynegocjować lepszą pozycję w sztafecie.

Podsumowanie – kwiecień 2019

Obawy mam jak ubrać w słowa podsumowanie kwietnia. Z jednej strony pewne akcenty idą w dobrą stronę, z drugiej sporo rzeczy ciągle mam do tyłu. Czas nie jest moim sprzymierzeńcem, czuję już strach przed możliwą porażką misji.
No ale ok, zaczynajmy 🙂

Standardowo poszczególne składniki:

WAGA
Coś tam spadło. Mówimy tu jednak o gramach, a nie o kilogramach jakie były przewidywane… Myślałem, że zleci w dół z samego biegania i sportów uzupełniających a tu nic 🙁 Chyba nie mam wyjścia trzeba wziąć się za jakąś zorganizowaną dietę.

KILOMETRAŻ + ILOŚĆ/JAKOŚĆ TRENINGÓW
Lepiej i nie lepiej. 137 km pokonałem w całym miesiącu czyli więcej niż ostatnio. Analizując to tygodniowo to jednak ciągle wychodzi za mało. Coś tam lecę powolutku w górę ale za wolno, za wolno :/

TRENING UZUPEŁNIAJĄCY
Ćwiczeń dalej brak, za to udany miesiąc pod względem 2 kółek. 211 km na kołach nawinięte. Ma to wartość dodaną, jednak mięśnie częściowo przydadzą się i do biegów, tlenowo też na plus. Sprawa jednak taka, że rowerem Tatr nie przejadę, wolałbym te 211 mieć z biegania.

SAMOPOCZUCIE/MOTYWACJA/ZDROWIE
Hmmm… narzekając to zdrowotnie jakoś marnie. Co wyleciałem pobiegać w kwietniu to od razu czułem się słabo. Jakbym z 20 km już uleciał a nie 500 metrów. Zacząłem się aż zastanawiać (mimo braku czytelnych sygnałów jak nieraz w poprzednich latach) czy nie męczy mnie alergia. Do żadnych wniosków nie doszedłem. Teraz (piszę to w maju) jakoś mi trochę odpuściło to może faktycznie było coś na rzeczy.
Drugą jeszcze gorszą sprawą jest – MOTYWACJA. No nie mogę się zebrać… OK, idę regularnie biegać 4x w tygodniu ale zrobię 7 km i mi się nie chce. Chyba nie pora na to jak się chce 80 km Ultra zrobić. Teraz to chyba tylko strach przed porażką może mi pomóc.

Czyli…
Negatywne emocje wylałem z siebie wyżej więc nie ma już sensu się powtarzać. Nie idzie to dobrze, czas mi się kończy ale ciągle się nie poddaję.
Przymuszam się trochę by dystanse zwiększać, może natchnienie w tym się znajdzie. Szukam też alternatywnych dróg polepszenia biegów. Ostatnio biegałem ciągle tylko po lasach/polach pod Oleśnicą. Nawierzchnia tam jest wymagająca (spora tu zasługa pogody) – sucha, piaszczysta, luźna. Latałem tam >=6:00 min/km. Po zmodyfikowaniu trasy (połowa lasy, połowa asfalt) okazuje się, że zamiast 7 km mogę zrobić 9 i w ostatnim kilometrze spokojnie zejść na 5:00. W Górach Sowich (trasy asfaltowe) też coś biegi idą mi lepiej. Może po prostu przegiąłem i rzuciłem się na zbyt trudną trasę? Zobaczymy w maju.

ZEBLAZE THOR 4 PRO – miesiąc używania

Mija już około miesiąc od kiedy zacząłem używać Thora myślę więc, że warto napisać parę słów o tym jak sprawdza się on w codziennym i sportowym używaniu.

Smartwatch co najważniejsze działa 🙂 Nie spotkała go żadna awaria, nie zawiesza się czy wariuje. Trzyma się oczywiście w całości, nic nie raczyło odpaść czy przestać funkcjonować. Wrażenie mam tylko, że dolny przycisk (cofania) działa z mniejszym klikiem niż górny (ciszej?).

Wizualnie jest również ok. Na skórzanej części paska widać jakieś lekkie zagniotki w miejscu gdzie najczęściej zapinam, nic jednak wykraczającego poza normalne używanie. Ryski, zabrudzenia żadne na sprzęcie się nie pojawiły, chociaż to wiadomo, rzecz używania.

Czas pracy Thora to około 2 dni. Widać, że to smartwatch, nawet na wyłączonych wszystkich opcjach (gps, wifi) bateria leci co trochę w dół. Maksymalnego czasu pracy gps nie zmierzyłem, ale w ciągu jednego dnia zapisałem około 5 godzin (2 wyjścia na rower) i coś tam jeszcze zostało.

Skoro wizualnie i technicznie jest ok to jak z użytecznością?
Po pierwszym tygodniu byłem dość mocno zawiedziony czasem łapania sygnału GPS. Były dni, że myślał strasznie długo zanim coś złapał, co gorsze były i takie gdy przestał łapać w ogóle.

