3 Razy Śnieżka – Ultramaraton Górski 24/06/2018

3 razy Sniezka

3xŚnieżka miała być moim pierwszym poważniejszym wyzwaniem w tym roku. Zbierałem się do niej, trenowałem (albo i nie) a im bliżej startu to czułem, iż wyszło zwyczajowo 🙂 Nie przygotowałem się tak jak trzeba więc stresik, czy dam radę, oczywiście był.

Ale po kolei –  najpierw parę informacji porządkowych (i mam nadzieję wartych zapamiętania ciekawostek) dla tych, którzy może w przyszłości też zechcą wystartować 🙂

Śnieżka okazuje się być biegiem „kultowym” co oznacza, że zapisy trwają krótko i trzeba ich mocno pilnować. Szczęśliwie udało mi się nie zaspać i wpisać/opłacić w terminie 🙂 Plusem tego była na pewno niższa opłata startowa, bo z czasem stawka oczywiście rośnie.

Do wyboru są 3 dystanse – 1x dla początkujących (17 km, długi limit czasu 10 godzin), 2x (36 km, 7 godzin) i dla prawdziwych ultrasów 3x (55 km, 10 godzin).
W tym roku dodatkowo impreza miała ranking Mistrzostw Świata WMRA co spowodowało u mnie pewną, o dziwo, dobrą pomyłkę 🙂
Jako miłośnik wyzwań pierwotnie planowałem start na dystansie 3x. No bo jak, nie dam rady czy co? 🙂 Wizja uczestnictwa w owych Mistrzostwach (rozgrywanych na dystansie 2x) „kazała” mi jednak wpisać się właśnie na 2x. Ale fuks! W mistrzostwach oczywiście wystartować nie mogłem bo to osobny bieg dla zawodowców, ale przynajmniej wytrzymałem trudy trasy. A trzy rundki powiem szczerze to raczej by mnie zniszczyło 🙂

Powracając do tematu 🙂
Bieg ma swoją stronę, momentami ciężką do ogarnięcia ale przy odrobienie cierpliwości da się tam wyszukać co trzeba (regulamin, listy startowe itp. itd). Jest oczywiście strona na FB więc fani netu będą online z tym co ważne.

Pierwotnie (logistycznie – ciuchy, wyposażenie) nie szykowałem się w sposób zbyt wyszukany. Chciałem biec na krótko 🙂 Szczęśliwie dla mnie, w dyskusji na forum bieganie.pl padła informacja, że na Śnieżce będzie zła pogoda… Naprawdę ważna rzecz. Mamy lato, myślałem, że będzie tam z 20 stopni a okazało się, że będzie padać, temperatura oscylująca około 0 stopni (odczuwalna zaś -17!). Sprawdźcie to sobie dobrze bo może się okazać, że natura będzie waszym wrogiem.

Po tych rewelacjach przeorganizowałem całkowicie strój startowy. Wziąłem skarpetki i opaski kompresyjne Kalenji, krótkie spodenki Kalenji, a na górę koszulkę z długim rękawem Nike Combat + wiatrówkę Aldi. Do kompletu założyłem czapeczkę Vikinga, buffa na szyję + rękawiczki z Lidla do plecaczka. Trafiłem bez pudła wszystko się przydało. Buty wybrałem z mniej agresywnym bieżnikiem – Adidas Raven. Trasa wiedzie w dużej mierze po sporych kamieniach więc lepiej postawić na trzymanie „całej” podeszwy niż kolce wgryzające się w błoto.
Punkty odżywcze na biegu są co około 9 km więc nie warto brać wielkiego zapasu wody, jedzenia. Ja leciałem z Aonijie + 2 bukłaki po 270 ml wody. Miałem też 1 żel i żelka energetycznego. Było zimno i pić się nie chciało ale myślę, że i w upałach bym wytrzymał z tym zestawem.
Punkty wyposażone są bardzo dobrze. Jedzenia, picia w opór. Woda, izo, cola + arbuzy, banany, czekolada, ciasteczka, żelki. Tym bardziej więc nie ma sensu dźwigać bufetu ze sobą.

Droga do Karpacza upłynęła mi spokojnie i zgodnie ze wskazaniami GPS. Dawno już tu nie byłem i niemile zaskoczyła mnie pazerność miejscowych. Większość (wszystkie?) parkingów płatna. I  to jak za zboże… Na miejskim bilet dzienny 20 zł, a prywatne to i po 8 zł za godzinę. Słabo (ale to oczywiście nic wspólnego z imprezą nie ma).

Biuro zawodów udało nam się zlokalizować bez problemów. Szybko i sprawnie pobrałem co należy.

Pakiet bardzo fajny. Ładna koszulka, rękawki, opaska na rękę, żel, torba na wszystko i sporo drobnicy ulotkowej.

Ponieważ ciuchy biegowe miałem w aucie to wróciłem się przebierać tam. Dla zwolenników cywilizacji w ośrodku sportowym są dostępne szatnie, natryski i ubikacje. Do kibelków jak wszędzie kolejki 🙂

Oczekiwanie na start minęło szybko i przyjemnie. Prezentowano ekipy zawodowców, można było zobaczyć ich start o 9:00 a później już szykować się na 9:20.

Odliczanie, strzał startera i ruszamy.

1x
Początek spokojnie i lekko bo z górki przez miasto. Po około kilometrze zaczyna się skręt na czarny szlak i już pod górę. Tutaj dużo osób przeszło do spaceru. Szkoda, bo trasa wąska i ciężko wyprzedzać przy takiej ilości ludzi (łącznie biegło około 900 osób). Wolniutko biegłem przez około kolejne 3 kilometry, by później już jak wszyscy przejść do marszu. Praktycznie do szczytu (no może z 1 km mniej) dreptało się wąskim szlakiem. Na około 6 kilometrze chwilowe wypłaszczenie – przeszedłem w bieg. Tutaj czuło się już takie zimno i wiatr, że dziękowałem sobie za zabranie buffa i rękawiczek. Założyłem buffa na szyję i głowę (uszy), a rękawiczki wiadomo – na ręce 🙂 Dodatkowo zaczęło padać i z przerwami padało już do końca biegu. Więcej w górach, w Karpaczu było cieplej i bez deszczu
Bieganie nie trwało długo. Po około kilometrze znów dreptanie spacerkiem. Kamienie, dużo „schodów” oj daje w kość.

3xSniezka
Podejście na pierwszym „okrążeniu” Początek, około 4-5 km.

Końcówka tego odcinka prowadziła na szczyt Drogą Jubileuszową (DJ). Oj tu było jeszcze zimniej. A jak wiało, wow!
Na szczycie Śnieżki należało podać swój numer do zapisania i Drogą Jubileuszową można było biec w dół. Ostrożnie biegłem bo na kamieniach było bardzo ślisko. Polecam bieg lewą krawędzią drogi – tu kamienie są chyba równiejsze 🙂
Przy Domu Śląskim zlokalizowano pkt. żywnościowy i korzystając z wszelkich dobrodziejstw napchałem się czym się dało.
Kolejny fragment DJ był całkiem przyjemny bo lżej z górki i równiej.
Wszystko co dobre się szybko kończy. Około 9 km, po ostrym zakręcie w prawo kamienie zmieniły konsystencję 🙂 na nierówne i wystające. W połączeniu z mokrością po deszczu, tempo moje i innych biegaczy spadło drastycznie. Wolniutko, ostrożnie w dół. Po kamieniach zaczął się szerszy odcinek szutrowy. Też nie lepszy bo czuło się już fest mięśnie nóg a szuter nie sprawiał wrażenia stabilnego.
Lepsza nawierzchnia bo miejskie asfalty to okolice dolnego wyciągu na Kopę 🙂 Dało się tu lekko przyśpieszyć (jak ktoś miał siły). Miejscami, uprzedzam, było ostro z górki więc dalej męka dla mięśni czworogłowych nóg.
Koniec pierwszego kółka polegał na dobiegnięciu do miejsca startu, skorzystania z bufetu i nawróceniu się przez Karpacz tą samą drogę tylko pod górkę.

2x
Niestety szło się tu, co będę kłamał 🙂 Po osiągnięciu Rozdroża Łomnickiego wybierało się tym razem szlak czerwony i dalej napierało w górę. Tym razem droga była szersza i równiejsza. Mimo, że podbiegałem tylko momentami, a resztę szedłem, to udawało się utrzymywać znośne tempo – poniżej 10 min/km. Ominąłem nawet parę osób mimo, że miałem postój na wytrzepanie kamieni z buta. Zadowolony byłem z tego bo myślałem, że może tak prawie do końca będzie. O ja naiwny! Przy 25-26 km zaczęło się (Kocioł Łomnicki jak myślę). Wąski kamienny, „schodkowy” szlak w górę aż do Domu Śląskiego. Biegacze człapali z mozołem w górę. Ja pilnowałem się, by co parę schodów zmieniać nogę z której ciągnąłem w górę, bo mięśnie zaczynały mnie ostro palić. Nie było ani warunków by kogoś wyminąć ani sił. Przynajmniej u mnie, ale nie widziałem by ktoś w ogóle wymijał innych.
Na punkcie wlałem w siebie trochę coli, wciągnąłem banana, żelki i ruszyłem na czarny szlak (zakosy) na Śnieżkę.
Jak myślałem, że wcześniej było piekło to nie 🙂 Było tutaj. Zaczął mnie łapać skurcz w prawej nodze i czułem, że wymiękam. Jak się dawało to używałem lewej i ciągnąłem ciężar ciała korzystając z łańcuchów. Jakby nie one to było by jeszcze gorzej 🙁 Zimno, wiatr robiły swoje, ten odcinek to prawdziwy hardcore.
Finalnie jestem. Szczyt. Zapisali mnie i ruszyłe w dół. Zbieg z drugiego odcinka prowadził tą samą drogą więc mogę powiedzieć tylko tyle, że szło mi podobnie jak na pierwszym, ale już trochę wolniej. Nie szarżowałem bo czułem coraz większe skurcze nóg (łydek) i bałem się by mnie nie złapało. Raz czy dwa musiałem stanąć by je lekko rozmasować ale udało się wytrzymać i dobiec do mety.

Nieźle jak na mnie. Trasę 2x zrobiłem w 5:51:03 zajmując 191 miejsce z 253 sklasyfikowanych. W kategorii M40 – 52.

Po biegu skorzystałem z bufetu, później udałem się na ciepły posiłek (sporo dań do wyboru było. I zwykłe i wegetariańskie). Chwilę odpocząłem no i można było powracać z rodzinką do domu.

Finalnie.
Ogólnie – Bieg zorganizowany naprawdę bardzo dobrze. Trasa oznaczona jak trzeba, wszystko co wymagane było. Oby więcej zawodów z taką organizacją.
Czepiając się czegokolwiek 🙂 sporo ludzi i nie jest to kameralna impreza. Ciasno na szlakach, utrudnia to rywalizację jak nie zajmiecie pozycji z przodu.
Profil trasy nie sprzyja też bieganiu (na pewno na moim poziomie) co trochę może zniechęcać. W sumie czego się jednak można było spodziewać wiedząc, że 18 km będzie pod górkę 🙂

Sportowo – cudów nie było. Na moje przygotowanie jestem zadowolony z osiągniętego rezultatu. Ostatni nie byłem, a co ważne sporo do limitu mi zostało. Po formie widzę jednak, ze sporo do zrobienia. Masa, masa, masa w dół i może będzie lepiej.  Trzeba też więcej po górach cisnąć, by nogi miały więcej ostrych zbiegów i podbiegów. Może wtedy nie będą tak mnie męczyć skurcze.

Polecam każdemu zmierzyć się z tym wyzwaniem.