Zły byłem fest. W toku dyskusji ze sprzedawcą dał mi on jednak radę najprostszą z możliwych. Należy zaktualizować aplikacje – zwłaszcza google maps i google play. Ok… podłączając zegarek do netu sprawdzałem czy globalnie nie ma jakiegoś update-u softu, a nie wpadłem by zerknąć co z apkami.
Po wgraniu nowych wersji sprzęt ozdrowiał i znów zaczął łapać fixa.

Na ten moment czas łapania jest akceptowalny. Trwa to najczęściej od około 20-30 sekund do powiedzmy minuty. Wolno porównując do najnowszych sportowych urządzeń, ale ważne, że łapie za każdym razem.
W czasie aktywności Strava, gps-a trzyma dobrze, nie miałem gubienia sygnału ani na rowerze ani przy bieganiu, chodzeniu.
Zapisany ślad (co już sygnalizowałem we wcześniejszym opisie) nie jest rewelacyjny. Na przybliżeniach widać szarpania, nie prowadzi często po drodze a np. obok. Łączne dystanse wychodzą porównywalne z Suunto ale fani cyferek cudów po Zeblaze niech nie oczekują.
Być może inna apka umiałaby lepiej wykorzystać ten sprzęt, przyznaję się jednak nie chciało mi się nic testować. Mimo, że zainstalowałem program, o którym pisano w necie, że potrafi obsłużyć jednocześnie i gps i pulsometr. No nic, może kiedyś się skuszę.

Ogólnie reszta softu urządzenia robi swoją robotę. Wszystko działa, nie zawieszał mi się, nie trzeba było nic restartować.
Ewentualny problem warty zasygnalizowania to złośliwe przestawianie się godziny smartwatcha 🙂 Nie wiem czemu po sprawowaniu z tel. ustawia mi czas zawsze o 1 godzinę do przodu. Coś fiksuje biorąc czas sieci (T-mobile), chociaż to dziwne, w tel. niby mam dobre ustawienia. Nie rozgryzłem tego jeszcze 🙂

Podsumowując więc. Urządzenie użytkowane w celach codziennych i do awaryjnej (okazyjnej) rejestracji aktywności spełnia swoją rolę bardzo dobrze. Mi wystarczy – biegam z Suunto, ale np. chodzę, jeżdżę rowerem już z Thorem.
Jeśli jednak miałby to być Wasz jedyny, profesjonalny miernik do sportu to raczej nie. Za długo łapie fixa, bateria nie poraża, jakość śladu też pozostawia sporo do życzenia.

Podsumowanie – marzec 2019

Ani się człowiek nie obejrzał i już po marcu.
Tak jak spodziewałem się czas leci stanowczo za szybko. Trenuje się i owszem, ale skoro sam czuję niedosyt znaczy, że nie idzie w 100% tak jak powinno.
Spora w tym zasługa tyg.10 kiedy to rozłożyło mnie tak złośliwe choróbsko, że wypadł mi cały tydzień (brak jakichkolwiek aktywności). Osłabienie trzymało niestety i w kolejnym tygodniu. Zamiast „lecieć” do przodu mozolnie wracałem na ledwo co osiągnięty poziom.
Cóż, łącznie spowodowało to, że kilometraż, ilość treningów i reszta parametrów nie wyszła tak jak chciałem.
Widać to dobrze na wykresie:

Analizując poszczególne składowe miesiąca:

WAGA
Bez zmian. Dobrze, że chociaż w górę już nie leci 🙂

KILOMETRAŻ + ILOŚĆ/JAKOŚĆ TRENINGÓW
Poza nieszczęsnym tygodniem nr.10 dalej w miarę regularnie robię 4 treningi na tydzień. Dało to 101km, identycznie jak w lutym.

TRENING UZUPEŁNIAJĄCY
Średnio. Ćwiczenia coś nie są moim „konikiem”. Parę razy coś tam porobiłem ale dalej mocno w kratkę.
Ładnie za to ruszyłem do przodu z rowerem, co liczę okaże się dobre w ostatecznym rozrachunku. W lutym zrobiłem rowerem 16,85 km, w marcu już 151 km.

SAMOPOCZUCIE/MOTYWACJA/ZDROWIE
Nie wymyślę tu nic odkrywczego 🙂 wielkich zmian nie było. Ale… nie pogorszyło się nic więc w sumie ok.

Czyli…
Rozczarowany trochę jestem marcem. Zdaję sobie jednak sprawę, że nie do końca to co się wydarzyło zależało tylko ode mnie. Nie miałem spadku motywacji, lenistwa.
W sumie to co najważniejsze wykonałem mimo, że liczyłem iż to właśnie marzec będzie już miesiącem, w którym osiągnę stabilny poziom wyjściowy. Z tego poziomu chciałem iść w górę.
No nic trzeba pogodzić się z sytuacją i jednak „powoli do przodu, staramy się”.