5 Jubileuszowy Bieg Szerszenia (Oleśnica 23-06-2018)

5 Bieg Szerszenia

W miniony weekend zafundowałem sobie solidną porcję biegania. Nieszczęśliwie trochę złożyło się, że w tym samym czasie wypadły mi 2 zawody, w których koniecznie chciałem wystartować.
Pierwsze z nich to w.w. Bieg Szerszenia. Drugie, niecały dzień później to solidne górskie ściganie – 2 x  Śnieżka.
Na moim poziomie nie ma niestety opcji zrobić dwóch takich biegów na 100% więc po realnej ocenia szans i trudności zadecydowałem, że Szerszenia pobiegnę na zaliczenie a więcej z siebie dam w górach (=więcej będę miał sił).

W nocnym biegu Szerszenia biorę udział już 5 raz, więc jak łatwo policzyć biegłem we wszystkich edycjach od samego początku. Ciekawostką związaną z nim jest fakt, że co roku organizatorzy wprowadzają jakieś zmiany. Najczęściej dotyczą one trasy (chyba co roku prowadzi inaczej), a dodatkowo ulepszenia dotykają też otoczki około biegowej.

W tym roku zmiany były naprawdę duże. Trasa zmieniła się mocno – dodano spory fragment prowadzący przez Oleśnicę, całkowicie gdzie indziej była też baza i meta biegu. Tym razem nie w Atolu  a na oleśnickim zamku.

Z jednej strony „ulepszenia” wyścigu nie pozwalają się nim szybko znudzić. Z drugiej ciężko tu o jakąkolwiek powtarzalność więc nie jest to bieg, który warto wybrać w celu określenia/porównania swojej aktualnej formy.
Ciężko mi jednoznacznie zadecydować co lepsze – ze swojej strony wolałbym chyba ustalić stałą formułę i szlifować ją do perfekcji.

Na ten moment (wyprzedzając fakty) organizatorzy mają co robić za rok bo w bieżącym nie wszystko zagrało bdb. Systematyzując zaś dane:

Otoczka biegowa
Informacja o biegu i zapisach zwyczajowo pojawiła się na stronie organizatora. Zapisy przez Data Sport więc bez kłopotów.

Biuro zawodów zlokalizowane na Oleśnickim Stadionie działało od 18:00 do 20:30 (w dzień biegu). Uznałem, że lepiej uniknąć kolejek i być wcześnie.  Na plus zaliczam, że faktycznie działało i sprawnie wydano pakiet.
Nowością był fakt, że można było podać ilość osób towarzyszących na biesiadzie czyli i one mogły coś zjeść za darmo.

Pakiet solidny. W środku ładny, duży ręcznik, odblaskowa opaska, ulotki, napój izo, kukurydziany chlebek. Sporo różności, przyjemnie tyle dostać w czasach gdy inni dają coraz mniej (niekoniecznie obniżając cenę).

Przed biegiem
Sporo ludzi rozgrzewało się, rozmawiało. Przybyliśmy na start (Stadion) około 20:25. Naszemu małemu zachciało się do ubikacji więc była okazja sprawdzić czy w ogóle jest. Jest 🙂 chociaż ludzi sporo już stało w kolejce.

Organizatorzy robili dla biegaczy rozgrzewkę. Nie uczestniczyłem w niej ale na minus muszę powiedzieć, że praktycznie nic nie było słychać co mówili więc zainteresowanym pozostało patrzyć i naśladować ruchy.

Start – na trasie
Strategię jak pisałem miałem taką, by się nie zjechać zbyt mocno więc uznałem, że pobiegnę tempem treningowym (około 5:30-6:00). Zrobiłem lekką rozgrzewkę i ustawiłem się w końcówce stawki.
Start i wszyscy ruszyli.
Nie było nawet tak źle. Sporo osób okazało się ode mnie wolniejszych więc biegłem i pilnowałem tempa. Od czasu do czasu kogoś dochodziłem. Nie chcę tu się wywyższać (bo słaby ze mnie biegacz) ale przyjemnie było wyprzedzać i czuć, że oddech mam spokojny i daję radę. Daje to pewnego kopa motywacyjnego i w sumie wcale nie gorzej niż biec w czołówce.
Co trochę w moim zasięgu pojawiała się kolejna osoba, którą brałem na cel, wyprzedzałem i biegłem dalej.
Pierwsze 5 km udało mi się realizować zgodnie z planem. Kilometry wchodziły po około 5:30.
Lekkość i wyprzedzanie spodobała mi się na tyle, że w okolicy 5-6 kilometra trochę przyśpieszyłem. Miało to też swój cel, bo trasa odbiła z terenów wodonośnych w Oleśnicę. Kolejna grupka biegaczy była sporo z przodu i zrobiło się koło mnie pusto. Zestresowało mnie to troszkę. Myślę, jeszcze zgubię trasę, lepiej jak ich dogonię. Pościg trwał około 2-3 km (po 5:15-5:11) i zakończył się sukcesem.  Doszedłem ich i powróciłem do początkowego biegu – po 5:30.
W końcówce biegu nastąpił niestety fatalny błąd organizatora. Mimo, że wcześniej trasa była oznaczona dobrze (wstążeczki, światełka), na skrzyżowaniach stali policjanci czy wolontariusze to w parku, przy zamku dobiegliśmy grupą do skrzyżowania alejek na 3 strony, przy którym nikt nie stał, ani nie było widać drogowskazów. Ciemno już było co dodatkowo utrudniało wybranie kierunku. Wydawało mi się wcześniej, że ludzie biegli w prawo (bo ich było wcześniej na trasie tam widać) ale biegacze przede mną pobiegli prosto. Cóż, pewny swego nie byłem to pobiegłem za nimi.
Dobiegliśmy do skrzyżowania z asfaltem i faktycznie inni biegli trochę inaczej.

Słabo. Ciężko powiedzieć kto pobiegł źle. Z GPS wyszło mi 9.61 km więc pozostaje domniemywać, że jednak my. Doła miałem bo gdyby w tym parku był czytnik czasu to już po zawodach,
Ostatnia część biegu to fajny (ale trudny bo pod górkę) finish na zamek. Dobiegłem do mety – oficjalnie 51:19, miejsce 131/267. W M40 -47.

Meta – po biegu
Na dziedzińcu biegu wręczono mi medal. Gdzieś była woda ale nie wpadła mi w oczy.  Widząc za to, już tworzącą się kolejkę szybko stanąłem do grilla. Długo to trwało, ludzie wpuszczali swoich znajomych. Żona mówiła mi, że kibice 🙂 w sumie wyjedli pierwszą turę grilla więc trzeba było czekać dodatkowo aż coś się usmaży. Nie było też np. wody do kawy, herbaty, mieli ją dopiero dolewać i grzać. Trudno, nie narzekam. Widziałem ilu ludzi stało za mną to ja i tak szybko obskoczyłem jadło.
A jedzenie dobre, kalorie dało się nabić szybciutko 🙂

Cóż. Jako, że skoro świt mieliśmy ruszać do Karpacza to odpuściłem czekanie na ewentualne losowania i wróciliśmy do domu.

Podsumowanie.
Biuro, start, pierwsza część zawodów jak najbardziej ok. Później jednak karygodny błąd z oznaczeniem trasy mocno obniżył wrażenia. Szkoda, trasa ciekawa, dość szybka. Za rok orgowie powinni lepiej ją zabezpieczyć i wtedy powinno być już dobrze.  Mimo wszystko – w 2019 ja pewnie wystartują jak co roku 🙂

TRENING (TYDZIEŃ 25/2018)

Trening Biegowy

Tydzień startowy. Zafundowałem sobie maraton na raty (weekendowo) a do tego 2 lżejsze treningi w dni pracujące. Łącznie dało to dystans 62,01 km. Nieźle.

Zawody opiszę w osobnych relacjach więc tu tylko trochę liczb:

TYDZIEŃ 25
BIEG 19/06/2018 – dystans: 8,12 km, czas: 0:50:18, tempo średnie: 6:12 min/km (okolice Oleśnicy)
BIEG 21/06/2018 – dystans: 7,80 km, czas: 0:44:09, tempo średnie: 5:39 min/km (Oleśnica)
BIEG 23/06/2018 – dystans: 9,61 km, czas: 0:51:22, tempo średnie: 5:21 min/km (Oleśnica) – 5 Nocny Bieg Szerszenia
BIEG 24/06/2018 – dystans: 36,47 km, czas: 5:50:27, tempo średnie: 9:37 min/km (okolice Karpacza-Śnieżka) – 2x Śnieżka

TRENING (TYDZIEŃ 24/2018)

Trening Biegowy

Po słabiutkim tygodniu 23, niesiony wyrzutami sumienia (a może strachem, że nie błysnę na zawodach :)) nakręciłem 48,44 km biegowych i 36,74 na rowerze.

Spektakularnych treningów nie było (znów 4 biegi) ale pilnowałem się by liczby oscylowały w okolicach 10 km. Więcej może być, aby nie mniej 🙂
Na + do chęci trochę pomogła mi zmiana trasy w tygodniu. Zamiast kręcić swoje kółeczka pobiegałem po mieście i okolicy. Jakieś to urozmaicenie, bo i nowe widoki i inny układ terenu były.
Weekend za to ze świetną formą. Dwie solidne, górskie trasy przebiegłem, a dodatkowo sporo kilometrów rowerem. O dziwo tragedii później nie było – nawet wielkiego spadku mocy życiowych nie miałem.

W szczegółach było tak:

TYDZIEŃ 24
BIEG 12/06/2018 – dystans: 11,24 km, czas: 1:04:00, tempo średnie: 5:42 min/km (Oleśnica)
BIEG 14/06/2018 – dystans: 9,10 km, czas: 53:36, tempo średnie: 5:54 min/km (Oleśnica)
BIEG 16/06/2018 – dystans: 13,01 km, czas: 1:18:40, tempo średnie: 6:03 min/km (Ludwikowice-Sokolec)
ROWER 17/06/2018 – dystans: 5,03 km, czas: 45:39, tempo średnie: 9:05 min/km (Ludwikowice – wycieczka z synem)
ROWER 17/06/2018 – dystans: 31,72 km, czas: 2:11:26, tempo średnie: 4:09 min/km (Ludwikowice – granica z Czechami, wycieczka z Żoną)
BIEG 17/06/2018 – dystans: 15,09 km, czas: 1:32:12, tempo średnie: 6:07 min/km (Ludwikowice-Jugów-Zdrojowisko)

TRENING (TYDZIEŃ 23/2018)

Trening Biegowy

W sumie nie wiem co  napisać. Biegowy kryzys trwa u mnie w najlepsze 🙁
Nie mogę się zmobilizować do biegania właściwego do celów (zawodów) jakie sobie postawiłem.
Kuleje zwłaszcza kilometraż tygodniowy (treningi w środku tygodnia coraz krótsze) i długie wybiegania. W weekendy coś tak odżywam, ale skoro biegam po parę km w tyg. to wystarczające na sobotę-niedzielę wydają mi się dystanse 12-15 km (nie czarujmy, to za mało by był postęp).
Co gorsze mam spadek kontroli nad dietą. Wróciło picie coli, przegryza się codziennie lodami i batonikami. Wagę omijam szerokim łukiem ale lustro pewnie nie kłamie. Zmieniają się numerki w tą gorszą stronę.
Jedyne co jeszcze funkcjonuje to regularność – 4 biegi na tydzień.

Masakra. Coś jest źle ale nie umiem ułożyć sobie co. Czy po prostu lenistwo (psychika) czy zdrowotnie. A może obie te rzeczy na raz?
Mentalnie swoją słabość czuję zwłaszcza w przekładaniu celów.  Usprawiedliwiam się sam i obiecuję, że do kolejnego biegu będzie ok. Najpierw miało być mocno na Śnieżkę, teraz już w głowie widzę Półmaraton Wałbrzych… za moment dojdę do Łemkowyny i dalej będę w d…
No nic. Będzie boleć na trasie Śnieżki. O ile sił starczy na zmieszczenie się w limitach. Może to mnie coś nauczy.

W tygodniu 23 ubiegłem 35,94 km.

TYDZIEŃ 23
BIEG 05/06/2018 – dystans: 7,81 km, czas: 43:33, tempo średnie: 5:35 min/km (Oleśnica)
BIEG 07/06/2018 – dystans: 10,13 km, czas: 58:24, tempo średnie: 5:46 min/km (Oleśnica)
BIEG 08/06/2018 – dystans: 5,63 km, czas: 30:34, tempo średnie: 5:26 min/km (Oleśnica)
BIEG 10/06/2018 – dystans: 12,36 km, czas: 1:11:06, tempo średnie: 5:45 min/km (Oleśnica)

Salming Distance D1 – krótki opis

Logo strony Test Sprzetu

Opis bardziej „archiwalny” bo but występuje już  w swojej 5 odsłonie, ale może ktoś gdzieś wynajdzie i uzna, że też musi mieć 🙂

Specyfikacje, materiały i detale techniczne można wyszperać w necie więc pozwolę sobie je pominąć a skupić się na odczuciach z użytkowania.

Buty tej firmy były dla mnie całkowitą niewiadomą. Widziałem je kiedyś na expo, przed którymś maratonem, i nie powiem podobały mi się. Cena jednak zawierała się w zakresie jaki uważam za niepoważny do wydania 😉 więc zaciekawienie było czysto teoretyczne. Kiedy nadarzyła się okazja by je przetestować (dzięki uprzejmości portalu bieganie.pl) zgłosiłem się czym prędzej i po chwili sukces – mam je 🙂

Salming Distance D1 - widok z boku
Salming Distance D1 – widok z boku

Salimigi przybyły do mnie w okresie jesiennym. Dostałem je w oczodajnym kolorze, przez samego producenta określanym jako – safety yellow. Nie powiem dają po oczach. Przypuszczam, że mając inny kolor do wyboru tego bym sam bym sobie nie kupił, ale buty biegowe nie bierze się tylko dla koloru więc nie wybrzydzam.
Trochę mi ich było żal na jesienne trasy (spodziewałem się, że szybko się ubrudzą) ale skoro dostałem to trzeba testować. Problem szybko się jednak rozwiązał, chociaż może nie tak jak bym chciał.
Niestety… ten konkretnie model okazał się takim, z którym się nie polubiłem.
Buty w rozmiarze jaki z reguły noszę (45) po założeniu nieprzyjemnie opinały mi przednią część stopy. Czułem boki stopy, palce też sprawiały wrażenie, że będą szorować o górę przodu.
Wydaje mi się, że to przez „gumowe” wzmocnienie przodu i konstrukcję przodu buta. Podeszwa sprawia wrażenie szerokiej a cholewka w przodzie zwęża się i obniża.
Kurcze, słabo. Stopy przesadnie szerokiej nie mam (chyba :)) i tego się nie spodziewałem.
Przebiegłem więc w nich z 10-20 km i powędrowały na zimowy odpoczynek.

Salming Distance D1 - widok podeszwy
Salming Distance D1 – podeszwa

Distance wygrzebałem z szafy na wiosnę tego roku i postanowiłem dać im drugą szansę.
Niestety, nic się nie zmieniło. Opięcie przodu jest dalej i mi w bieganiu nie pasuje. Czuję to zwłaszcza przy rozpoczęciu biegu. Później noga trochę się przyzwyczaja i dyskomfort spada ale nie na tyle by całkiem o nim zapomnieć. Szkoda, ten minus pomniejsza całą resztę plusów, które buty niewątpliwie mają.

Plusy w.g. mnie to:

  1. Lekkość. Rozmiar 45 waży 270 gr (mierzone domową wagą kuchenną),
  2. Naturalność ruchu. Nie powiem, jest. Osoby ze słabszymi nogami mogą się w początku przygody z Salimgiem męczyć bo jednak dają trochę w kość,
  3. Sprężystość. Buty są w miarę”przyjemne” w biegu. Nie są toporne, sztywne, nie trzeba z nimi walczyć chociaż nie można też powiedzieć by w jakiś specjalny sposób pomagały (oferując sprężynujące odbicie itp  atrakcje :)). Podeszwę odbieram w kategorii zestrojenia na mniejszą amortyzację i lekką sztywność,
  4. Wygoda. Poza tym nieszczęsnym przodem ogólne wrażenie jest ok. Buty nie urażają, żadnym otarć, uszkodzeń stóp nie zanotowałem. Biegałem w nich spokojne treningi po około 10 km i tu nic złego się nie dzieje. Półmaratonu, maratonu to bym się jednak bał bo coś czuję, że moje paluszki mi nie podziękują. Ale kto wie, może kiedyś spróbuję.
  5. Przyczepność/czucie podłoża. Na suchym bo tylko tak biegałem jest dobrze, ładnie się trzymają. W mieście czucie podłoża jest dobre z przewagą jednak izolacji od podłoża. Jakieś kamyczki, krzywe chodniki nie przeszkadzają.
  6. Wykonanie/jakość. Bardzo dobra. Nic nie odpadło, nie odkleja się. Po pokonaniu w nich ponad 100 km dalej jak nowe.Cóż. Wiele więcej pisał o nich nie będę. Boję się, że ten but jest potwierdzeniem prawdy, iż jak coś nie pasuje nam na początku to już pasować nie będzie. Ale…szanse, że się poprawi (z czasem) mimo, że niewielkie to są, wiec ich całkiem nie skreślam. Będę powoli, pomału próbował je jeszcze polubić.

    Generalnie sporo recenzji tego buta jest w necie. W sumie wszyscy wypowiadali się o nim na plus, takich problemów jak mam nikt nie sygnalizował. Być może sukcesem do ich używania jest dobór rozmiaru przed zakupem. Większe może odebrał bym całkiem inaczej.

Półmaraton Szlakiem Riese 2018/06/03

Polmaraton Szlakiem Riese

Dużo ostatnio narzekałem, że mało robię długich wybiegań to przywaliłem z grubej rury. Zapisałem się na ostatni moment na górski półmaraton – Półmaraton Szlakiem Riese 🙂
Organizuje go ekipa odpowiedzialna na Waligóra Run Cross (a i trasa prowadzi z tego co wyczytałem po części biegu ultra) więc należało spodziewać się fajnych zawodów. Nie sposób nie docenić też moich ulubionych górek (Góry Sowie i okolice :)) Finalnie zaś blisko miałem na start to jak tu nie pobiec 🙂

Założeń i taktyki na bieg specjalnie nie układałem. Liczyłem na czas około 2 godzin, wiadomo bez odpuszczania ale i nie na 110% normy. Ciężko zresztą coś planować skoro trasy nie znałem a i swoich możliwości też (to chyba moje pierwsze czy drugie 2x w tym roku).

Zawody mają swój „kącik” na stronie Waligóra Run Cross – link przekierowujący do zapisów, gdzieś tam w historii opisy treningów na jego trasie. Zapisy ok, jest regulamin, lista startowa, opis ale jednak można by wydarzenie to bardziej wyodrębnić bo słabo to czytelne (chociaż jakąś dedykowaną podstronę mu zrobić). Więcej można wynaleźć na wydarzeniu na FB, niemniej fanów nowych technologii całość nie porwie 🙂

Na plus należy uznać aktualizowanie list startowych. Moją wpłatę organizatorzy dostali pewnie w Boże Ciało (albo dzień po) ale już 01/06 miałem potwierdzenie zgłoszenia.

Bieg nie powiem kameralny (limit 150 osób) więc w biurze zawodów (czynne w niedzielę przed biegiem) tłoku nie było. Pobrałem numer, koszulkę + parę ulotek i można było czekać na start.

Po fali upałów, dzień przed biegiem wychłodziło się i padało. Sam dzień zawodów pod chmurką, słońce wyglądało nieśmiało i ciężko było wyczuć co czeka na trasie.

Uznałem, że należy spodziewać się raczej ciepła niż opadów więc przygotowałem zestaw startowy z gatunku najlżejszych – spodenki i koszulka bez rękawów. Bałem się upałów więc zabrałem ze sobą kamizelkę Aonijie + 2 bukłaki 250ml. Trafiłem z tym bdb ale tragedii nie byłoby i bez ekwipunku. Dało się wytrzymać i bez wody – punkty odżywcze organizatorzy przygotowali na około 9 i 16 km. Podawano na nich wodę, izotonik, banany, rodzynki i arbuzy. Wystarczająco, na żadnym niczego nie brakowało.

Rozgrzewkę dokonałem na około 25 min przed startem. Trochę statycznych rozciągnięć i truchciki  pod/z górki

W strefie startowej zwyczajowo wybrałem połowę stawki. Nie było sensu pchać się na przód, z kolei końcówka budzi moje obawy, iż trzeba będzie się mozolnie przepychać.

Po starcie grupa ruszyła całkiem sprawnie. Lekkie spiętrzenie ludzi w bramie startowej, ale już za chwilkę każdy znalazł swoje miejsce i kłopotu nie było.

Profil Polmaratonu
Profil trasy

Przepraszam fanów dokładnych opisów ale chyba byłem w takim szoku swoją dyspozycją, że nie mogę teraz odtworzyć wszystkich fragmentów trasy! Nie chcę tu zamieszać detali co po czym ale myślę, że jakoś nakreślę warunki na trasie 🙂

Początek biegu to wspinaczka pod górę przez około 2-2,5 km. Moje obszary ciągnęły trochę za szybko (jak na mnie) ale uznałem, że spróbuję wytrzymać. Wiem, głupia to taktyka ale tak już mam. Wolę początek biec mocno. A końcówkę albo wytrzymam albo niestety zwolnię. Dodatkowo podbiegów trochę na treningach miałem więc trzeba spróbować.
O dziwo udało się. Podczepiłem się pod grupkę lecącą równo i leciałem. Tył półmaratonu został gdzieś za nami.
Po trudnym początku szybko przyszedł oddech – spokojny ~3 km zbieg. Współtowarzysze podkręcili tempo ale szkoda było ich zostawić 🙂 Dysząc jak lokomotywa trzymałem się grupy.
W końcówce tego zbiegu był ostry techniczny fragment w dół. Oj tu mięśnie dostały w kość. Ten fragment (jak i następny w górę) to w sumie jedno z niewielu przewężeń na trasie. Ciężko tu o jakieś możliwości wyprzedzenia więc pozostało trzymać swoje miejsce w stawce.
Było w dół to trzeba odpokutować i w górę. Wąską ścieżką zaczęło się krótkie lecz mozolne podejście w górę. Jego zwieńczenie to fajny tunel między bunkrami, po którym znów nastąpił szybszy odcinek w dół.
Na około 9-10 km był pierwszy punkt odżywczy (okolice Osówki). Wziąłem banana i kubek wody. Ponieważ w bidonach miałem jeszcze sporo wody nie marnowałem czasu na dolewanie i ruszyłem w dalszą drogę.
Leciutka górka i znów przyjemny zbieg w stronę Włodarza (około 16 km, na końcu zbiegu drugi pkt odżywczy). Ten fragment trasy niestety pokazywał co czeka za moment. Była na jego końcu nawrotka i tak jak fajnie biegło się w dół to należało niefajnie wrócić pod górę 🙂
Wzmocniony izotonikiem + arbuzem mozolnie zacząłem bieg w górę. Tu już czułem trudy trasy i niestety w paru miejscach podchodziłem.
Końcówka podejścia to kolejny (szczęśliwie krótki) hardcore w górę i można finish-ować. No dobra poniosło mnie 🙂 w sumie zbieg trwa jakieś 4 km.
Oj, w pewnym momencie mięśnie paliły mnie masakrycznie i musiałem trochę zwolnić. Szkoda, wyprzedził mnie jeden zawodnik, ale słysząc gdzieś w oddali kolejnego sprężyłem się i swojej pozycji już nie oddałem.

Na sam koniec jeszcze krótkie info o nawierzchni trasy. Poza zasygnalizowanymi dwoma zwężeniami (do ścieżki z wystającymi korzeniami) w większości szeroka i ubita. Nawierzchnia szutrowa, kamienna i ziemna. Fragmentów z kamieniami sporo ale nie są mocno wystające to wielkiej tragedii nie ma. W tym roku całość była sucha i ubita więc da się lecieć szybko (jak ktoś umie i daje radę :))

Metę osiągnąłem w oficjalnym czasie  2:10:15 zajmując 74 miejsce.

Meta Półmaratonu Szlakiem Riese
Meta Półmaratonu

Nieźle, jestem zadowolony z tego pierwszego dłuższego biegu. Bałem się, że szybciej spuchnę a tu w sumie ładny, ciągły bieg. Wynik też nie zgorszy jak na dystans (mój zegarek wskazał około 22,9 km).

Po minięciu mety wydawano wodę i medale. Po chwili oddechu udałem się do pobliskiej jadłodajni gdzie wydawano posiłki. Makaron z mięsem lub warzywami. Stąd też podjęła mnie moja Żona i można było wracać do domu 🙂

TRENING (TYDZIEŃ 21+22/2018)

Trening Biegowy

Kolejne dwa tygodnie za mną. W sumie bez większych sensacji. Bieganie było regularne (po 4 trening na tydzień), a na dokładkę trochę roweru i spacerów. W ramach relaksu odwiedziłem też basen – nie powiem przepłynąłem coś ale więcej jaccuzzi i sauny. Relaksik też się należy 🙂
Jedyne „ciekawostki” godne wspomnienia to sprawy techniczne.
1. Zainstalowałem sobie na komórce Endomondo (na poprzedniej mi nie działało i dawno już go w telefonie nie używałem :)) i wyjścia poza biegowe rejestruję teraz na bieżąco. Niby nic a cieszy – odpada konieczność pamiętania o zgrywaniu danych z zegarków.
2. Sporo treningów zrobiłem w dawno nie używanych butach terenowych – Adidas Raven, bo w nich chcę przelecieć Śnieżkę 😉  Pierwszy bieg (jakiś czas temu) skończył się masakrą. Powróciłem więc do firmowych wkładek i grubszych skarpet. Jest ok, ale nogę opinają ciasno. Trzeba się przyzwyczaić.

Całość liczb wygląda tak:

TYDZIEŃ 21
BIEG 22/05/2018 – dystans: 8,69 km, czas: 48:46, tempo średnie: 5:37 min/km (Oleśnica)
ROWER 23/05/2018 – dystans: 8,28 km, czas: 31:28, tempo średnie: 3:48 min/km (Oleśnica + okolice)
BIEG 24/05/2018 – dystans: 8,80 km, czas: 53:52, tempo średnie: 6:07 min/km (terenowe okolice Oleśnicy)
CHODZENIE 25/05/2018 – dystans: 2,14 km, czas: 21:25, tempo średnie: 10:01 min/km (Oleśnica)
CHODZENIE 25/05/2018 – dystans: 1,49 km, czas: 16:01, tempo średnie: 10:46 min/km (Oleśnica)
BIEG 26/05/2018 – dystans: 12,92 km, czas: 1:16:56, tempo średnie: 5:57 min/km (Ludwikowice Kł-Sokolec)
BIEG 27/05/2018 – dystans: 4,71 km, czas: 34:04, tempo średnie: 7:14 min/km (Ludwikowice Kł) – Bieg z Żoną 🙂

TYDZIEŃ 22
BIEG 29/05/2018 – dystans: 6,55 km, czas: 35:20, tempo średnie: 5:24 min/km (Oleśnica)
BIEG 31/05/2018 – dystans: 13,19 km, czas: 1:17:04, tempo średnie: 5:51 min/km (Ludwikowice Kł-Sokolec)
CHODZENIE 31/05/2018 – dystans: 4,49 km, czas: 1:10:26, tempo średnie: 15:42 min/km (Ludwikowice Kł)
BIEG 01/06/2018 – dystans: 12,93 km, czas: 1:19:16, tempo średnie: 6:08 min/km (Ludwikowice Kł-Sokolec)
ROWER 02/06/2018 – dystans: 31,17 km, czas: 2:06:22, tempo średnie: 4:03 min/km (rundka przy granicy PL-Czechy)
BIEG 03/06/2018 – dystans: 22,90 km, czas: 2:10:04, tempo średnie: 5:41 min/km (Półmaraton Szlakiem Riese)

Bieg Firmowy – Wrocław 2018

Bieg, do którego miałem negatywne nastawienie, a który przyniósł mi osobisty rekord. A było to tak.

W tym roku, w pracy pojawiła się u mnie nowość – zaproszenie na Bieg Firmowy. Wow, szaleństwo. Skoro można czemu nie, postanowiłem się zapisać.
Sporo z tym było perypetii – najpierw powiedzieli mi, że jednak nie ma obsady sztafety, gdy kazałem się wykreślić udało się chętnych uskładać (za jakiś czas, a nie że od razu :)). No nic, powiedziałem, że w takim razie pobiegnę by ta pozostała 4 problemów nie miała.
Moja grupa okazała się być „składkowa”. Osoby z różnych działów, różnej narodowości (2 Ukraińców), nie znające się. Żeby było lepiej koordynatorka całości wkręciła mnie w detale niezbędne by pobiec (podpisy, koszulki itp). Strasznie mnie to stresowało (bo ja nieśmiały jestem :)), a musiałem się nałazić szukając kto w ogóle i gdzie pracuje. Żeby było lepiej nie wszyscy zgłoszeni powiedzieli, że pobiegną. Ekstra… no nic, odpuśćmy już narzekanie, organizacja w mojej firmie nic ma nic wspólnego z Biegiem Firmowym.
Po przebojach udało się zebrać team w całość i można było biec.

Dużym zaskoczeniem była dla mnie liczba osób chcących wystartować. Rany ale narodu w okolicy Stadionu Olimpijskiego! Auto zostawiłem w jednej z dalszych uliczek i poszedłem szukać narodu z mojego przedsiębiorstwa. Uff, są 🙂
Wymieniliśmy trochę uwag, kto po kim startuje, gdzie się szukać w strefie zmian i można było oczekiwać na start. Ja biegłem drugi. Planowałem w sumie pobiec luźniej, tak koło 25 min (bo i po prawdzie obawiałem się, że dużo szybciej nie wycisnę) ale wszyscy prezentowali bojowy nastrój to myślę wstyd odpuszczać. Trudno polecę ile fabryka dała. Jak mnie odetnie to i tak dolecę w miarę zgodnie z planem 🙂

Stresik czy wypatrzę swoją poprzedniczkę był ale się udało. Przejąłem pałeczkę i cisnę.
Trasa biegu bardzo mi przypasowała. Było w miarę szeroko. Mimo dużej liczby biegaczy nie było tłoku. Nawierzchnia miejscami zmienna (asfalt, szutry, ziemia) ale płasko i twardo. Były ostre nawroty (to lekki minus dla fanów prędkości, mi jednak nie przeszkadzało). Dużym plusem był fakt, iż spora cześć biegu odbywała się w cieniu. Sobota była gorąca, gdyby biegło się w pełnym słońcu mogłoby to wyglądać dużo gorzej.

Pierwszy kilometr zrobiłem w 4:22 czyli stanowczo za szybko. W drugim troszkę zwolniłem ale pilnowałem się by nie zejść powyżej 5:00 (4:40). Trzeci podobnie, wszedł siłą rozpędu – 4:52. Widzę, że siły ciągle są więc nie odpuszczam, Czwarty km – 4:48 i piąty staram się coś przyśpieszyć na finishu. Przyspieszyłem – 4:04 🙂
Patrzę na mecie na Ambita – oho, pokazuje coś koło 22-23 min. Jak się nie rozjechało to będzie dobrze. I było – oficjalnie 22:24 🙂
Ciężko przyjąć, że ten czas jest idealnym odzwierciedleniem moich możliwości na 5 km bo dystans z zegarka pokazał 4,86 km. Na
City Trailu też notowałem krótszą trasę więc widać postęp, w stosunku do zimy. No nie spodziewałem się powiem szczerze, ale cieszy to bardzo.

Reszta ekipy z mojego teamu okazała się być całkiem ładnie obiegana. Dwie dziewczyny zanotowały czasy coś koło 24-25 min, kolega z Ukrainy – 18 😉 Najwolniejszy z naszej grupy zrobił trasę w 31 min, co też jest dobrym wynikiem wiedząc, że pierwszy raz dystans 5 km złamał tydzień przed BF. Zacnie. Na 3 drużyny z mojego przedsiębiorstwa byliśmy najlepsi. Czas całości – 2:03:49. Wisienką na torcie był również fakt, iż okazałem się najszybszym Polakiem wsród naszej firmowej, grupy, a ze wszystkich miałem drugi czas (no do tych 18 min to mi jeszcze brakuje :)).

Cóż. Tu można by skończyć. Niezły, sportowo bieg i dał mi dużego kopa motywacyjnego. Mam nadzieję, że to zaprocentuje.

Krótko o organizacji biegu (krótko bo nie uczestniczyłem np. w odbiorze pakietów i ciężko mi opisać detale). Bieg w mojej ocenie zorganizowany dobrze. Trasa oznaczona. Speaker podawał info co i gdzie. Toalety bez wielkich kolejek były, po biegu medal i woda wydawane sprawnie. Polecam wszystkim, którzy oprócz biegania lubią zabawę i pomaganie (bo szczytny, charytatywny cel tych zawodów był najważniejszy).

TRENING (TYDZIEŃ 20/2018)

Trening Biegowy

Nowości 🙂
Słabo ostatnio u mnie z regularnością wpisową, ciężko mi przez to po tygodniu, dwóch odtworzyć szczegóły treningów (jakie buty, zegarek itp.). W sumie są to też detale, które niewiele wnoszą do całości sytuacji. Postanowiłem więc odchudzić trochę istniejącą formę posta. Cyferki „ku pamięci” oczywiście zamieszczę ale postaram się więcej pisać o ciekawostkach (o ile będą), odczuciach, formie itp. a nie tym ile kółek po Oleśnicy nakręciłem. Czy to wyjdzie zobaczymy.

Zakończony już tydzień 20 przyniósł mi łącznie 4 biegi (w tym jedne zawody) + 1 wyjście na rower. Kilometrów biegowych pokonałem 29,65, a rowerowych 4,89. Ogólnie – słabo i postanowiłem, że tydzień 21 musi już być obfitszy. Na ten moment staram się, co będzie po niedzieli – we will see 🙂
Pewnym rozgrzeszeniem jest tylko fakt, że dwa biegi były o nieludzkiej porze – 06:00. Po pracy łatałem samochód + lubię posiedzieć w nocy przy PC więc możecie wierzyć, iż było to ciężkie dla mnie doznanie 🙂

BIEG 15/05/2018 – dystans: 5,67 km, czas: 32:37, tempo średnie: 5:35 min/km (Oleśnica)

BIEG 16/05/2018 – dystans: 6,87 km, czas: 35:04, tempo średnie: 5:06 min/km (Oleśnica)

BIEG 19/05/2018 – dystans: 4,86 km, czas: 22:45, tempo średnie: 4:41 min/km (Wrocław – zawody)

ROWER 19/05/2018 – dystans: 4,89 km, czas: 53:42, tempo średnie: 10:59 min/km (Ludwikowice)

BIEG 20/05/2018 – dystans: 12,25 km, czas: 1:09:32, tempo średnie: 5:41 min/km (Ludwikowice Kł-Sokolec)